Już po 30 minutach handlu byki dostały silny cios między rogi. Indeks koniunktury w branży deweloperskiej (NAHB) spadł w lipcu z 17 do 14 punktów, choć oczekiwanego wyniku na poziomie 16 pkt. To najniższy rezultat od kwietnia 2009, potwierdzający że majowe załamanie w sektorze mieszkaniowym nie będzie przejściowe.
Ale indeksy tylko na chwilę znalazły się pod kreską, by szybko powrócić w neutralne rejony. Końcówka handlu tradycyjnie przyniosła zryw popytu, dzięki czemu główne indeksy zyskały po 0,6-0,8%. To niewiele, zważywszy na trzyprocentowe spadki odnotowane w piątek.
Inwestorzy woleli skupić na wynikach prezentowanych przez spółki. Tu pozytywnie zaskoczył Halliburton, którego zysk za ostatnie trzy miesiące okazał się o 40% wyższy od konsensusu. Miło zaskoczyły też przychody, które okazały się o 10% wyższe od prognoz. Akcje Halliburtona zdrożały o 6%, ciągnąc za sobą notowania spółek z branży naftowej. Firma oszacowała też potencjalne straty, jakie będą konsekwencją zakazu wierceń na amerykańskim szelfie kontynentalnym wprowadzone po katastrofie na platformie BP. Zdaniem zarządu zysk na akcje spadnie w związku z tym o 5-8 centów.
Poza tym liczyły się tylko oczekiwania na dobre raporty ze spółek technologicznych. Już po sesji wyniki przedstawiły IBM oraz Texas Instruments. Informatyczny gigant zaprezentował wynik o trzy centy wyższy od prognoz, czyli 2,61$ na akcję. Z powodu umocnienia dolara rozczarowały jednak przychody, co może zaszkodzić akcjom IBM-a już na wtorkowej sesji.
Amerykańscy inwestorzy nie bardzo przejmowali się za to problemami Europejczyków. Ani obniżka ratingu Irlandii, ani napięcia na linii Węgry-MFW nie cieszyły się większym zainteresowaniem na Wall Street. Podobnie jak nieoficjalna informacja, iż niemiecki bank Hypo Real Estate oblał testy adekwatności kapitałowej. Odzwierciedleniem tej ignorancji były spadające notowania amerykańskich papierów skarbowych.
K.K.

























































