Zaczyna się od niewinnie wyglądającej reklamy. Czasem firmuje ją znana marka, a czasem wręcz przeciwnie – rzemieślniczy warsztat albo mały sklep „z tradycjami”. Kuszą wyprzedażowe ceny. To jednak tylko i wyłącznie fasada, pusta dekoracja.


Zbliża się najlepszy czas dla internetowych detalistów. Listopad i grudzień to okres, kiedy kwitnie handel napędzany zbliżającymi się świętami, a stawkę podbija jeszcze Black Friday. Poszukiwacze zakupowych okazji mają w czym wybierać, a sprzedawcy konkurują o uwagę konsumentów ze zdwojoną siłą. To idealne okoliczności także dla oszustów korzystających ze sprawdzonego schematu „na fałszywy sklep”.
Mechanizm wyłudzenia jest prosty, ale może mocno różnić się w szczegółach wykonania. Przestępcy przygotowują serwis internetowy, który na pierwszy rzut oka jest w pełni funkcjonującym e-sklepem. W jednym z wariantów oszustwa jest to wierna kopia oryginalnego sklepu znanej marki. W innym – historia zbudowana od zera, np. o likwidowanym specjalistycznym sklepie mieszczącym się w jednym z miast. Tu jako „legenda” służyć mogą wygenerowane przez sztuczną inteligencję zdjęcia lokalu, który nie istnieje i nigdy nie istniał.
Drugim krokiem jest akcja reklamowa. Korzystając z serwisów społecznościowych lub sieci reklamowych, oszuści serwują potencjalnym ofiarom „wabik”. Zazwyczaj jest to spora przecena, wielka wyprzedaż, ograniczona czasowo promocja lub inny przyciągający oko poszukiwacza okazji element.
Trzeci etap to wyłudzenie. W najprostszym wariancie oszustwa ofiara „robi zakupy” i na ostatnim kroku wysyła przestępcom pieniądze, za które nigdy nie otrzyma towarów. Proces może do złudzenia przypominać mechanizmy typowe dla e-commerce – koszyk, płatność, potwierdzenie zamówienia. Brakuje tylko dostawy.
W innych przypadkach na celowniku złoczyńców są dane kart płatniczych i dostęp do bankowości elektronicznej. Ofiara najpierw oddaje cenne dane, a potem rzekomo potwierdza płatność. W rzeczywistości autoryzuje inną operację – np. dodanie zaufanego odbiorcy do listy przelewów. Oszuści mogą w ten sposób wyprowadzić środki z konta.
Zwróć uwagę na te czerwone flagi
Fałszywe sklepy mają sporo wspólnych cech. Jeśli zachowamy ostrożność, mamy szansę dostrzec sygnały ostrzegawcze przed skorzystaniem z „okazji”. Najważniejszą czerwoną flagą są nierealnie niskie ceny. Produkty (zwykle elektronika, markowa odzież czy buty) oferowane są znacznie taniej niż gdziekolwiek w sieci. Dodatkowo oszuści korzystają z chwytów socjotechnicznych mających skłonić do szybkiego zakupu. Może to być chociażby licznik odmierzający czas do końca „promocji”.
Kolejnym wspólnym elementem są okrojone metody płatności. Sklep może wymuszać np. przedpłatę na podany numer konta, przelew BLIK na telefon lub płatność kryptowalutami. Na liście brak bezpiecznych opcji, takich jak płatność kartą płatniczą czy przesyłka za pobraniem? To sygnał ostrzegawczy, którego nie należy lekceważyć.
Fałszywy sklep zwykle nie chwali się historią działania. Na stronie znajdziemy pełnego adresu, numeru NIP, REGON czy KRS. Zakładka kontaktowa zawiera wyłącznie anonimowy formularz lub darmowy adres e-mail. Nierzadko też domena została zarejestrowana zaledwie kilka dni lub tygodni wcześniej. Jeśli chcemy sprawdzić ten element, można to zweryfikować w darmowych serwisach WHOIS.
Fałszywkę zdradzają także opinie użytkowników. Recenzje na samej stronie są wyłącznie pozytywne, dodane w krótkim czasie, podczas gdy w niezależnych portalach z opiniami sklep w ogóle nie istnieje lub ma same negatywne oceny.
Fałszywe okazje, prawdziwe straty. Jak nie dać się oszukać w sieci? Komentuje Mateusz Oleksy, dyrektor generalny Visa w Polsce
„Wszystko 80 proc. taniej”, „ostatnie sztuki”, „promocja tylko dziś”. W internecie taka oferta może pojawić się między zdjęciem znajomego a kolejnym filmem w mediach społecznościowych. Problem w tym, że za atrakcyjną reklamą nie zawsze stoi prawdziwy sklep. Czasem jej jedynym celem jest skłonienie nas do szybkiego kliknięcia i zakupu.
Oszuści liczą na prosty mechanizm: im bardziej kusząca promocja, tym łatwiej o pochopną decyzję, dlatego ogromny rabat, licznik odmierzający czas do końca wyprzedaży czy komunikat o ostatniej sztuce powinny być sygnałem, żeby zwolnić, a nie przyspieszyć. To szczególnie ważne, gdy coraz trudniej odróżnić prawdziwe informacje od fałszywych. Z badania Visa wynika, że Polacy, którzy mylą treści stworzone przez AI z autentycznymi, są ponad cztery razy bardziej narażeni na oszustwo – 63 proc. z nich padło jego ofiarą wobec 14 proc. osób, które trafnie identyfikują takie materiały [1]. Przed zakupem warto więc niezależnie sprawdzić sklep, opinie o nim i adres strony, zamiast ufać samej reklamie.
Co ważne, średnia strata polskiej ofiary oszustwa internetowego przekracza 615 zł, a w skali kraju mówimy o blisko 1,6 mld zł rocznie. Skutki przypominają jednak efekt domina. Po stracie pieniędzy przychodzą stres, czas poświęcony na rozwiązanie problemu i utrata zaufania – a ponad 30 proc. osób, które zostały oszukane w internecie, później waha się przed kolejnymi zakupami online.
Czujność konsumenta jest ważna, ale walka z oszustwami toczy się również w tle płatności. Visa od lat wykorzystuje sztuczną inteligencję i analizę danych do wychwytywania sygnałów mogących świadczyć o próbie oszustwa. Ochronę tę rozszerza także na przelewy bankowe poprzez Visa A2A Protect, czyli rozwiązanie, które analizuje transakcje w czasie rzeczywistym i pomaga ocenić ryzyko, zanim pieniądze opuszczą konto.
Fałszywy sklep może zniknąć równie szybko, jak się pojawił. Dlatego w Visa podkreślamy, że skuteczna ochrona wymaga współpracy konsumentów, banków, sprzedawców, platform cyfrowych i firm technologicznych. AI może wychwytywać podejrzane schematy w tle, ale ważnym elementem pozostaje też nasza czujność: jeśli internetowa okazja wygląda zbyt dobrze, by była prawdziwa, warto poświęcić chwilę, żeby to sprawdzić.
[1] O ile nie wskazano inaczej, dane przedstawione w materiale pochodzą z badania przeprowadzonego przez firmę Opinium na zlecenie Visa między sierpniem a wrześniem 2025 r. Objęło ono 9500 osób dorosłych (powyżej 18 r.ż.) reprezentatywnych dla każdego z 11 rynków w Europie, w tym: Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Polski (reprezentatywna próba 1000 osób dorosłych), Węgier, Rumunii, Bułgarii, Czech i Słowacji.






















































