Choć prezes Polskiej Grupy Energetycznej jest zwolennikiem zielonej transformacji swojej spółki, nie widzi jednocześnie możliwości szybkiego odejścia od węgla polskiej energetyki, rozumianej jako całości. Tymczasem wciąż brak jasnego kierunku dotyczącego odchodzenia zarówno od węgla kamiennego, jak i brunatnego.


Wojciech Dąbrowski, prezes PGE, swój pogląd na temat przyszłości węgla wyraził w liście do Dominika Drzazgi, burmistrza Złoczewa. - Wielokrotnie podkreślaliśmy w naszych wypowiedziach, że jako Grupa PGE nie widzimy możliwości odejścia od węgla w perspektywie 10 lat, co jest postulowane w Unii Europejskiej. Odejście w szybkim tempie od węgla nie jest możliwe ze względów technicznych, ekonomicznych, a przede wszystkim społecznych - napisał Dąbrowski.
Sam temat odejścia od węgla w ostatnich tygodniach jest bardzo gorący. Warto przypomnieć choćby zamieszanie wokół restrukturyzacji Polskiej Grupy Górniczej. W niedoszłym planie, który Jacek Sasin, minister aktywów państwowych, miał zaprezentować górnikom, miała paść data zamknięcia górnośląskich kopalń do 2036 roku. Następnie Sasin wycofywał się z tego poglądu i wskazywał, że jego zdaniem kres energetyki węglowej w Polsce nastąpi najpóźniej w 2060 r.
Finansowy problem węgla
Dyskusja wokół PGG dotyczy węgla kamiennego, samo przytaczane zaś pismo Wojciecha Dąbrowskiego powstało w temacie węgla brunatnego. Warto jednak zauważyć, że prezes PGE do węgla odnosi się ogólnie, dodatkowo jego firma także jest zaangażowana w węgiel kamienny m.in. poprzez posiadanie udziałów we wspomnianej PGG. Sam Dąbrowski, choć nie widzi możliwości odejścia od węgla, jednocześnie jest zwolennikiem wydzielenia węglowych aktywów ze swojej spółki. Jego zdaniem PGE, mając aktywa węglowe wydzielone do innej spółki, mogłoby korzystać z tańszego finansowania, co w konsekwencji przełożyłoby się na niższy koszt inwestycji i niższą cenę energii.
Przeczytaj także
To właśnie kwestie ekonomiczne zaczynają rozdawać w temacie karty. Z jednej strony pojawia się coraz mocniejsza presja instytucji finansowych i politycznych (ponadnarodowych) na transformację energetyczną, co utrudnia inwestycje w węgiel (dowodem na to było choćby nieudane dopinanie budżetu węglowej Ostrołęki C). Z drugiej system opłat i subsydiów uderza w rentowność energetyki węglowej. Dodatkowo swoje robią koszty wydobycia w niektórych kopalniach (wysokie pensje, trudna geologia, głębokość złóż), które można uznać za stale nierentowne. W efekcie mimo sztucznego windowania cen węgla PGG zeszły rok skończyła pod kreską, a koronawirus tylko powiększył problem i spółka nie ma nawet środków na wypłaty za przyszły miesiąc.
Węgiel brunatny w powolnym odwrocie
Z węglem brunatnym sytuacja wygląda nieco inaczej. Ten wydobywa się odkrywkowo, kolejne złoża jednak powoli się wyczerpują, bądź stają się nierentowne. W poniedziałek z tego drugiego powodu decyzję o zamknięciu kopalni Adamów podjął zarząd ZE PAK-u. W okolicach Bełchatowa z kolei sukcesywnie do 2038 roku mają być wygaszane kolejne pola. Najdłużej "wytrzyma" pole Szczerców, pole Bełchatów ma jednak zakończyć produkcje w 2026 roku. Turów niedawno przedłużył swoją koncesję, ale po pierwsze wydobycie będzie się odbywało w mniejszym zakresie, po drugie przygraniczna kopalnia jest pod ciągłym "ostrzałem" ze strony sąsiadów.
Wygaszanie węgla brunatnego może ekologów cieszyć, dla energetyków rodzi jednak też solidny ból głowy. Węgiel brunatny stanowił w 2019 roku 26,1 proc. naszego miksu energetycznego, połowę tego co węgiel kamienny. Dodatkowo elektrownia w Bełchatowie jest największą w kraju, a wygaszanych pól kopalni nie będzie można zastąpić transportem z innych miejsc, bowiem transport węgla brunatnego na dalekie odległości jest nieopłacalny. Stąd powstał pomysł odkrywki w Złoczewie, do której tematu odnosi się przytoczony na początku list Dąbrowskiego. Złoczew jest na tyle blisko Bełchatowa, że mógłby przedłużyć życie kopalni.
Złoczewski znak zapytania
Choć Dąbrowski nie widzi możliwości gwałtownego odejścia od węgla, w treści listu widać jednak, że nie jest w pełni przekonany do złoczewskiej inwestycji. To zresztą właśnie niezdecydowanie PGE wywołało mocniejsze zaangażowanie się burmistrza Złoczewa w debatę.
- Cierpliwość się skończyła. Ten list traktuję jako ultimatum. Do końca tego roku oczekuję konkretnych decyzji - powiedział pod koniec lipca na antenie Radia Łódź burmistrz Złoczewa Dominik Drzazga. Wcześniej samorządowiec wysłał list skierowany do prezesa Polskiej Grupy Energetycznej, w którym wyraża swoje rozczarowanie przedłużającym się okresem niepewności. Jak argumentował, niepewność blokuje inwestycje i odbija się na życiu mieszkańców gminy. Złoczew chce wiedzieć, czy ma wstrzymywać wydatki na niektórych obszarach, "bo i tak trafią pod kopalnię", czy może jednak je rozwijać, bo kopalnia nie powstanie. Pismo Dąbrowskiego to odpowiedź na wspomniany list.
Przeczytaj także
Niestety, jasnej deklaracji wciąż brak. - Chce podkreślić, że samo uzyskanie koncesji nie będzie tożsame z rozpoczęciem realizacji inwestycji, której powodzenie zależeć będzie w głównej mierze od otoczenia regulacyjnego w kraju i Unii Europejskiej. Ponadto, podjęcie finalnej decyzji inwestycyjnej możliwe będzie po wypełnieniu warunków przewidzianych w "Programie dla sektora górnictwa węgla brunatnego w Polsce", przyjętego przez Radę Ministrów w 2018 roku. Do tych warunków należy przede wszystkim podjęcie decyzji dotyczącej roli węgla brunatnego w krajowym miksie energetycznym w perspektywie długoterminowej, wypracowanie i wdrożenie rozwiązań zapewniających przewidywalność ekonomiczną nowych projektów złożowych oraz zapewnienie finansowania przedsięwzięcia - wspomina w liście Dąbrowski.
Wiemy, że nic nie wiemy
Prezes PGE słusznie zwraca uwagę, że inwestycje w energetyce są długofalowe, szacuje się je na 20-25 lat i już dzisiaj PGE musi analizować wygląd otoczenia prawnego i rynkowego w przyszłości. Szczególnie że np. pod względem emisji CO2 produkcja energii z węgla brunatnego jest jeszcze mniej efektywna niż z kamiennego. Proces uzyskiwania koncesji na złoże ciągnie się już jednak od lat, od kilku lat znane jest też "zielone" nastawienie Unii Europejskiej. Niepewność dotycząca kopalni dla mieszkańców staje się powoli utrapieniem, a sama kopalnia z szansy przemienia się w przekleństwo, przez które wstrzymywane są inwestycje.
Całość świetnie wpisuje się w program - a w zasadzie jego brak - Ministerstwa Aktywów Państwowych dla górnictwa. Opracowywany przez miesiące projekt przywieziono do Katowic, ale szybko się z niego wycofano, bo górnicy i tak by się na niego nie zgodzili. Zamiast jasnej strategii mamy chaos, niepewność i wrażenie działania po omacku. Podobnie sprawa wygląda z węglem brunatnym. Takie inwestycje jak Złoczew od lat powinny mieć przygotowany szereg analiz, tymczasem nagle po dekadzie słyszymy, że temat dopiero jest analizowany.
Przeczytaj także
Ciężko się nie zgodzić z poglądem, że szybkie odejście od górnictwa byłoby bardzo trudne, a nawet wręcz niemożliwe. Pisałem zresztą sam o tym w artykule "Rezygnacja z węgla do 2035 roku? To absurd!". Temat jest jednak na tyle ciężki, a skutki podejmowanych decyzji na tyle długofalowe, że przydałoby się wrażenie, iż leci z nami pilot. Tymczasem w kwestii reformy górnictwa wiemy, że nic nie wiemy i że rząd nie ma jasnego planu, jak ją przeprowadzić. Na rynku pojawiają się kolejne plany i plotki, ale szybko się zmieniają, brak też jasnej komunikacji ze strony rządu, która rozwiewałaby niektóre wątpliwości. Ta niepewność z kolei odbija się na zwykłych ludziach, ale także i na gospodarce. Jak bowiem coś zaplanować, jeżeli w tak poważnych kwestiach brak jednoznacznego stanowiska pokazującego cel, do którego zmierzamy?





























































