Można odwiedzić tereny po Państwie Islamskim. Za 6 tys. zł dziennie z ryzykiem porwania

Są miejsca, które na liście "do odwiedzenia" dla większości turystów będą ulokowane poniżej tzw. szarego końca, jednak dla fanów "mrocznej turystyki" stanowią z kolei cel. Okazuje się, że można odwiedzić Państwo Islamskie, ale cena – i to nie tylko w twardej walucie – jest znaczna. 

"Mroczna turystyka" przypomina wyruszanie Bagginsa na wyprawę z krasnoludami i czarodziejem Gandalfem do Ereboru w Samotnej Górze. – Kompania nie odpowiada za odniesione obrażenia, rany i inne uszkodzenia całości lub części ciała, w tym rany cięte, wypatroszenie, zwęglenie – czyta w kontrakcie Bilbo i tuż później pada zemdlony. O ile w filmie brzmi to zabawnie, to już zmierzenie się z takimi zagrożeniami w rzeczywistości takie nie jest.

Dark tourism to podróże w miejsca, których odwiedzenie wiąże się z dużym ryzykiem śmierci lub jest z nią nierozerwalnie związane. Jednym z podróżników uprawiających taką turystykę jest Andy Drury, Brytyjczyk, który właśnie wrócił z "wycieczki" z terenów do niedawna pozostających w rękach Państwa Islamskiego. 3-dniowy wyjazd kosztował go 4 tys. funtów, a więc około 20 tys. zł. Były to koszty m.in. przewodników, którzy z kolei opłacali lokalnych urzędników/funkcjonariuszy, by przymykali oko na jego eskapadę. Dodatkowo, jak podobnie wspomina większość korespondentów wojennych, pieniądze trzeba przeznaczyć na wynajem taksówki z kierowcą oraz paliwa, opłacanego przez podróżującego.

Państwo ISIS nic inclusiv?

– Najprawdopodobniej jestem pierwszym turystą, który przyjechał odwiedzić ruiny miast należących do Państwa Islamskiego – mówi Andy Drury w wywiadzie dla "The Sun". – Przejeżdżając przez Irak i Kurdystan, widziałem piękne budynki i nagle wszystko się zmienia. Wkroczyłem do świata podobnego do tego postapokaliptycznego. Domy miały wielkie dziury po wybuchach spowodowanych nalotami, gdzieniegdzie leżały porozrzucane kawałki gumy, mebli czy kwartałów zrównanych z ziemią – dodaje.

Na trzydniowy rajd po Mosulu i okolicach zabrał go opiekun Ammar, który wcześniej pracował jako przewodnik korespondentów wojennych. Jak relacjonuje w "Daily Mail" Brytyjczyk, nawet wówczas nie bał się on tak, jak podczas podróży z nim. Gdy jeździł w niebezpieczne rejony z dziennikarzami, robił to w samochodzie opancerzonym. Co więcej, turysta przyprawił go o kolejne siwe włosy, gdy odmówił noszenia kamizelki kuloodpornej i hełmu. 

Podróż za niemal 20 tys. zł trwała trzy dni. "Wycieczka" obejmowała okolice Mosulu i Kirkuku, a więc północną część Iraku. Od czerwca 2014 roku do lipca 2017 roku tereny te znajdowały się w rękach dżihadystów. Choć odbite przez armię iracką, nie są wolne od ekstremistów. Wjazd do Mosulu obecnie musi się odbywać nielegalnie, jak powiedział turysta w podcaście Trev and Ben.

Włos się jeży

Podczas pierwszego dnia swojej wrześniowej podróży po strefie wojennej Andy Drury pojechał na pierwszą linię frontu w pobliże Kirkuku, by spotkać się z kurdyjskimi żołnierzami, z którymi spędził kilka dni w 2016 roku. Jak się okazało, zamiast nich zostali zatrzymani przez armię iracką. Sytuacja była bardzo nerwowa i "przez otwarte okna w samochodzie mundurowi wsadzali lufy i celowali do podróżujących". Zdaniem Andy'ego było jasne, że "nas nienawidzili", a turysta wraz ze swoimi towarzyszami zostali zawróceni z drogi.

Wtedy stała się rzecz niezwykła. "W pewnym momencie podszedł do mnie taksówkarz, który powiedział, że zawiezie nas w sam środek Kirkuku. Pomyślałem wtedy, że to przeciwne wszystkiemu, co wcześniej robiłem. W takich miejscach nie można bowiem ufać nieznajomym, niesprawdzonym osobom, które przecież mogą być podstawione. To nadal terytorium, w którym dochodzi do porwań, a taksówkarz mógł siedzieć w kieszeni ISIS". 

Miejscowy przedstawił prosty sposób szmuglowania ludzi. Otóż znał drogę prowadzącą tylnymi drogami, a nawet prywatnymi ogródkami. I zapewniał, że robił to już wcześniej. 

Sam podróżnik przyznaje, że stanął przed nie lada wyborem: być pierwszym turystą na terenach byłego Państwa Islamskiego, ale w razie schwytania przez wojska irackie mógł być oskarżony o szpiegostwo (i było to jedno z bardziej optymistycznych czarnych scenariuszy, jakie przychodziły mu do głowy), czy odpuścić. Zaufał, bo chęć zobaczenia Mosulu i okolic była silniejsza niż obawy. Pojechał.

Przerażający obraz zniszczenia

Na początku udali się do Kirkuku i miasta Taza, by stamtąd pojechać do Mosulu. Kierowca uprzedzał, że Europejczykowi nie będzie łatwo oglądać miasto. 

