REKLAMA
JANUSZ KRYPTO PYTA

Polski kapitał wciąż boi się Chin

2008-12-16 06:00
publikacja
2008-12-16 06:00
Podczas gdy Niemcy czy Amerykanie lokują potężne inwestycje w Państwie Środka, Polacy trzymają kapitał inwestycyjny za podwójną gardą. Odważnych jest niewielu. – Polski kapitał jest w Chinach pasywny. Na palcach jednej ręki można policzyć firmy, które zdecydowały się zainwestować tu swoje pieniądze – mówi Andrzej Bolesta z wydziału ekonomicznego Ambasady Polskiej w Pekinie.

Polski kapitał na razie niechętnie podróżuje w tamtym kierunku. Wolimy bliższą nam Rosję czy Ukrainę. – Pewnie dlatego, że te kraje znamy lepiej i wydając w nich pieniądze, mniej ryzykujemy – ocenia Janusz Tatera, polski konsul w Pekinie. Według niego warto jednak podjąć ryzyko. – Chiny to kraj nieograniczonych możliwości – twierdzi. Warto spróbować, tym bardziej że Polacy mają tam dobre notowania. Cenione są zwłaszcza budowane przez nas obiekty użyteczności publicznej, na przykład oczyszczalnie ścieków i produkowane przez nas maszyny górnicze.

W Chinach planuje się zamknięcie co najmniej 5 tysięcy najmniej efektywnych kopalń. W ich miejsce trzeba będzie zbudować nowoczesne. Chiński rynek maszyn górniczych szacuje się aż na 1,5 mld dolarów rocznie. – Chiny są najbardziej obiecującym rynkiem eksportowymi w perspektywie najbliższych lat – podkreśla Tadeusz Soroka, prezes firmy Kopex.

Chiński biznes po polsku

Wartość umów podpisanych dwa lata temu z chińskimi partnerami przez Kopex przekracza 110 mln dolarów. Z Chińczykami handluje też KGHM Polska Miedź. Rocznie firma eksportuje tam miedź za około 300 mln dolarów.

W sumie wartość polskiego eksportu do Państwa Środka jest jednak niewielka. Eksportujemy towary za około 1,1 mld dolarów rocznie, a to plasuje nas na szarym końcu partnerów handlowych Chin. Jeszcze gorzej jest z firmami, które chcą w Chinach inwestować swoje pieniądze. Od 1989 roku polskie firmy zainwestowały w tym kraju łącznie 180 mln euro. To niewiele, zważywszy, że daje to kilkanaście milionów euro rocznie. Jedną z firm jest Jaan Glass. Ten producent szyb samochodowych wyposaża większość aut produkowanych w Chinach. Właściciele tej firmy zdają sobie sprawę z tego, że kto nie jest dziś obecny w Chinach, ten niedługo nie będzie się liczył na rynku motoryzacyjnym.

Według Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Motoryzacyjnych (China Association of Automobile Manufacturers) wielkość produkcji samochodów w 2007 roku sytuuje Chiny na trzecim miejscu w rankingu światowych potentatów. Dwie pierwsze pozycje wciąż należą do Stanów Zjednoczonych oraz Japonii. Ale nie wiadomo, jak długo. Czołowa dziesiątka producentów, do grona których należą także Niemcy, Korea Południowa, Francja, Brazylia, Hiszpania, Kanada oraz Indie, wyprodukowała w 2007 roku łącznie 55,3 mln aut. Dong Yang, zastępca przewodniczącego Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Motoryzacyjnych, wskazuje na niezwykle szybki proces rozwoju niezależnych producentów chińskich. Rodzime modele, stanowią na lokalnym rynku ponad 95 proc. w przypadku pojazdów dostawczych oraz 40 proc. samochodów pasażerskich. I pomyśleć, że jeszcze siedem lat temu nikt w Chinach nie przypuszczał, że po tamtejszych drogach może jeździć aż tyle samochodów.

