Cieszymy się z faktu, że po raz drugi w ciągu 5 lat tempo wzrostu produktu krajowego brutto sięgnęło 4%. Ale to wciąż nie jest wzrost na miarę naszych aspiracji. Aby osiągnąć poziom życia Europejczyków z Zachodu, nasza gospodarka musiałaby rosnąc zdecydowanie szybciej.


Powiedzmy to jasno: wzrost gospodarczy na poziomie 4% to dla Polski cały czas rozczarowanie. Oczywiście 4% to lepiej niż niespełna 3% w poprzednich czterech kwartałach. Ale to wciąż stanowczo za mało! Aby skutecznie gonić kraje bogatego Zachodu, w okresie ożywienia gospodarczego Polski PKB powinien rosnąć w tempie 6-7%. Czyli przynajmniej o połowę szybciej.
Krytycy produktu krajowego brutto twierdzą, że „PKB nie włożymy do garnka”. W pewnym sensie mają rację. To tylko ekonomiczny wskaźnik, zresztą obarczony bardzo poważnymi wadami. Lecz z drugiej strony dziwnym trafem wysokość PKB per capita w danym kraju wykazuje silną zbieżność z przeciętnym wynagrodzeniem brutto. Zatem jeśli chcemy realnie więcej zarabiać i podnieść poziom życia, musimy zwiększyć PKB.
A to da się zrobić, tylko jeżeli polska gospodarka będzie rozwijać się dużo szybciej od gospodarek już rozwiniętych. Przez ostatnie 30 lat gospodarka Niemiec rosła w średnim tempie 1,7%. Stany Zjednoczone w XXI wieku rosły w tempie ok. 2%. Dla porównania od roku 1990 średni wzrost PKB Polski wyniósł 3,1%. To stanowczo za mało!
Tu wkracza czysta arytmetyka. Jeśli Niemcy i Polska będą się rozwijać w dotychczasowym tempie, to niemiecki poziom życia osiągniemy na początku XXII wieku. Przynajmniej dla mnie to termin nieakceptowalny.
Według wstępnych szacunków Eurostatu w roku 2016 PKB przypadający na mieszkańca Niemiec wynosił 38 000 euro, a w Polsce 11 000 euro. Jeśli przez następne dekady gospodarka niemiecka będzie rosła w dotychczasowym tempie (1,7%), a polska utrzyma wzrost rzędu 4%, to naszych zachodnich sąsiadów dościgniemy w roku 2072. Trochę późno. Jeśli jednak przyspieszymy dynamikę naszego PKB do 6% (czyli o połowę), to europejski poziom życia uzyskamy już za 30 lat. Czyli za życia jednego pokolenia.
Czy 6% jest w ogóle możliwe?
Osiągnięcie trwałego i powtarzalnego przez dekady tempa wzrostu w wysokości 6% nie jest łatwe i mało komu się to udaje. Oznacza to tyle, że w okresie ożywienia dynamika gospodarki powinna wyraźnie przekraczać 6% i że kraj powinien przez długi czas unikać recesji. W Polsce póki co udaje nam się to drugie: po roku 1991 ani razu nie odnotowaliśmy spadku PKB w ujęciu rocznym. Przez długi czas polska gospodarka potrafiła także osiągać „prędkości przelotowe” wyraźnie powyżej 6%, a nawet 7%.
Tak było aż do roku 2008, gdy eksplodował kryzys nadmiernego zadłużenia, skutkujący pierwszą po 1945 roku globalną recesją. Kryzys najbardziej uderzył w najmocniej zadłużone kraje rozwinięte (Francja, Włochy, Japonia), ale też w prowadzące nierozsądną politykę gospodarczą kraje wschodzące (Brazylia, RPA, Argentyna). Niektórym się jednak powiodło.
W bazie danych Banku Światowego znajdujemy 22 kraje i terytoria, które przez ostatnie 30 lat odnotowały średni realny wzrost PKB wyższy niż 6%. To grupa dość egzotyczna i o nie zawsze wiarygodnej statystyce gospodarczej. Lecz przykłady Chin (9,8%), Birmy (7,2%), Wietnamu (6,4%, Indii (6,4%) czy Singapuru (6,2%) udowadniają, że jednak można. Zresztą cały region Azji Południowej w latach 1985-2015 rozwijał się w tempie 6,07% rocznie.
Niestety polski wzrost gospodarczy w ostatniej dekadzie popadł w przeciętność. Z cyklu na cykl nasza gospodarka osiąga coraz niższe „prędkości maksymalne”: w roku 2007 było to 7,7%, w latach 2010-11 ok. 5%, a teraz tylko okazjonalnie potrafi wykrzesać z siebie 4%. Zatem nie bardzo mamy powody, aby cieszyć z okazjonalnego osiągnięcia 4% na liczniku dynamiki PKB.

























