Na potwierdzenie jego słów widać zdjęcie, gdzie na drugim planie znajduje się wysadzony przez dżihadystów Wielki Meczet An-Nuri w Mosulu, w którym Abu Bakr Al Baghdadi określił miasto jako kalifat.

Meczet Al-Nuriego, zwany przez miejscowych Al-Hadba, czyli garbus

Meczet powstał w 1175 roku i był jednym z największych zabytków w mieście. 

Przez 850 lat jego 45-metrowy minaret górował nad Mosulem. To tutak Abu Bakr al-Bagdadi obwieścił powstanie Państwa Islamskiego, a siebie kalifem wszystkich muzułmanów. Po trzech latach walk dżihadyści, którzy bronili się przed ofensywą Kurdów, wspieraną przez USA, woleli wysadzić świątynię niż ją poddać. 

Podczas walk Ammar, przewodnik turysty, spotkał przy meczecie człowieka z synkiem, który pochował swoją córkę. Obok niego chłopczyk bawił się żółtą kredką, bo to była jego ulubiony kolor. Na drugi dzień przewodnik zobaczył nowy grób – okazało się, że w ciągu dwóch dni ojciec stracił dwoje dzieci. A jedyne miejsce, gdzie mógł je pochować z powodu miękkiej ziemi, było w pobliżu meczetu,. 

Wroga kawa w strasznym miejscu

W Mosulu zatrzymali się w restauracji, by wypić kawę. Jak się okazało, nie spotkali się w włoską gościnnością czy francuską uprzejmością, która każe witać turystów. "Kawa została rzucona nam na stół. Kelnerzy ewidentnie nie chcieli nas tutaj" – wspomina Andy Drury. Po drugiej stronie ulicy była wielka dziura po wieżowcu, z którego dachu ISIS zrzucało homoseksualistów. Dla niektórych miejscowych stanowiło to "igrzyska, bo siedzieli w kawiarence i popijali kawę, obserwując jak ludzie ginęli tuż obok".  

W Mosulu niemal na każdym kroku turysta mijał ubranych na czarno członków lokalnej milicji. Jeśli im się ktoś nie spodobał, był w prawdziwych kłopotach. Na części domów wciąż widniały oznaczenia "ten dom należy do ISIS. Trzymaj się z daleka".

Znak 'n' na budynkach

ISIS malowało je na domach chrześcijan, rekwirując je i oznaczając jako własne. Wcześniej ich właściciele byli zabijani. 

W niektórych z nich wciąż leżało zepsute jedzenie na talerzach, zabawki leżały w pokoikach dziecięcych, a na podwórkach stały huśtawki czy karuzele (część z nich została też zniszczona pociskami).

Najważniejsi są zawsze ludzie

Dla Andy'ego ważne są nie tylko miejsca, które odwiedza, ale też i ludzie. Przy meczecie spotkał człowieka, który, jak się okazało, przeżył całą bitwę o Mosul. W jego ogródku zakopano poległych islamskich bojowników, a tuż obok rósł krzak, który regularnie podlewał, gdyż "to było życie". 

Dłuższa rozmowa pokazała, że miał on dużo szczęścia – jego rodzina przeżyła, choć horror, którego doświadczyli, trudno opisać. "Kiedy biegłem, kula przeleciała mi tuż przy nodze. Co prawda drasnęła mnie, ale nie uszkodziła kości". W głowie jego córki nadal tkwi kawałek szrapnela, a syn ma wciąż odłamki w rękach. Wszystkie jego dzieci były ranne podczas konfliktu. Lecz żyją. "Czy jestem dobrym ojcem? Nie ochroniłem swojej rodziny" – powiedział.

Przed wojną mężczyzna sprzedawał klimatyzacje. Teraz chciałby wrócić do swojego życia, ale nie może. Rząd iracki nie chce mu na nowo wydzierżawić ziemi, którą miał przed bitwą. Ich jedynym majątkiem jest krzak i lodówka Beko. 

Przewodnicy zabrali też Brytyjczyka w okolice mostu nad Tygrysem, rzeką dającą w starożytności życie, a w czasie wojny zmienionej w cmentarz. Iracka armia zrzucała z mostu podejrzanych o współpracę z ISIS i strzelała do nich. Teraz to miejsce będzie naznaczone zbrodnią wojenną. 

Na koniec Andy pojechał do szpitala, który był ostatnim przyczółkiem ISIS. Tam zobaczył też niepochowane ciała. 

– Nie myślę o zwłokach, ale o tej jednej rodzinie, ich lodówce i mojej rodzinie – mówi Andy Drury.

Kim jest żądny wrażeń podróżnik?

Andy Drury od około 20 lat (obecnie mam 53) podróżuje w rejony, przez które chwilę wcześniej przetoczyła się wojna. W Wielkiej Brytanii jest właścicielem firmy budowlanej i wiedzie spokojne życie męża i ojca czwórki dzieci. Raz na jakiś czas jedzie jednak na wakacje, które mogą zakończyć się tragicznie. W 2016 roku był już na linii frontu w Kirkuku, gdzie spędził czas na pierwszej linii z kurdyjskimi żołnierzami. Wcześniej był w Mogadiszu, Syrii, Afganistanie, Somalii i Czeczenii. 

Dodatkowo włącza się w akcje humanitarne, pomagające osobom dotkniętym wojnami w rejonach, które odwiedza.

aw

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
2 22 wizytator

Że też nikt nie wpadł na to podczas I i II WoŚ. Jednak człowiek to najgorszy gatunek na tej ziemi.

! Odpowiedz
0 0 bankpl

Abc

! Odpowiedz
1 58 sel

A wszystko zaczęło się od wprowadzania "demokracji" w Iraku i " obrony" tożsamości religijnej...?

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne