REKLAMA
JANUSZ KRYPTO

"Czułem, jak walec mnie miażdży". 20 lat po katastrofie hali MTK w Katowicach

2026-01-28 06:31, akt.2026-01-28 07:38
publikacja
2026-01-28 06:31
aktualizacja
2026-01-28 07:38

Mimo upływu lat poszkodowani w katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich (MTK) i bliscy ofiar doskonale pamiętają tamte wydarzenia. Większość z nich w rozmowach z PAP podkreślała, że to tragedia, która na zawsze zmieniła ich życie i rana, która nigdy do końca się nie zabliźni.

"Czułem, jak walec mnie miażdży". 20 lat po katastrofie hali MTK w Katowicach
"Czułem, jak walec mnie miażdży". 20 lat po katastrofie hali MTK w Katowicach
fot. Krzysztof Szewczyk / / FORUM

W środę mija 20. rocznica katastrofy hali MTK, w której zginęło 65 osób, a ponad 140 zostało rannych. W sobotę, 28 stycznia 2006 r. w pawilonie nr 1 - największym na terenie MTK - odbywała się ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych. Dach hali zawalił się ok. godz. 17.15. Zalegała na nim gruba warstwa śniegu i lodu.

Na kilka dni przed rocznicą PAP rozmawiała z niektórymi poszkodowanymi i bliskimi ofiar.

Zbigniew Wełmiński: Ostatni ocalony z rumowiska

Zbigniew Wełmiński to prawdopodobnie ostatnia żywa osoba wydobyta z rumowiska. Pod grubą warstwą stali i śniegu spędził ponad pięć godzin, przetrwał w 30-centymetrowej luce pomiędzy zawaloną konstrukcją a podłożem. Walący się dach uszkodził mu kręgosłup i wyrwał nogę ze stawu biodrowego. I tak miał więcej szczęścia niż jego dwaj koledzy – Węgier i Belg. Obaj zginęli na miejscu.

Belgijska firma, w której wtedy pracował, sprzedawała karmę dla zwierząt, miała stoisko w środkowej części hali, największej na terenie MTK. Do pawilonu pan Zbigniew wszedł dziesięć-kilkanaście minut przed katastrofą. - Bardzo spieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem... - opowiadał.

Jak pamięta, dach runął w ułamku sekundy, odruchowo rzucił się na podłogę, jakby skakał do wody. Został przygnieciony olbrzymią belką. Po chwili zrobiło się całkowicie ciemno i cicho. - Dopiero po pewnym czasie odezwały się jakieś głosy. Jakaś pani powiedziała: „Ludzie, ja nie mam nóg”. Horror – opowiada. Leżąc pod dachem zdołał dodzwonić się do żony, przyjechała na miejsce wraz z synem.

Pytany, czy wierzył, że zostanie uratowany, Wełmiński nie jest w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. - Było bardzo zimno, nie wiem, jakim cudem przeżyłem ubrany tylko w letnią marynarkę i półbuty – podkreślił. W pamięci ma ratownika, który się do niego dogrzebał przez rumowisko i przez wąski otwór złapał go za rękę. - Wszystko się osuwało i powiedziałem mu, żeby tę rękę zabrał, bo mu ją za chwilę obetnie. Odpowiedział, że będzie mnie za nią trzymał do końca. To mnie bardzo zmobilizowało. Myślałem, że głupio byłoby, bo człowiek tak fajnie sobie umiera, a z drugiej strony szkoda tego chłopa. Ci ratownicy to byli niewiarygodnie fantastyczni ludzie – podkreślił.

Poza ratownikami jest wdzięczny lekarzom, którzy podczas długiego leczenia przywrócili go do sprawności. Ma natomiast pretensje do państwa, które - jak ocenił – w sprawach odszkodowawczych „bardzo gorliwie” broniło pieniędzy i nie poczuwało się do odpowiedzialności, mimo że teren, na którym stała hala, należał do Skarbu Państwa.

- 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe. W międzyczasie miałem udar, więc można powiedzieć, że żyję po raz trzeci – podsumował Zbigniew Wełmiński.

Aleksander Malcher: Ratownik, który stracił dwóch braci

Aleksander Malcher w katastrofie stracił dwóch braci - Andrzeja i Zbigniewa, jeden z nich miał 51, a drugi 37 lat i podobnie jak Aleksander pracował w prywatnym pogotowiu ratunkowym w Pszczynie. Pan Aleksander wiedział, że bracia 28 stycznia wybierają się do MTK, sami byli hodowcami gołębi, to była ich pasja. O tym, że doszło do katastrofy, dowiedział się z paska w telewizji. Zaczął dzwonić do braci, ale żaden z nich nie odbierał. Niedługo później odebrał natomiast telefon z pracy, że trzeba wyjeżdżać do akcji ratunkowej w MTK.

Malcher do tej pory ma bardzo wyraźne wspomnienia z akcji ratowniczej. - Z zewnątrz wyglądało, jakby nic się nie stało. Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać – podkreślił. Był skupiony na ratowaniu poszkodowanych. Liczył, że bracia przeżyli, być może też pomagają w akcji. O ich śmierci dowiedział się później.

Podkreślił, że mimo upływu czasu rana po katastrofie wciąż jest niezabliźniona. - Wydaje mi się, jakby to było kilka miesięcy temu. Dopiero, kiedy człowiek przychodzi na cmentarz i patrzy na daty na nagrobkach, zdaje sobie sprawę, że upłynęło już tyle lat. Nieraz chce się do moich braci zadzwonić, wtedy zdaję sobie sprawę, że ich już nie ma, ale jest to wciąż uczucie mało realne - wskazał.

Pochodzący z Góry pod Pszczyną Aleksander Malcher wychował się w rodzinie, w której było dwanaścioro rodzeństwa – pięciu braci i siedem sióstr, z wszystkimi czuł się bardzo związany. - Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać. Z drugiej strony człowiek musi dawać radę, nie ma innego wyjścia – opowiadał w rozmowie z PAP.

Również on czuje się zawiedziony tym, jak rodziny ofiar zostały potraktowane przez państwo w sprawie zadośćuczynień. - To była największa katastrofa budowlana w historii Polski i nie potrafiliśmy stanąć na wysokości zadania, w przypadku innej katastrofy jakoś się dało. Mam odczucie, że w tym samym państwie są równi i równiejsi, ludzie różnych kategorii. Odczuwam niesmak – skwitował.

Mieczysław Ropelewski: Stracił pięć osób, ale wychował wnuki

Mieczysław Ropelewski, który stracił pod gruzami aż pięć osób z najbliższej rodziny - żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba, na kilka dni przed rocznicą proszony o rozmowę na temat katastrofy odpowiada nie bardzo może rozmawiać, bo właśnie stracił syna.

- Opowiem tylko tyle, że udało mi się dobrze wychować wnuki. Wnuczka jest po magisterce z dietetyki, wnuk jest w Londynie, jest stewardem na liniach brytyjskich, też studia skończył. Udało mi się ich wyprowadzić na prostą, chociaż tej traumy nikt im niestety nie zabierze – podkreślił.

Zdzisław Karoń: Ból i radość życia dla wnuczki

Zdzisław Karoń, wieloletni działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, podkreślił, że katastrofa całkowicie zmieniła jego życie – wcześniej bardzo aktywny, po wypadku wskutek obrażeń kręgosłupa był sparaliżowany, przez pewien czas poruszał się na wózku inwalidzkim, a potem o kulach. Traumę po katastrofie przeżywa do dziś i niechętnie wraca do tych wydarzeń. Z drugiej strony uważa, że powinno się o tym mówić. - Żeby ludzie widzieli, co może człowiek człowiekowi zgotować na tej ziemi przez swoją niewiedzę, przez swoje zaniedbania. Nie chciałbym, żeby coś takiego się powtórzyło, żeby inni musieli przeżywać to, co ja przeżywałem – zaznaczył.

