Kiepskie statystyki makroekonomiczne nie przeszkodziły indeksowi S&P500 dotrzeć do poziomu po raz ostatni widzianego w lutym. Być może inwestorzy cynicznie liczą, że słabsza koniunktura gospodarcza skłoni Fed do obniżenia stóp procentowych.


Po dość zmiennej – aczkolwiek niezbyt emocjonującej – sesji indeks S&P500 dotarł na wysokość 5 970,81 punktów, zyskując symboliczne 0,01%. Ale sesyjne maksimum wypadło na poziomie niemal 6 000 punktów i było najwyższą wartością tego benchmarku od 26 lutego.
Nasdaq Composite po wzroście o 0,32% zakończył dzień na poziomie 19 460,49 pkt. Jedynie średnia przemysłowa Dow Jonesa finiszowała na czerwono, tracąc 0,22% i schodząc do 42 427,74 pkt.
ReklamaZobacz także
Wydaje się, że dziś rynek zlekceważył całą serię wyraźnie słabszych od oczekiwań danych makro. Najpierw rozczarował raport ADP, który pokazał, że w maju w sektorze prywatnym przybyło zaledwie 37 tys. etatów. Oczekiwano 110 tys., a rezultat za kwiecień zrewidowano w dół z 62 tys. do 60 tys. Dane ADP obejmują tylko sektor prywatnym ,więc z góry możemy odrzucić hipotezę o opóźnionych efektach działań Departamentu ds. Wydajności Rządu (DOGE).
Następnie kiepsko zaprezentował się wskaźnik ISM mierzący koniunkturę w sektorze usług. Indeks ten w maju zaliczył spadek z 51,6 pkt. do 49,9 pkt. wobec rynkowego konsensusu na poziomie 52,3 pkt. Istotny jest fakt, że mamy do czynienia z rezultatem niższym od 50 punktów, co sygnalizuje spadek aktywności ekonomicznej w dominującym sektorze gospodarki USA. To pierwsza taka sytuacja od blisko roku. Co więcej, subindeks zatrudnienia wskazał na bardzo silną presję cenową.
To może utrudnić Rezerwie Federalnej podjęcie decyzji o kontynuacji zeszłorocznych obniżek stóp procentowych. Fed jest teraz w bardzo trudnej sytuacji, bo „szok Trumpa” działa jednocześnie recesyjnie i inflacyjnie. A z takim czymś nie da się skutecznie walczyć poprzez poluzowanie polityki pieniężnej. Na Wall Street mogą jednak liczyć, że Fed spanikuje i znów zacznie ciąć stopy, gdy tylko zobaczy np. spadek zatrudnienia i wzrost stopy bezrobocia. A te dane poznamy przed piątkową sesją.
Dobre wieści nadeszły za to z Waszyngtonu. Pozapartyjne Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO) oszacowało, że zaproponowane przez administrację prezydenta Donalda Trumpa cięcia podatkowe będą oznaczały wzrost długu publicznego „tylko” o 2,4 biliona dolarów. Wcześniejsze szacunku CBO mówiły o kwocie rzędu 3,8 bln USD. Teraz CBO twierdzi, że „pakiet Trumpa” w ciągu dekady zmniejszy dochody budżetowe o 3,67 bln USD i obniży wydatki o 1,25 bln USD.
To wywołało wyraźną ulgę na rynku długu. Rentowność 10-letnich obligacji rządu USA spadła o 10 punktów bazowych, do 4,35%. Co prawda nowe wyliczenia CBO nie zmieniają i tak już katastrofalnego stanu finansów publicznych Stanów Zjednoczonych, ale dają cień nadziei, że politycy nie zniszczą ich doszczętnie w najbliższym czasie (tylko w nieco dłuższym).

























































