REKLAMA

"Bykowe" w Polsce już mamy. Mity na temat bezdzietnych

Adam Torchała2019-06-25 13:22redaktor Bankier.pl
publikacja
2019-06-25 13:22

Jednym z rozważanych przez rząd scenariuszy jest specjalny podatek nakładany na bezdzietnych, czyli tzw. „bykowe”. Problem, że „bykowe” w Polsce już funkcjonuje, a dodatkowo samej koncepcji towarzyszy sporo mitów.

"Rzeczpospolita" poinformowała w poniedziałek, że "nowym elementem polityki państwa mogą być wyższe podatki dla osób bezdzietnych, które mają zwiększyć efekt demograficzny polityki prorodzinnej państwa". MSWiA odpowiedziało, że jest to jedynie wstępna koncepcja i jedna z możliwych dróg dotycząca rozwiązań dla rynku pracy i polityki migracyjnej. Resort podkreślił, też że projekt jest materiałem do dyskusji dla Zespołu do Spraw Migracji. "Dopiero gotowy dokument zostanie przekazany do szerokich konsultacji międzyresortowych i społecznych".

fot. / / YAY Foto

„Bykowe” nie jest więc sztandarowym programem rządu Prawa i Sprawiedliwości, temat jednak jest dyskutowany. To najlepszy moment, by przyjrzeć się kilku mitom dotyczącym tego podatku oraz osobom bezdzietnym.

„Bykowe” już istnieje

Sama idea "bykowego" nie jest w Polsce niczym nowym. Po II Wojnie Światowej nazywano w ten sposób podwyższoną kwotę podatku dochodowego płaconą przez osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne. Pierwotnie obejmowało osoby powyżej 21. roku życia (od 1 stycznia 1946 do 29 listopada 1956), a później - powyżej 25. roku życia (do 1 stycznia 1973). Wtedy "bykowe" w istotny sposób obciążało budżet i było bodźcem do podjęcia decyzji o posiadaniu dziecka. Później koncepcja wielokrotnie wracała, jednak na wprowadzenie klasycznego "bykowego" żaden rząd III RP się nie zdecydował.

Tyle teoria, w praktyce jednak „bykowe” de facto już w Polsce funkcjonuje i to na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to możliwość uwzględnienia w rozliczeniu PIT dziecka, co sprawia, że posiadający dzieci płacą de facto niższe podatki niż bezdzietni. Druga to program 500+, czyli wypłacanie, od lipca już na każde dziecko, dodatku w postaci 500 zł.

Być może powyższe przykłady nie są „bykowym” w klasycznym rozumieniu tego zagadnienia, jednak efekt jest ten sam. Bezdzietni już teraz w Polsce płacą wyższe podatki od pracy i nie otrzymują też istotnych wpływów w postaci programu 500+. Następuje więc fiskalna dyskryminacja bezdzietności oraz podatkowy transfer środków od bezdzietnych do osób posiadających dzieci. Klasyczne „bykowe”, czyli podatek od bezdzietności, przyniosłoby dokładnie ten sam efekt. Jedyna różnica, że istnienie tego podatku mogłoby być nieco inaczej odbierane (płacić, to co innego niż nie dostać) i zapewne na ten efekt liczyliby najbardziej ustawodawcy. Nie zmienia to jednak faktu, że bezdzietni już są mocniej obciążeni przez system fiskalni, niż dzietni.

„Bykowe” na ratunek gospodarce. Czy na pewno?

W dokumentach MSWiA „bykowe” pojawia się w kontekście rynku pracy i polityki migracyjnej. „Bykowe” można rozumieć jako "karę" za brak dzieci, które będą w przyszłości potrzebne polskiej gospodarce. Efekt ma być podobny jak w przypadku 500+. Wówczas jednak mówiono jeszcze o wsparciu rodziny. Teraz rząd się nie kryje, że na dzieci patrzy tylko przez pryzmat gospodarczy.

Nie sposób odmówić racji temu rozumowaniu - kwestie demograficzne są istotne dla polskiej gospodarki i to szczególnie z dwóch powodów: rąk do pracy i systemu emerytalnego. Ten pierwszy już teraz daje się nam we znaki, bowiem przedsiębiorcy narzekają na brak pracowników na rynku. "Zachęcanie obywateli do rozmnażania się" jawi się jako przyszłościowe myślenie, które zmniejszy skalę tego problemu za X lat. Tym bardziej, że prognozy demograficzne nam nie sprzyjają. Potwierdzają to zresztą najnowsze dane z rynku pracy.

- Według badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL – najszersze badanie zatrudnienia), liczba osób zatrudnionych w pierwszym kwartale wyniosła 16,27 mln i była o 0,4 proc. niższa niż przed rokiem. Spadek na pewno nie jest efektem zmian koniunktury, bo wzrost gospodarczy wciąż jest bardzo wysoki i firmy w różnych badaniach sygnalizują, że chcą zwiększać zatrudnienie. Spadek jest zatem efektem zmian demograficznych, po prostu rosnący popyt na pracę już nie rekompensuje spadających zasobów siły roboczej – pisał na łamach Bankier.pl po danych za I kwartał 2019 roku Ignacy Morawski. To pierwszy taki spadek od 2013 roku.

Nie wykorzystujemy tego, co mamy

Problem w tym, że jednocześnie rząd jest bardzo niekonsekwentny. Lukę w podaży pracy zapełnić mogą np. imigranci i to miało miejsce w ostatnich latach, gdy do Polski napłynęła fala Ukraińców. W dokumencie, do którego dotarła „Rzeczpospolita”, wskazuje się jednak na istotne ryzyka związane z imigrantami i konieczność mocniejszej regulacji tej kwestii.