Z polskich inwestycji w Chinach wybija się także fabryka penicyliny pod Kantonem, której właścicielem jest Ryszard Krauze. Niedawno wejście na rynek chiński ogłosiła też Selena Co., spółka zależna Selena FM. Firma podpisała w czerwcu umowę inwestycyjną z władzami strefy ekonomicznej w chińskim Nantong. Dotyczy ona rozpoczęcia budowy zakładu produkcyjnego pian montażowych, uszczelniaczy oraz klejów na terenie strefy ekonomicznej. Selena Co. ma zarejestrować na terenie strefy spółkę o kapitale zakładowym w wysokości 11 mln dolarów (około 24,2 mln zł). Spółka informuje jednak, że umowa stanowi tylko pierwszy etap realizacji inwestycji. Zgodnie z harmonogramem produkcja w zakładzie zostanie uruchomiona w drugiej połowie 2009 roku. Selena Co. jest pierwszym polskim inwestorem w strefie Nantong, położonej w pobliżu Szanghaju, który – obok Kantonu i Pekinu – jest uważany za najbardziej atrakcyjny region inwestycyjny w Chinach. – Może błąd polskich inwestorów tkwi w tym, że chcą być aktywni tylko w Pekinie, Szanghaju czy Kantonie. A to rzeczywiście trudne zadanie, bo o te lokalizacje biją się najwięksi. Warto jednak rozważyć także inwestowanie w mniejszych, kilkumilionowych miastach. Tam wciąż nie ma na przykład oczyszczalni ścieków, a władze regionu nie muszą mieć zgody Pekinu na inwestycje poniżej 100 mln dolarów – mówi Andrzej Bolesta, szef wydziału ekonomicznego Ambasady Polskiej w Pekinie.

Obawy i bariery

Jego zdaniem niepowodzenie polskiego kapitału w Chinach może wynikać z trudności komunikacyjnych oraz kulturowych. Problem w tym, że chcąc uniknąć dodatkowych kosztów, polskie firmy, przy planowaniu wejścia na ten rynek nie biorą pod uwagę założenia przedstawicielstwa lub spółki joint venture z chińskim przedstawicielem. I popełniają błąd, bo poniesione koszty szybko procentują w trakcie działalności. Oprócz języka i mentalności przedsiębiorcy planujący inwestycje w Chinach mogą bowiem napotkać wiele innych barier: wszechwładną biurokrację, skomplikowane reżimy podatkowe czy niejasne prawodawstwo. A tego nie rozgryzie nawet świetnie wyszkolony pracownik przywieziony w teczce z Polski.

Jednak nawet osobne przedstawicielstwo nie gwarantuje sukcesu. Na własnej skórze przekonał się o tym Bogusław Cupiał, właściciel krakowskiej Tele-Foniki. Kilka lat temu chciał inwestować w Chinach. Mimo, że wejście na ten rynek zaplanował zgodnie ze wskazówkami udzielanymi przez przedstawicieli ambasady, to po roku działania przedstawicielstwa nieoczekiwanie wycofał się z tego kraju. Stwierdził, że nie przebije się ze swoim produktem na tym rynku. Pieniądze zainwestowane w przedstawicielstwo i badanie rynku pozwoliły mu zapobiec znacznie większym stratom w przyszłości. Karty na chińskim rynku rozdają już bowiem – obok wielkich chińskich konglomeratów państwowych – największe tuzy zachodniego biznesu. Ale nie może być inaczej, skoro zachodni ekonomiści uważają, że w 2050 roku Kraj Środka ma mieć trzy razy większy dochód niż USA. Koniunkturę chcą więc wykorzystać największe koncerny z USA i Niemiec, wśród nich Siemens i Volkswagen.

Korzystny import

Polski kapitał znacznie lepiej radzi sobie w imporcie. Obok Unii i Rosji Chiny są dla Polski jednym z trzech największych partnerów. Według chińskich źródeł w 2007 roku import wahał się między 5 a 6 mld dol., zaś polskie dane szacowały go na 9 mld dol. Najwięcej, blisko 25 proc., pochodzi z prowincji Zhejiang na wschodnim wybrzeżu. Od 30 do 40 proc. importu do Polski odbywa się przez kraje trzecie, między innymi Koreę czy Niemcy. Co Polacy najczęściej importują? Niemal wszystko: od artykułów rolno-spożywczych przez elektronikę, maszyny, ubrania, zabawki, gadżety (na przykład noże, latarki), po meble i granitowe płyty nagrobkowe. – Teraz najlepiej idą końcówki serii markowych torebek – mówi jeden z około 500 pośredników chińskich, handlujących z Polską. Mechanizm wejścia do interesu jest prosty. Trzeba mieć 20–30 tys. dolarów, przyjechać do Chin, wybrać towar, a ten zostanie zapakowany do kontenera i wysłany do Polski. Przebicie kolosalne. Oryginalne torebki Louis Vuitton kosztują w Chinach jedną dziesiątą tego, co trzeba zapłacić w warszawskich butikach.

Turystyczna szansa

– Powinniśmy wykorzystać wzrastające zainteresowanie Chińczyków Polską. Na przestrzeni ostatnich lat notujemy stały wzrost zainteresowania podróżami do Chin – mówi Janusz Tatera. Roczny wzrost wynosi 30–35 proc. W 2006 roku do Polski wyjechało z Chin 16 tys. Chińczyków. Z Polski do Chin natomiast 48 tys. osób. W 2007 roku statystyki były jeszcze lepsze. Do Polski przyjechało 20 tys. Chińczyków, a ponad 65 tys. Polaków trafiło do Chin. Jaka jest prognoza wzrostu ruchu w najbliższych latach? – Chińczycy widzieli już Wielką Brytanię, Hiszpanię, Francję i Włochy, teraz poszukują nowych krajów. Sygnalizują, że są bardzo zainteresowani Polską, którą w podróżach chcą łączyć na przykład z Czechami, Węgrami czy Niemcami – mówi Janusz Tatera i dodaje: – Myślę, że mamy swoje pięć minut. Trzeba się tylko dobrze zorganizować.

Okazuje się, że Polska Organizacja Turystyczna nie zamierza przespać wzrastającego zainteresowania Polską ze strony Chińczyków. Organizacja chce wkrótce uruchomić swoją placówkę w Pekinie. Gra toczy się o wysoką stawkę. W 2007 roku w celach turystycznych wyjechało z Chin aż 60 mln osób, a według prognoz do 2012 roku liczba turystów ma wzrosnąć do ponad 200 mln. Wystarczy, że zgarniemy tylko niewielki kawałek tego tortu.

Zalecana ostrożność

Rezydujący na stałe w Pekinie dyplomaci alarmują jednak, że wszystkie dotychczasowe zabiegi mogą na nic się nie zdać, gdy w stosunki gospodarcze pomiędzy krajami wjedzie walec polityki. Trzeba więc zachować ostrożność. Tym bardziej, że w Chinach mieszanie polityki z gospodarką przybrało rozmiary patologii. – Gdy polski premier zadeklarował, że nie pojedzie na otwarcie igrzysk olimpijskich, przedstawiciel KGHM w Pekinie zatrząsł się na samą myśl o konsekwencjach tej wypowiedzi. – Chińczycy jednym pociągnięciem pióra mogą unieważnić wszystkie kontrakty – mówi jeden z biznesmenów działających w Pekinie. – Po prostu stwierdzą, że miedź mogą kupować na światowych giełdach, choć będzie ich to drożej kosztować. Gdy w grę wchodzi polityka, rachunek ekonomiczny przestaje mieć znaczenie – dodaje. Tę opinię potwierdza przedstawiciel Ambasady Polskiej w Pekinie. Według niego przekroczony w 2007 roku obrót w imporcie z Polski, na poziomie 1,1 mld dolarów w eksporcie, może szybko spaść, gdy w gospodarkę wmiesza się polityka. A to dlatego, że produkty czy surowce z Polski importują chińskie przedsiębiorstwa państwowe, podporządkowane władzy politycznej. – Jeżeli chcemy handlować z Chinami, to musimy uwrażliwić naszych polityków na każde ich słowo o Chinach. Wystarczy mała iskra zapalna, żeby chińskie władze szybko sprowadziły nas w handlu do poziomu sprzed kilku lat – podsumowuje przedsiębiorca, handlujący z Chinami.

Jednocześnie nie brakuje głosów, że właśnie twarda postawa wobec Chin może procentować w przyszłości. Nawet tak potężna machina biurokratyczno-partyjna nie jest bowiem w stanie powstrzymać procesów wolnorynkowych. – Państwo, które odgrywa dużą rolę, może przyhamować na pewien czas inflacje, i tak to zrobiono, na przykład nie podwyższając w ubiegłym roku cen energii. W pewnym momencie będą jednak musieli poluzować tę politykę, a wtedy misternie układany system runie jak domek z kart – uważa jeden z polskich dyplomatów. Tym bardziej, że liberalizacji gospodarki służą – jego zdaniem – takie przedsięwzięcia, jak zbliżająca się olimpiada. MKOL ostrzegł przecież jej organizatorów, że w trakcie imprezy sportowej wszystkie portale internetowe muszą być otwarte. To da powiew wolności, który na pewno nie zaowocuje szybkimi zmianami w innych obszarach życia społecznego, gospodarczego, a kto wie, może i politycznego. – Gdy w 2001 roku MKOL przyznał organizację olimpiady Pekinowi, podniosły się głosy oburzenia, ale uważam, że gdyby nie było olimpiady, nikt by się dziś nie interesował losem Tybetu – kwituje jeden z polskich dyplomatów.

Igor Stokłosa
Źródło:
Tematy
Tanie konto firmowe i wysoki procent na lokacie
Tanie konto firmowe i wysoki procent na lokacie

Komentarze (1)

dodaj komentarz
~dokładnie tak
I tak w istocie jest. A propos, czy istnieje jeszcze państwo (?) twór zwany Kosowo powstały w wyniku interwencji pokojowej ?
Zapomniane jakby .

Powiązane: Chiny

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki