Rząd Cypru pod naporem struktur UE i walącego się sektora bankowego postanowił zrabować część oszczędności swoim obywatelom oraz nieubogim obcokrajowcom z Środkowej i Wschodniej Europy. Jak zwykle w tego typu przypadkach cała operacja została przeprowadzona z zaskoczenia i bez dania szansy na obronę – w weekend banki są zamknięte.
„Przycięcie” depozytów leżących w cypryjskich bankach nie było zaskoczeniem dla osób choć średnio zorientowanych w tematyce euro-kryzysu. Dla mnie niespodzianką było tylko, że Trojka wymusiła „opodatkowanie” wszystkich wkładów bankowych, nie mając litości dla drobnych ciułaczy – kwoty do 100 tys. euro zostały zredukowane o 6,75%. „Unijne gwarancje” depozytów do stu tysięcy euro nabrały dziś nowego znaczenia.
Cypr to precedens, który otwiera drogę do podjęcia podobnych kroków w następnych krajach zagrożonych niewypłacalnością. Bezpieczny nie jest żaden kraj, w którym aktywa bankowe zdecydowanie przewyższają rozmiar gospodarki lub dług publiczny przekracza 60% PKB. To NIE DOTYCZY Polski, gdzie aktywa banków stanowią 75% PKB, a przed nadmiernym zadłużeniem kraju powinna nas chronić Konstytucja. Nad Wisłą i Odrą banki są znacznie lepiej dokapitalizowane, działają na mniejszej dźwigni i w przeciwieństwie do instytucji cypryjskich nie pożyczały pieniędzy Grecji czy innym krajom PIGS.
Casus cypryjski to cenna lekcja dla nas wszystkich. Dzięki niej wiemy, że rząd w każdej chwili może dobrać się do oszczędności zgromadzonych w bankach. A potem będzie jeszcze mówi, że zabrał je „dla naszego dobra”. Pokazuje, jak niebezpieczne są przepisy ograniczające swobodę obrotu gotówkowego. I po trzecie, obrazuje, jak chwiejne i niebezpieczne dla całej gospodarki są instytucje oparte na systemie rezerwy cząstkowej.
Zobacz także
„Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy.” – powiedział przeszło 150 lat temu Alexis de Tocqueville. I miał rację.




























