Nawet jeżeli nie chcemy się opierać na imigrantach, których zresztą łaska na pstrym koniu jeździ (mogą przyjechać, ale i zaraz wyjechać), to trzeba zdać sobie sprawę, że w Polsce wciąż drzemią spore zasoby siły roboczej. Bo choć bezrobocie jest obecnie rekordowo niskie, to jednak warto spojrzeć na współczynnika aktywności zawodowej. Ten obrazuje stosunek liczby pracujących, bądź szukających pracy, do ludności w wieku produkcyjnym. W Polsce wynosi on obecnie 70 proc., zaś w Niemczech - 79 proc., a średnia UE to 74 proc. To około 5 milionów osób w wieku produkcyjnym, które pozostaje poza rynkiem pracy.

I oczywiście nie można odmówić ludziom prawa do niepodejmowania pracy. Nie można także zapominać, że część z nich wykonuje pracę albo na czarno, albo np. w domu, wychowując dzieci. Gdyby udało się zaktywizować choćby część z tych 30 proc., problem „braku rąk do pracy” byłby mniejszy. - Gdyby stopa aktywności zawodowej w Polsce była taka jak w Niemczech, wówczas w ciągu najbliższej dekady udałoby się uniknąć spadku zatrudnienia - pisze Morawski.

Rząd sypie piasek w tryby

Rząd tymczasem sprawia wrażenie jakby działał w zupełnie inną stronę. Oczywiście są projekty typu „zerowy PIT dla młodych”, jednak patrząc szerzej raczej nie przyczynia się do napędzania dynamiki wzrostu współczynnika aktywności. Szczególnie bogata polityka socjalna przy jednoczesnym braku zmniejszenia opodatkowania pracy prowadzi do tego, że niektórym bardziej się opłaca z rynku pracy po prostu wycofać. I choć nasz współczynnik aktywności w statystykach Eurostatu rośnie, niewykluczone, że z pomocą rządu mógłby rosnąć szybciej.

Kolejna kwestia to wiek emerytalny, który rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżył. To zabrało kolejne osoby z rynku pracy, jeżeli bowiem policzymy współczynnik aktywności dla osób powyżej 15. roku życia, to spada on już do 56,3 proc. I o ile trzeba mieć świadomość tego, że człowiek ma ograniczone możliwości, o tyle należy również pamiętać, że emerytura to nie przywilej, a ubezpieczenie od tego, że w związku z wiekiem nie jest się zdolnym do pracy. Do tego dochodzą liczne przywileje emerytalne, które obniżają efektywny wiek emerytalny - w 2017 roku wyniósł on 62,3 lata. Razi także brak równouprawnienia, co do momentu przejścia na emeryturę (co również cofnął rząd PiS).

Bezdzietni nie są problemem. Problemem jest system

Będąc przy emeryturach warto pochylić się nad kolejnym mitem dotyczącym bezdzietnych. Tu wracamy do demografii. Obecne trendy są takie, że rośnie liczba emerytów, spada zaś liczba pracujących. Oznacza to, że – przy obecnym systemie zakładającym „solidarność międzypokoleniową” – coraz mniej osób składa się na emerytury coraz większej grupy.

Z tego punktu widzenia „bykowe” może wydawać się sensowne. Bezdzietni w przyszłości staną się obciążeniem dla systemu emerytalnego i na dodatek nie dostarczą zaś na rynek nowych pracowników (dzieci), którzy by mogli na nich pracować. Tyle, że takie spojrzenie to stawianie sprawy na głowie. Bezdzietny pracownik bowiem przez całą swoją zawodową karierę dokłada do systemu. Nie jest jego winą, że system został tak skonstruowany, że z jego składek finansuje się potrzeby obecnych emerytów, a on w zamian otrzymuje tylko „zapis na koncie”.

Bezdzietny swoje więc do systemu wkłada i to raczej on powinien zgłaszać pretensje związane z tym, że rząd w przyszłości będzie miał problemem z wywiązaniem się ze swojej części umowy, nie na odwrót. Problemem nie jest bezdzietny, a system. Nawet jeżeli rząd chce zwiększyć pulę pracujących (co się chwali), to łatwiej po prostu zwiększyć wiek emerytalny niż kombinować z niepewnym "bykowym".

Niepewnym, bo czy „bykowe” rzeczywiście skłoni ludzi do posiadania przynajmniej jednego dziecka? To decyzja bardziej poważna niż rachunek ograniczający się do „przynajmniej nie zapłacę bykowego”. Jeżeli zaś „bykowe” ma być tylko karą za brak dzieci, to warto podkreślić jeszcze raz, że „bykowe” w Polsce już istnieje, a problem bezdzietnych jest często przerysowywany.

Dodatkowo „bykowe” otwiera katalog podatków nakładanych na obywateli za rzeczy/postawy, które przez rząd są niepożądane. A jak mówi stara zasada, jeżeli popierasz zabieranie komuś pieniędzy przez rząd, nie zdziw się, gdy rząd przyjdzie i po Twoje pieniądze.

Źródło:
Adam Torchała
Adam Torchała
redaktor Bankier.pl

Redaktor zajmujący się rynkami kapitałowymi. Zdobywca tytułu Herosa Rynku Kapitałowego 2018 przyznanego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Swoją uwagę skupia głównie na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, gdzie trzyma rękę na pulsie nie tylko całego rynku, ale także poszczególnych spółek. Z uwagą śledzi również ogólnogospodarcze wydarzenia w kraju i poza jego granicami.

Tematy
Nawet 360 zł z Kontem 360° w Banku Millennium

Nawet 360 zł z Kontem 360° w Banku Millennium

Powiązane: Polityka rodzinna

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki