Każdy zna powiedzenie, że kiedy Ameryka kichnie świat ma grypę. Trudniejsza do zbadania jest sytuacja, kiedy Ameryka ma się dobrze, a świat… i tak ma grypę.


Dokładnie taka jest teraz sytuacja w światowym przemyśle. Produkcja w Stanach Zjednoczonych notuje bardzo mocne dynamiki, a w Europie i Azji dołuje. Wygląda to tak, jakby prezydent Donald Trump wygrywał starcie w wojnie handlowej, którą rozpoczął. Choć może być to mylny wniosek.
Spójrzmy na dane. Dynamiki produkcji przemysłowej w największych gospodarkach Europy i Azji, czyli w Niemczech, Francji, Włoszech, Chinach, Japonii czy Korei wyraźnie w ostatnich miesiącach się obniżały. Na wykresie poniżej pokazuję ostatni odczyt dynamiki produkcji w relacji do średniej pięcioletniej – we wszystkich wymienionych krajach oprócz Francji jest na minusie (a we Francji tylko na lekkim plusie). Tymczasem w USA sytuacja jest odwrotna – produkcja przyspiesza, jej dynamika była ostatnio najwyższa od niemal ośmiu lat.
Jak wyjaśnić tę rozbieżność? Jedno wyjaśnienie może być oparte o wojnę handlową. Cła wprowadzane przez administrację Trumpa były zaaplikowane w taki sposób, by osłabić inne duże gospodarki (głównie Chiny, ale pośrednio również Europę) i wzmocnić USA. Czyli wygląda na to, że Stany Zjednoczone wygrywają (na razie) w wojnie handlowej. Ale bardziej realne wyjaśnienie rozbieżności w trendach przemysłowych to silna stymulacja fiskalna w USA, czyli podniesienie deficytu budżetowego poprzez cięcia podatków. To podniosło popyt i znacząco rozgrzało koniunkturę w największej gospodarce świata. To drugie wyjaśnienie jest bardziej optymistyczne dla świata, więc trzymajmy za nie kciuki. Bo popyt ze Stanów Zjednoczonych może pomóc innym gospodarkom wyjść z dołka.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.


























