Również on do dziś dobrze pamięta moment katastrofy. Na początku była olbrzymia panika, pisk, hałas, krzyki; kiedy odwrócił głowę, zauważył „składający się” dach. Próbował uciekać, ale podmuch upadającej konstrukcji rzucił go na podłogę, chwilę później od stóp do ramion jak walec przygniotła go stalowa konstrukcja. Na jego telefon dzwonili bliscy i znajomi, ale nie był w stanie się ruszyć. Czuł dotkliwy ból. Otuchy dodawał mu kolega, który z nim rozmawiał i prosił, by nie zasypiał i zaczekał na ratowników.

Nie jest pewien, ale prawdopodobnie na pewien czas stracił przytomność, pamięta natomiast, jak był wyciągany z gruzowiska na desce ratowniczej. Ratownicy uwolnili go, używając pił i poduszek pneumatycznych, w głowie ma wciąż towarzyszące temu dźwięki. - Poczułem ulgę, że podnieśli tę konstrukcję i mnie stamtąd wydostaną – powiedział. Wydawało mu się, że pod zawalonym dachem leżał pół godziny, ale gdy później sprawdził połączenia telefoniczne, okazało się, że były to dwie godziny.

W karetce czuł trudny do zniesienia ból kręgosłupa. Dziwi się, że dopiero po przewiezieniu do szpitala zrobiło mu się strasznie zimno, wcześniej tego nie odczuwał. - Tuż po katastrofie była ogromna radość życia, byłem szczęśliwy, że żyję. Potem górę wzięły ból i niemoc – wspomina. Obok dolegliwości fizycznych pojawiły się inne problemy – reagował panicznie, gdy ktoś w telewizji puścił film, w którym pojawiały się wystrzały, bał się jeździć samochodem. Później, kiedy chodził do lekarzy, a ci pytali, co właściwie mu się stało, nie był w stanie odpowiedzieć. Do dzisiaj reaguje na nagłe, głośne dźwięki, nie może oglądać obrazów z wszelkich wypadków czy nawet opowieści o nich.

- Nawet po 20 latach w człowieku siedzi to wszystko. Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo – powiedział i dodał, że najważniejsze dla niego było znalezienie sobie zajęcia, które odciąga go od myśli o katastrofie. Jak podkreślił, dobrym „lekarstwem” jest też rodzina. W marcu 2006 r., niedługo po katastrofie, urodziła mu się druga wnuczka. - Przeżyłem dlatego, żeby móc ją widzieć i cieszyć nią – zaznaczył. Dziś ta wnuczka ma już 20 lat, później Zdzisław Karoń doczekał się też trojga prawnuków. Po katastrofie przeprowadził się z Częstochowy do pobliskiego Olsztyna. Założył małą, przydomową winnicę. - Trzeba żyć do przodu, muszę się jakoś odnajdywać i przystosowywać do tego, co jest i nie narzekać – podsumował Zdzisław Karoń.

Gen. Skulich: gdy cierpią ludzie, akcji ratowniczej nie można oceniać w kategoriach sukcesu

Gdy cierpią ludzie, nie ma takiej akcji ratowniczej, którą można byłoby oceniać w kategoriach sukcesu, można jedynie zastanawiać się, czy nie trzeba było zrobić czegoś inaczej - powiedział w wywiadzie dla PAP nadbryg. Janusz Skulich, który dowodził działaniami ratowniczymi po katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich (MTK).

Na kilka dni przed rocznicą nadbryg. Skulich w wywiadzie dla PAP zaznaczył, że wydarzenia sprzed 20 lat miały olbrzymi ładunek emocjonalny i odcisnęły na nim trwałe piętno. Wciąż wraca myślami do akcji ratowniczej i uważa, że wbrew wielu pochlebnym opiniom nie była ona bezbłędna i w pewnym momencie niewłaściwie ocenił sytuację.

PAP: Wkrótce minie 20 lat od katastrofy hali MTK. Czy mimo upływu czasu wciąż wraca pan myślami do tamtych dni, nie tylko podczas kolejnych rocznicowych obchodów?

Janusz Skulich: 20 lat to sporo czasu, ale o tej katastrofie i przedsięwzięciu ratowniczym rozmawiamy bardzo często, i to nie przy okazji rocznic, do których przykładamy olbrzymią wagę i uważamy, że naszym obowiązkiem jest oddawać szacunek i hołd ofiarom oraz tym, którzy prowadzili akcję ratowniczą. Zajmujemy się tym także zawodowo – to doświadczenie, jak i każde inne o podobnej skali, jest źródłem wiedzy, przyczynkiem do analiz i wyciągania wniosków. Z pewnością nigdy nie uda nam się uniknąć takich zdarzeń, dlatego takim akcjom, jak na MTK, poświęcone są różne publikacje czy szkolenia. Ten temat powraca i jest dobrą ilustracją różnych problemów, z jakimi możemy się spotkać.

PAP: Do katastrofy doszło w sobotę, po godzinie 17. W jakiej sytuacji zastała pana – wówczas komendanta wojewódzkiego PSP w Katowicach - informacja o tym wypadku?

J.S: Tego dnia skorzystałem z zaproszenia jednej z jednostek OSP w Jaworznie i uczestniczyłem w zebraniu z ochotnikami. Tam otrzymałem telefon od oficera dyżurnego, że doszło do takiej „awarii”. Przerwałem zajęcia i pojechałem na miejsce, byłem tam przed godziną 18.

PAP: Czy już z informacji oficera dyżurnego wynikało, że doszło do bardzo poważnej katastrofy?

J.S.: Samo zgłoszenie o tym, że zawaliła się jakaś hala nie było żadną niespodzianką, dlatego że w tym okresie, tej zimy, panowały takie warunki atmosferyczne, że podobnych zdarzeń było sporo w różnych częściach świata. Myśmy w styczniu 2006 r. również mieli zgłoszenia o uszkodzeniach budynków w regionie. Natomiast fakt, że w tym przypadku chodziło o halę podczas trwającej imprezy, w której mogło uczestniczyć nawet parę tysięcy ludzi, był z jednej strony szokujący, a z drugiej mobilizujący.

Do dziś pamiętam, że tę informację przekazał mi doświadczony oficer dyżurny. Każde zdanie – o tym, że zawaliła się hala i że w środku jest wielu ludzi - kończył pytajnikiem. Wkrótce okazało się, że to prawdziwa informacja i od początku tak ją traktowaliśmy. Nawet przyjazd na miejsce i pierwszy rzut oka na halę nie dawał jeszcze wiedzy na temat faktycznej liczby poszkodowanych osób. Trzeba zwrócić uwagę, że w tym ogromnym nieszczęściu mieliśmy też trochę szczęścia. Kilka godzin przed katastrofą w hali było 2-3 tys. ludzi, ale tego dnia odbywały się zawody pucharu świata, Małysz skakał, dlatego wiele osób opuściło halę jeszcze przed 17.

PAP: Warto przypomnieć, że hala miała około hektara powierzchni. Jak wyglądała pierwsza faza akcji?

J.S.: W porównaniu do działań związanych z powodzią czy dużymi pożarami lasu taka powierzchnia jest skromna, ale tutaj, na tym hektarze – jak szacowaliśmy – było kilkaset osób. Wiemy, że część z nich wyszła o własnych siłach na zewnątrz, nie wiedzieliśmy, ilu jest uwięzionych pod zawalonym dachem. Strażacy słyszeli spod blachy ich nawoływania i dźwięki telefonów komórkowych.

Przygotowywaliśmy się logistycznie na pomoc 150 osobom. Taka informacja dawała koordynującym pomoc medyczną pojęcie o tym, jaka jest skala tego zdarzenia - że będzie potrzeba nie pięciu, ale przynajmniej 50 karetek, że jeden szpital nie zdoła udzielić pomocy poszkodowanym i trzeba wykorzystać w pełnym zakresie instytucję, która była wtedy unikalna w skali kraju – Wojewódzkie Centrum Koordynacji Ratownictwa Medycznego, które zbierało informacje o możliwościach ratunkowych poszczególnych szpitali, gdzie te osoby mogą trafić, gdzie zostały odwiezione i w jakim są stanie.

PAP: Co było najtrudniejsze w prowadzeniu akcji – sama skala tragedii, trudności w docieraniu do uwięzionych pod dachem czy może kilkunastostopniowy mróz?

J.S: Trudno wskazać jeden decydujący czynnik, dominujący nad innymi. Można powiedzieć, że ta akcja pod względem organizacyjno-technicznym nie była tak bardzo skomplikowana, jeśli chodzi o zgromadzenie zasobów. Ona była dość szczęśliwie zlokalizowana - w pobliżu można zmobilizować wielu ludzi i dużo sprzętu, nie tylko ratowników strażackich i medycznych, ale również ratowników górniczych czy policjantów. Problem jest wtedy, gdy stoisz bezradny, bo nie masz kim ani czym udzielać pomocy.

Trzeba natomiast zwrócić uwagę, że od pierwszych minut z tym zdarzeniem było związane bardzo silne napięcie emocjonalne, związane z liczbą ofiar i odpowiedzialnością, ale też reakcjami ludzi. Kiedy pierwsze służby ratunkowe przyjechały na miejsce, wokół hali gromadziły się osoby, które z niej wyszły, wśród nich ranni, wymagający pomocy, często w szoku. Niektórzy chcieli wrócić do hali, by pomagać ofiarom albo zabrać zostawione w niej rzeczy. Trzeba było ich powstrzymywać, by tam nie wracali, a czasem też użyć siły fizycznej, ratownicy i policjanci musieli się z tymi ludźmi wręcz czasami bić.

Na miejscu, wokół płotu otaczającego halę stał tłum ludzi, zazwyczaj związanych z osobami uwięzionymi pod dachem, które komentowały, czasem w niewybrednych słowach to, co się tam działo. Te osoby przekazywały również informacje, że odebrały telefon od kogoś, kto jest pod tą blachą i domagały się, żebyśmy tę osobę ratowali. Wtedy poprosiłem naszego strażackiego kapelana, żeby zajął się tą grupą ludzi. On poszedł do nich i zaczął tłumaczyć, co się dzieje, przekazywał nam od tych ludzi karteczki z informacjami o uwięzionych pod dachem i numerami ich telefonów. Udało mu się nieco ostudzić emocje. Nie ma wątpliwości, że takie osoby, bliskich poszkodowanych, należy traktować w podobnych sytuacjach również jako ofiary, choć nie odniosły żadnych fizycznych obrażeń.

Innym elementem presji psychicznej były kamery telewizyjne i świadomość, że cały świat patrzył nam na ręce podczas bezpośredniej transmisji. Dzisiaj osiąga to takie rozmiary, że jest to wręcz paraliżujące. Wtedy jeszcze albo nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, albo byliśmy bardziej odporni psychicznie.

PAP: W mediach pojawiły się zdjęcia ratownika medycznego na gruzowisku hali z jasnym przedmiotem w ustach. Niektórzy zarzucali mu, że pali papierosa zamiast udzielać pomocy. Dopiero później trzeba było wyjaśniać, że ów przedmiot to strzykawka.

J.S.: To jeden z pierwszych przejawów tego, co dzisiaj jest masowe. Już wtedy musieliśmy prostować wiele innych rzeczy. Np. w drugim lub trzecim dniu po katastrofie ktoś zadzwonił na numer alarmowy i powiedział, że jest wciąż uwięziony pod dachem. Później okazało się, że ten „żartowniś” dzwonił z Lublina.

PAP: Poza ofiarami, rannymi oraz ich bliskimi wysoką cenę zapłacili również sami ratownicy, pod względem psychicznym skala tragedii była również dla wielu z nich trudna do udźwignięcia.

J.S.: Mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której pod trudną do przeniknięcia warstwą są ludzie, których słyszymy. Ratownicy poruszali się po tej konstrukcji, zdając sobie sprawę, że mogą wręcz zaszkodzić poszkodowanym, zwiększając obciążenie. W początkowej fazie, kiedy jeszcze wydobywane są żywe osoby i wiemy, że one przeżyją, czynniki emocjonalne nie odgrywają aż takiego znaczenia, działa pewien automatyzm, jest koncentracja na ratowaniu ludzi.

Jednak po kilku godzinach okazuje się, że coraz mniej tych żywych osób się wyciąga, a widzi coraz więcej tych, którym się już nie pomoże. Potem nadchodzi przerwa na odpoczynek i wtedy pojawiają się gwałtowne emocje – szuka się winnych całej sytuacji, ma się pretensje do kolegów, że mogli zrobić coś inaczej. Wtedy dobrze jest, kiedy w takim gronie są osoby, które potrafią łagodzić te emocje, mam na myśli psychologów. Zgromadziliśmy ich na miejscu jak najwięcej. To nie było przypadkowe działanie – od kilku lat budowaliśmy system pomocy psychologicznej, który dopiero po latach stał się standardem w całym kraju.

PAP: Faza ratunkowa trwała kilkanaście godzin, później rozpoczęło się przeszukiwanie gruzowiska. Kiedy było dla pana jasne, że nie uda się już wydobyć żywych?

J.S.: Działaliśmy też pod presją czasu i niskiej temperatury. Halę podzielono na sześć sektorów, żeby równocześnie jak najszybciej dotrzeć do poszkodowanych i ta strategia okazała się skuteczna. Jeśli przyjrzymy się wynikom sekcji zwłok, to żadna z ofiar nie zmarła z powodu wychłodzenia, wbrew kolportowanym wtedy fałszywym informacjom. Użycie nagrzewnic na dużą skalę wiązało się z ryzykiem topnienia śniegu i lodu, na którym w wielu miejscach wspierała się konstrukcja zawalonego dachu, jej osuwanie się mogłoby wyrządzić jeszcze większe szkody. Poza tym otrzymywaliśmy informacje od medyków, że urządzenia spalinowe używane przez nas pod blachą zwyczajnie „trują” uwięzionych.

Ostatnią żywą osobę wyciągnięto około 22. Kiedy później ratownicy docierali już tylko do ofiar śmiertelnych, na bieżąco podejmowano decyzję czy daną osobę wydobyć od razu czy to odłożyć ze względów bezpieczeństwa. Trzeba podkreślić, że każda ingerencja w tę niestabilną strukturę mogła nieść niebezpieczeństwo dla ratowników.

Później przyszedł niedzielny ranek, na moją prośbę na miejsce przyjechali rzeczoznawcy budowlani, by ocenić konstrukcję. Trzeba tu zaznaczyć, że w sobotę ok. 17 nie zawaliła się cała hala, zawaleniu uległo wtedy mniej więcej dwie trzecie konstrukcji dachu. Część hali pod pozostałą częścią dachu traktowaliśmy jako drogę komunikacji między odcinkami prowadzenia akcji, transportowano tamtędy sprzęt, przechodzili ludzie. Rzeczoznawcy powiedzieli, że nie wiedzą, dlaczego ta część jeszcze stoi.

Proszę sobie wyobrazić, że ta pozostała część dachu zawaliła się w nocy z poniedziałku na wtorek, na szczęście wtedy już tam nie było ratowników. Wyłączenie tej części hali z działań ratowniczych dopiero rankiem w niedzielę to jeden z moich największych błędów, który na szczęście nie przyniósł żadnych tragicznych konsekwencji. Potrafię sobie wyobrazić, jak byłaby zakwalifikowana cała ta sytuacja, gdyby z powodu zawalenia się tej części dachu zginęli również ratownicy. Ocena sytuacji, zagrożeń to obowiązek dowodzącego, za który, w przypadku niepowodzenia, musi ponieść konsekwencje.

Tak więc w niedzielę rano mieliśmy świadomość, że reszta dachu hali może runąć, konstrukcja jest coraz bardziej niestabilna, ale też całkowitą pewność, że nie ma szans na wydobycie żywych – strażacy spenetrowali wszystkie miejsca, gdzie mógł ktokolwiek przetrwać.

PAP: Akcja ratownicza była jednak oceniana bardzo wysoko, strażacy i przedstawiciele innych służb otrzymywali od wielu osób i instytucji wyrazy uznania i podziękowania. Mimo to nadal pan ją analizuje i czasem myśli, że można było zrobić coś inaczej?

J.S. Oczywiście. Nie ma takiego przedsięwzięcia ratowniczego, w szczególności takiego, gdzie giną ludzie albo są ranni, które można byłoby oceniać w kategoriach sukcesu. Można się jedynie zastanawiać, czy nie trzeba było zrobić czegoś w sposób inny, bardziej skuteczny, żeby liczba ofiar była mniejsza. Z kolei każde przedsięwzięcie, w którym to ratownicy są poszkodowani, wymaga analizy, bo to nie tylko kwestia oceny jakościowej, ale też odpowiedzialności prawnej.

PAP: Na wcześniejszych etapach strażackiej służby brał pan udział w działaniach ratowniczych podczas innych wielkich katastrof, jak pożar w okolicach Kuźni Raciborskiej czy powódź z 1997 r. Która z tych akcji zostawiła w pana wspomnieniach najtrwalsze ślady?

J.S.: Najbardziej moje myśli eksploatuje katastrofa hali MTK. Czasami nawet czuję obowiązek, żeby opowiadać o tej historii, kiedy dotyczy ona jakichś szkoleń, wyciągania wniosków itd. Niewątpliwie to zdarzenie to także największe piętno na psychice. To utrzymywało się bardzo długo. Odświeżanie różnych wspomnień, zwłaszcza takich osobistych, potęguje ten stan. Miało też bez wątpienia wpływ na przebieg mojej pracy zawodowej. Jest najbardziej i najczęściej przeze mnie wspominane i trzeba się pewnie „zaprzyjaźnić” z tym stanem do końca, chociażby z jednego powodu – z szacunku dla tych wszystkich ludzi, którym się nie pomogło, którzy byli ofiarami i z szacunku dla wszystkich uczestników działań związanych z katastrofą.

Rozmawiał Krzysztof Konopka (PAP)

Janusz Skulich (ur. w 1963 r. w Jaworznie) służbę w straży pożarnej rozpoczął w latach 80. Jest absolwentem Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, na tej uczelni ukończył też studia podyplomowe. Przez większą część kariery związany był z Komendą Wojewódzką Państwowej Straży Pożarnej w Katowicach. W 2002 roku został powołany na stanowisko śląskiego komendanta wojewódzkiego, a od stycznia 2008 roku pełnił funkcję zastępcy komendanta głównego PSP. Nominację na stopień nadbrygadiera otrzymał w 2005 r.

W latach 2014-15 był dyrektorem Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień. Jest m.in. kawalerem Orderu Odrodzenia Polski i laureatem nagrody im. Jerzego Zimowskiego, która jest wręczana m.in. za działalność społeczną i badawczą na rzecz grup społecznych, które znalazły się w sytuacjach nadzwyczajnych. Obecnie jest doradcą prezydenta Jaworzna ds. bezpieczeństwa.(PAP)

kon/ agzi/

Krzysztof Konopka (PAP)

kon/ agzi/

Źródło:PAP
Tematy
Otwórz konto firmowe mBiznes Standard w mBanku wraz z kartą firmową Mastercard i zyskaj łącznie 700 zł premii
Otwórz konto firmowe mBiznes Standard w mBanku wraz z kartą firmową Mastercard i zyskaj łącznie 700 zł premii

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Katowice

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki