Syzyf codziennie zaczyna wszystko od nowa. Podobnie czują się ludzie pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych, określanych mianem "śmieciowych". Taki wniosek można wyciągnąć, oglądając spoty autorstwa "Solidarności", która rozpoczęła akcję walki z praktyką zatrudniania ludzi na podstawie umów-zleceń lub o dzieło. Pracodawcy i pracownicy spierają się, czy i co należy zmienić w systemie tych umów, ale może nie o same umowy chodzi?
Umowa o dzieło podbija polski rynek pracy ze względu na praktyczny brak składek. Z kolei umowa-zlecenie to idealne rozwiązanie dla tych pracodawców, którzy mają awersję do podpisywania z zatrudnionymi umów o pracę. Pracujący na taką umowę, jeśli nie ma dodatkowych zapisów, może zapomnieć o 26-dniowym płatnym urlopie, wolnym na żądanie, wczasach pod gruszą czy długim okresem wypowiedzenia.
Z drugiej strony zaś niektórzy pracownicy korzystają z dobrodziejstw polskiego prawa i jeśli mogą, to w wyjątkowo korzystny dla siebie sposób łączą różne typy umów i dzięki temu płacą bardzo niską składkę na ZUS. Największymi wygranymi obecnego rozwiązania są pracujący studenci, którzy od zlecenia płacą tylko podatek. Oni mogą najwięcej stracić na zmianach i to ich najbardziej boją się politycy. Niestety, bardzo często pochwalny, studencki sposób myślenia o zaletach umów "śmieciowych" zmienia się wraz z utratą przywilejów żaka.
Ciche problemy milionów
![]() | »Jakie uprawnienia dla pracownika na zleceniu? |
Szacuje się, że w Polsce na podstawie umów cywilnoprawnych pracuje od miliona do pięciu milionów ludzi. I nie wiadomo, ile z tych osób powinno mieć umowę o pracę, która zdaniem związkowców często też nabiera śmieciowego charakteru. Aż 27% umów o pracę to kontrakty terminowe - z krótszym okresem wypowiedzenia, dające mniejsze poczucie bezpieczeństwa, inaczej oceniane w bankach w trakcie starań o kredyt.
Obie strony chcą zmian. Pracodawcy najchętniej zlikwidowaliby Kodeks pracy, a pracownicy, gdyby mogli, to żądaliby od przedsiębiorców gwarancji zatrudnienia do emerytury. Jednak gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Najwięcej zyskują politycy, którzy w zależności od przyjętej w mediach retoryki zawsze będą bronić status quo. Nie dlatego, że jest to dobre rozwiązanie, ale dlatego, że nie wymaga zajęcia żadnego stanowiska.
System wymaga natychmiastowej reformy
Prawdą jest, że osoba zarabiająca 1500 zł brutto często płaci wyższe składki niż "cwaniak", który osiąga dochód wielokrotnie wyższy, ale np. pracuje jako przedsiębiorca na etacie. Ale nie chodzi o to, by zwiększyć obciążenia bogatszych, ale odciążyć biedniejszych. W tym celu konieczna jest reforma Kodeksu pracy i wprowadzenie nowych, elastycznych form zatrudnienia. Takich, które byłyby dopasowane do poszczególnych grup zawodowych, wieku, płci, a nawet formy świadczenia pracy. Inaczej pracuje lekarz, a inaczej magazynier.
![]() | » Umowa o pracę to "śmieciówka" |
Ludzie mają także inne podejście do pracy w zależności od wieku. Być może młody człowiek po studiach, gdy jest jeszcze na dorobku, powinien być całkowicie zwolniony z obowiązku płacenia składek do ZUS-u, np. do 30. roku życia. Z kolei starszy pracownik, jeśli miałby ochotę, mógłby płacić wyższą składkę zdrowotną. Tymczasem obecnie obowiązuje rozwiązanie "jakoś to będzie". Efekt jest taki, że miliony ludzi nie mają żadnej ochrony prawnej. Z kolei ci, którzy taką posiadają, często robią wszystko, by nie pracować i jak najdłużej przebywać na różnego typu zwolnieniach. Niezadowoleni są zarówno pracownicy, jak i pracodawcy, bo wszyscy są w pewnym sensie poszkodowani.
Tymczasem rosnące bezrobocie i coraz większe niezadowolenie społeczne są skutecznie spychane w cień przez sondażowe propozycje, np. wydłużenia urlopów macierzyńskich. Mimo że istotne, to nie rozwiązują one podstawowego problemu, którym są zbyt wysokie koszty pracy i anachroniczne, niedostosowane do rynkowych potrzeb prawo pracy.
Łukasz PiechowiakBankier.pl



























































