Paryż włączył tryb "pełnej rewolucji". Już nawet pomnik Marianny, ucieleśnienia wolności, równości i braterstwa, nosi żółtą kamizelkę. Gaz łzawiący, podpalone śmietniki, zdemolowane pomniki to nowa codzienność Francuzów. Część protestujących na cel wzięła sobie ekskluzywne sklepy z markową odzieżą i biżuterią, które okradane są na potęgę.


Zakapturzeni, w większości mężczyźni, szturmują sklepy, ogołacając je ze wszystkiego. Na filmikach udostępnionych w mediach społecznościowych można zauważyć, m.in. jak wbijają metalową kratę w szklaną witrynę sklepu Louis Vuitton, a następne próbują kopniakami utorować sobie drogę do środka. Na innym filmie widać także skalę zniszczeń spowodowaną przez szabrowników w placówce Christiana Diora. Podobny los spotkał Rolexa.
Jednak nie tylko. Kobieta usiłowała powstrzymać protestujących przed splądrowaniem supermarketu, krzycząc, "Dlaczego to robicie? To nie o to chodzi". Pomocy medycznej wymagał właściciel sklepu z komiksami, który usiłował go obronić przed zamaskowanymi napastnikami. Inni wpadli do restauracji, podłożyli w niej ogień, a do plecaków pakowali butelki z alkoholem, papierosy i karty SIM do telefonów, które chcieli od razu odsprzedać.
Według wstępnych szacunków splądrowano ponad 1,5 tys. sklepów. Atakowano też kościoły i ratusze. Tak spłonął słynny budynek w Limoges, zbudowany w 1883 roku. Przetrwał m.in. II wojnę światową, podczas której odegrał znaczącą rolę we francuskim ruchu oporu. Jak wspominają świadkowie podpalenia, zakapturzeni i ubrani na czarno protestujący nie wykrzykiwali żadnych haseł. Po prostu przybyli, "by atakować".
Od protestu uczniów po paraliż całego państwa
Protesty zaczęły się od licealistów, którzy wyszli na ulicę, by zaprotestować przeciwko rozpadającemu się systemowi edukacji we Francji. Do tego doszły postulaty o zbyt wysokich kosztach życia oraz rządom Macrona. Następnie dołączyły do nich i inne niezadowolone grupy społeczne - w tym słynne już Żółte Kamizelki.

Minister spraw wewnętrznych Laurent Nunez zwrócił uwagę na "znaczną mobilizację skrajnej lewicy" wśród uczestników protestów. W ostatnich dniach protesty znacznie się zradykalizowały, a akty przemocy się mnożą. Sama francuska policja przyznaje, że "straciła kontrolę". W starciach rannych zostało prawie 1 000 funkcjonariuszy policji i strażaków. Z kolei premier Sebastien Lecornu obwinił agresywne ugrupowania skrajnej lewicy, które „próbują podgrzać atmosferę w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie”.
Emmanuel Macron usiłował uspokoić nastroję, przemawiając w niedzielę wieczorem. Zaznaczył, że "plądrowano firmy, a budynki publiczne, sklepy i ratusze były atakowane. Patrząc na te obrazy, wszyscy zadaliśmy sobie pytanie, jak Francuzi mogli zrobić coś takiego Francji".
Le Pen odpowiedziała krótko na X: "Nasz kraj znalazł się w imadle… między przemocą a bezsilnością”. Inni politycy związani z prawicą oczywiście wykorzystali zamieszki, by wskazać na związek z imigracją.
Footage from central Paris today amid intense rioting across France. 🇫🇷🔥 More footage in the comment. #Paris #France #Protests https://t.co/5mT3qJVkbZ
— Mark (@MarkCarr173135) October 18, 2026
Francja płonie na pół roku przed wyborami
Marcon i jego mniejszościowy rząd już wcześniej borykali się z oburzeniem obuwateli. Teraz - na sześć miesięcy przed wyborami - w sondażach zaczyna wieść prym liderka skrajnej prawicy Marie Le Pen.
To wyraźne przypomnienie najmroczniejszych czasów kryzysu Gilets Jaunes [protestów Żółtych Kamizelek - przypis red]. Apokaliptyczne sceny z soboty sprawiały wrażenie, że państwo nie sprawuje już kontroli nad krajem, więc jest to ważne doświadczenie, które może wpłynąć na to, jak ludzie będą głosować - skomentował Bruno Cautrès, politolog z Sciences Po w "Financial Times".
