Chiński bank w Polsce? Polski bank w Chinach? O bankowości rodem z Państwa Środka i praktykach windykacyjnych banków rozmawiamy ze Stanisławem Brzegiem-Wieluńskim, redaktorem naczelnym Miesięcznika BANK.
Chiński bank czeka na zgodę KNF-u. To normalna procedura czy realna przeszkoda dla pojawienia się na polskim rynku?
To typowa procedura Komisji Nadzoru Finansowego, która domaga się od luksemburskiego nadzoru uzupełniających materiałów, które powinien zdobyć bank ubiegający się o stworzenie filii w Polsce. Dokumentacja jest po prostu niekompletna. Natomiast nie jest celowe działanie ograniczenia obecności chińskich banków - Industrial and Commercial Bank of China i Bank of China – w Polsce.
Jak długo ta procedura może potrwać?
Przynajmniej miesiąc do dwóch miesięcy. Natomiast potwierdza się pewna tendencja – wzrost obecności Chińczyków w Europie, w Unii Europejskiej. Plan, żeby sto miliardów euro przeznaczyć na pomoc dla krajów eurolandu przez wykupywanie obligacji, przez stworzenie większego poczucia bezpieczeństwa dla inwestorów decydujących się na prowadzenie interesów w strefie euro. Zainteresowanie Polską ze strony dwóch banków, z czego jeden, właśnie Industrial and Commercial Bank of China, jest największą taką instytucją na świecie, to poważny znak: część pewnej układanki. Chiny mają jak wiadomo 25 procent swoich rezerw dewizowych w euro, więc wspieranie eurolandu jest jak najbardziej w ich interesie.
Także polski bank ma szansę wejść na chiński rynek: PKO BP. Czy to realne? Czy polski bank może realizować zyski na tak egzotycznym rynku?
Powołam się w tym momencie na debatę, którą odbyliśmy podczas uroczystości ogłoszenia rankingu pięćdziesięciu największych banków w Polsce. Pytany właśnie o to Jarosław Myjak - wiceprezes PKO BP - powiedział, że wszystko zależy od ekspansji polskich firm w Państwie Środka. Biorąc ostatnie wskaźniki, które pokazują jak bardzo wzrosła dynamika polskiego eksportu, nadrobiliśmy zaległości. Kiedyś eksport do Niemiec był siedemnaście razy większy, teraz jest osiem razy większy. W wypadku innych krajów: Włoch, Wielkiej Brytanii, szczególnie Hiszpanii, bardzo te proporcje poprawiliśmy, więc to jest kwestia wyłącznie tego, jakie polskie firmy zdecydują się na obecność w Chinach i na ile przekonają chińskich partnerów, żeby utworzyć spółki, bo w ten sposób Chińczycy z reguły się godzą na tworzenie przyczółków do ekspansji. Coś za coś, przykładowo transfer technologii.
Każdy kraj europejski, który planuje ekspansję na rynku chińskim, ma zawsze za partnera swoje duże banki narodowe - po prostu tego chcą przedsiębiorcy. Przedsiębiorcy, wiedząc, że filia polskiego banku ma dobre relacje z miejscowymi władzami, elitami, zna niuanse lokalnego biznesu - będą się na pewno czuli bezpieczniej i będą woleli, żeby pewne sprawy, na przykład w kontaktach z władzami, realizował bank.
Jak ocenia Pan bieżące podejście banków do spraw windykacji? Czy e-sądy wprowadzają tu nową jakość?
Tradycyjna metoda windykacji nie bardzo funkcjonuje, bo jak wiemy, przed tradycyjnym sądem postępowanie trwa średnio siedemdziesiąt pięć dni, przed e-sądem dwadzieścia pięć dni. W tradycyjnym sądzie sędzia rozpatruje około pięciuset siedemdziesięciu spraw rocznie, a przed e-sądem nawet może do dwudziestu tysięcy. Mamy akurat dwulecie powstanie e-sądu przy wydziale cywilnym sądu rejonowego Lublin-Zachód. I wydaje się, że banki dostrzegły, że to jest nie tylko tańszy sposób pozyskiwania należności od dłużników, ale przede wszystkim jest niezwykle skuteczny.
Wciąż jeszcze możemy powiedzieć, że e-sądy to wciąż jeszcze tylko dodatek, nie funkcjonuje samodzielnie.
Elektroniczne Postępowanie Upominawcze - to bardzo delikatne sformułowanie, które pokazuje po prostu to, że banki od dawna wiedzą, że miękka windykacja jest bardziej skuteczna niż ta ostra, natomiast problem stale narasta. O trzydzieści pięć procent wzrosło zadłużenie Polaków w bankach, licząc rok do roku. Ta suma już wynosi około trzydziestu sześciu miliardów złotych. To jest zbliżone do tego, ile państwo polskie wydaje na całą administrację publiczną w skali roku. Wzrosła średnia zadłużenia na przeciętnego statystycznego dłużnika - z trzynastu do siedemnastu tysięcy złotych, więc banki muszą coś zrobić.
Z drugiej strony doskonale wiemy, że zgodnie z synchronizowaniem rynku polskiego z normami unijnymi, pewnymi standardami z rynków bardziej rozwiniętych, stalking, czyli ta metoda chociażby telefonicznego nękania, została ograniczona w czerwcu 2011 roku. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów bardzo boleśnie ukarał za to Eurobank, który miał do zapłacenia milion dwieście sześćdziesiąt trzy tysiące złotych kary, jeżeli dobrze pamiętam, za różnego rodzaju formę nękania. Banki z jednej strony mają problem, że kwota tych pieniędzy nieodzyskanych przyrasta, a z drugiej strony mają pewne ograniczenia ze strony ustawodawcy. Niektórzy twierdzą, że windykatorzy w ogóle przespali ustawę o stalkingu - że po prostu że nie zdawali sobie do końca sprawy, że jeżeli się trafi na nieuczciwego klienta, ustawa będzie chronić także jego. [...]
Przeczytaj całość! Pobierz Przegląd Finansowy.
Rozmawiała Anna Drozd,
Bankier.pl



























































