Wielkimi krokami zbliża się warszawskie referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. W niedzielny wieczór wszystkie oczy skierowane będą na stolicę. Wynik politycznego starcia roku może być kolejnym ciosem lub szansą na złapanie oddechu dla rządzącej partii.
W niedzielnym głosowaniu kluczową kwestią będzie frekwencja. Gdy 2010 roku obecna prezydent stolicy wygrywała wybory, wzięło w nich udział 649 tys. mieszkańców. Aby wynik niedzielnego głosowania był wiążący, do urn musi pójść co najmniej 3/5 wyborców z 2010 roku, a więc 389 tys. To oznacza, że 29 proc. uprawnionych do głosowania musi stawić się przy urnach. Według najnowszego sondażu TNS Polska dla "Wiadomości" TVP1 taki zamiar wyraziło 36 proc. mieszkańców Warszawy. Odsetek osób deklarujących udział w referendum systematycznie spada, ale prezydent Warszawy nie może spać spokojnie. Gdyby najnowsze badanie potwierdziło się, w niedzielny wieczór Hanna Gronkiewicz-Waltz pożegna się ze stanowiskiem.
"Idę" - "nie idę", czyli różne strategie
Platforma od początku przyjęła strategię usypiania elektoratu i zniechęcania do udziału w referendum. Każdego dnia prominentni politycy z premierem na czele wzywają do pozostania w domu. O to samo zaapelowała wczoraj sama Gronkiewicz-Waltz, pisząc w liście do warszawiaków: - Jeśli w Waszej opinii w Warszawie nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nie bierzcie udziału w tym referendum. Poczekajcie. Za rok są wybory.
Podejście rządzącej partii do idei referendum wzbudziło negatywne opinie nawet w środowiskach popierających obecną władzę. Trzeba jednak przyznać, że taka strategia jest najskuteczniejsza. Tego typu głosowania charakteryzują się głównie mobilizacją przeciwników zainteresowanych odwołaniem polityka.
Z kolei PiS, któremu zależy na wysokiej frekwencji, stara się podgrzać atmosferę. Kampanię rozpoczęto od kontrowersji wokół litery "W" i spotów telewizyjnych uderzających w prezydent Warszawy. Prezes PiS-u odwiedza poszczególne dzielnice stolice i mobilizuje elektorat do udziału w głosowaniu.
Na finiszu kampanii główna partia opozycyjna zarzuciła Hannie Gronkiewicz-Waltz zamiar wprowadzenia opłat za korzystanie z mostów i tuneli. PiS powołało się na oficjalny dokument ratusza, jakim jest "Strategia zrównoważonego rozwoju systemu transportowego Warszawy do 2015 roku i na lata kolejne". Na zarzuty opozycji szybko zareagowała sama zainteresowana, odpowiadając na Twitterze: Absolutnie nie zgadzam się na pobieranie opłaty od kierowców za przejazd tunelami, mostami i inną infrastrukturą miejską. Nie ma jednak wątpliwości, że kilka zdań urzędowego dokumentu będzie wykorzystywanych aż do rozpoczęcia ciszy wyborczej.
Fragment dokumentu

Bat na władzę zadziałał
Niezależnie od preferencji wyborczych i opinii na temat przyjętej strategii należy stwierdzić, że już sama groźba odwołania urzędującej prezydent pozytywnie wpłynęła na jej aktywność. Unikająca dotąd mediów Hanna Gronkiewicz-Walt każdego dnia wychodzi do obywateli z dobrą nowiną. Jedną z nich jest decyzja, że od 2014 r. bilety jednorazowe zostaną zastąpione przez 75-minutowe i będą kosztowały 4,40 zł, a nie jak planowano 5,20 zł. Kilka dni temu zdominowana przez PO rada miasta uchwaliła Warszawską Kartę Rodziny, uprawniającą do zakupu tańszych biletów do teatrów oraz ośrodków sportu i rekreacji. Na odsiecz wiceprzewodniczącej Platformy Obywatelskiej ruszył też premier, ogłaszając z ministrem Nowakiem dokończenie warszawskiej obwodnicy.
Niedzielne głosowanie przypomina odwróconą sytuację presji podczas rzutu karnego. Bramkarz nie musi obronić "jedenastki", ale napastnik musi ją strzelić. W wypadku referendum Platforma Obywatelska musi "obronić" - w przeciwnym razie lawina ruszy. Jeśli w mateczniku rządzącej partii PiS "nie strzeli", jego porażka będzie mniej dotkliwa. Władza ma o wiele więcej do stracenia.
Grzegorz Marynowicz
Bankier.pl




























