Dodał, że najbardziej oczywistym bezpośrednim zwycięzcą była partia Le Pen – Rassemblement National, podczas gdy najwięksi przegrani – Macron i Lecornu – muszą pilnie znaleźć realne rozwiązania, aby uspokoić obywateli i złagodzić niepokój na rynkach.
Prasa: Zamieszki mogły ułatwić błędy policji, skrajna lewica, słabość władzy centralnej
Prasa we Francji stawia w poniedziałek pytania o odpowiedzialność za zamieszki podczas demonstracji z 17 października. Wylicza takie możliwe czynniki, jak: błędne prognozy policji, odpowiedzialność sił politycznych - np. skrajnej lewicy, a także słabość polityczną obozu prezydenta Emmanuela Macrona.
„Francja obudziła się w niedzielę oszołomiona”, a „w centrum debaty pojawia się kwestia odpowiedzialności” za wydarzenia – ocenia regionalny dziennik „Ouest-France”. „Jaką cześć odpowiedzialności ponosi rząd za to, że nie udało się w sobotę utrzymać porządku? Czy skrajna lewica podsycała (nastroje)?” – pyta dziennik.
Lewicowy dziennik „Liberation” zauważa, że „potępienie wobec wandali nie jest przeszkodą, by zadać poważne pytania na temat strategii sił policyjnych”. Wśród tych pytań wymienia: „czy minister spraw wewnętrznych źle przewidział ten dzień? Jakimi informacjami dysponowały służby wywiadowcze? Czy siły porządku publicznego były wystarczająco liczne?”.
Dziennik krytykuje reakcje polityków, którzy – jego zdaniem – natychmiast rozpoczęli wzajemne obwinianie się, „kierując wzrok ku wyborom prezydenckim” (wiosną 2027 roku-PAP), „jak gdyby chodziło tylko o liczenie głosów, które można zebrać”. Nawiązując do trwających od tygodni protestów licealistów „Liberation” wytyka kandydatom na prezydenta brak perspektyw, jakie mogliby zaoferować młodzieży.
Prawicowy „Le Figaro” wylicza pytania na temat „fiaska”, jeśli chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa. „Liczba wandali i wielość ognisk rebelii przytłoczyła siły porządku publicznego” – podkreśla dziennik. Zarzuca policji błędy w prognozach, pozostawienie „miejsc symbolicznych”, jak merostwa czy siedziby prefektur „niemal bez ochrony”.
W osobnym artykule na stronie internetowej „Le Figaro” ocenia, że 17 października „dokonało się połączenie dwóch rodzajów przemocy (...) – ze strony skrajnej lewicy i ze strony przestępców z przedmieść”. Dziennik oskarża skrajnie lewicową Francję Nieujarzmioną (LFI) o to, że usprawiedliwia, „jeśli nie podsyca” te dwa rodzaje przemocy. „Le Figaro” nazywa też sobotnie wydarzenia „kryzysem demokracji” i uważa, że obóz polityczny prezydenta Emmanuela Macrona, pozbawiony większości po wyborach parlamentarnych z 2024 roku utrzymuje władzę „nie mając władzy”, co staje się „dodatkowym czynnikiem chaosu”.
Katolicki dziennik „La Croix” podkreśla, że „istnieją winni” i „powinni oni być nazwani”. Są to „przede wszystkim wandale”, a „na drugim miejscu – platformy (internetowe), których polaryzujące algorytmy (...) łączą rozmaite wezwania do rebelii nigdy nie ponosząc za to odpowiedzialności” ocenia „La Croix”. Dziennik wymienia także „inżynierów chaosu, influencerów bądź partie polityczne” i „deputowanych, niezdolnych do dogadania się w sprawie reform na rzecz interesu ogólnego (...), ponieważ od 2022 roku ich obsesją jest tylko rok 2027 (czyli wybory prezydenckie-PAP).
Z Paryża Anna Wróbe
opr. aw




























































