Pan Marek to emerytowany inżynier, który znalazł dość nietypowy sposób na zarobek. Na systemie kaucyjnym zarabia dodatkowe pieniądze do swojego budżetu. Są to kwoty opiewające nawet na kilkaset złotych tygodniowo - czytamy w "Gazecie Wyborczej".


- Od razu zaznaczam, że nie zbieram butelek, bo przymieram głodem. Nic z tych rzeczy. Mam 4 tys. zł netto emerytury, żona ma ponad 3 tys. zł na rękę. Dzieci są na swoim, żadnego kredytu nie mamy. Nasza sytuacja finansowa jest więc nienajgorsza. Ale skoro mogę dorobić na butelkach, to dlaczego mam tego nie robić? A czy się wstydzę? A czego? Przecież nie kradnę - mówi mężczyna w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
W ostatnim tygodniu Pan Marek zarobił z kaucji 220 złotych, ale była też sytuacja, że kwota ta wynosiła 300 złotych. Jak to osiąga?
- Odwiedziłem cztery lokale, które organizują wesela, chrzciny i inne uroczystości rodzinne i porozmawiałem z właścicielami czy mógłbym od nich odbierać butelki plastikowe po Coli, Pepsi czy Fancie oraz puszki po napojach, jeśli takowe będą mieć. Właściciele trzech się zgodzili - relacjonuje.
Na samym początku, gdy butelek kaucyjnych nie było zbyt wiele w obiegu, tego typu działania, nie przynosiły praktycznie żadnych zysków. Jednak wszystko zmieniło się, kiedy system kaucyjny zaczął obowiązywć i znaczek kaucyjny to nasza obecna norma.
Przeczytaj także
Z właścicielami lokalów Pan Marek ma układ - Mam z nimi układ, że zabieram te kaucyjne, ale też jakieś szklane, np. po oliwie czy po warzywach, od których nie ma zwrotu kaucji. Te ostatnie wrzucam do kontenerów na szkło. Dzięki temu restauratorzy nie muszą zbytnio zajmować się odpadami. Widocznie uznali, że to im się też opłaca - relacjonuje dalej "Gazecie Wyborczej".
oprac. WM

























































