REKLAMA

Nie zaczynamy od zera

2011-08-11 09:18
publikacja
2011-08-11 09:18
Rozmowa z Krzysztofem Groyeckim, dyrektorem zarządzającym w pionie opieki zdrowotnej Asseco Poland SA

- Historia informatyzacji polskich placówek ochrony zdrowia sięga początku przełomu lat 80. i 90. i związana jest z firmami, które m.in. powstały na Śląsku, także z pana udziałem.

- Można powiedzieć, że ponad 20 lat temu praktycznie nie mieliśmy zagranicznej konkurencji... Powstał gliwicki PiK, który współtworzyłem w 1987 r. Firma ta później weszła do Computerlandu.

Swoją część zdrowotną utworzyła spółka Spin, a w Katowicach Zygmunt Kamiński rozwijał Kamsoft. Następnie rozpoczął się czas przejęć - m.in. Spin został wchłonięty przez ABG, z kolei ABG - przez Asseco. Wcześniej firma ABG kupiła Radcomp oraz zorganizowaną część spółki Sygnity, zajmującą się opieką zdrowotną. To oczywiście w wielkim skrócie. Jednym z efektów tych przekształceń własnościowych jest funkcjonujący w Asseco od około trzech lat pion opieki zdrowotnej, obsługujący ponad 400 szpitali, tysiące przychodni, NFZ, stacje krwiodawstwa oraz Ministerstwo Zdrowia (CSiOZ).

Wracając do historii - w 1990 r. firma PiK informatyzowała Szpital Kolejowy w Katowicach. Było to pierwsze spektakularne przedsięwzięcie tego rodzaju w Polsce. Wystarczy powiedzieć, że katowicką placówkę odwiedzało trzech kolejnych ministrów zdrowia, aby poznać ówczesne wdrożenia z zakresu IT. System, oparty jeszcze na Clipperze i DOS-ie, był jednak kompleksowy. Uznaliśmy bowiem już wtedy, że informatyzacja szpitala powinna obejmować nie tylko część medyczną, ale i administracyjną.

- Jak dzisiaj Polska sytuuje się pod względem informatyzacji ochrony zdrowia na tle krajów w Europie Środkowo- Wschodniej?

- Dokładnie monitorujemy to, co dzieje się w innych krajach. Jedna z naszych spółek (Asseco CE) obejmuje swym działaniem Czechy, Słowację i Węgry. Uruchomiliśmy też Healthcare Business Unit, skupiający szefów pionów zdrowia z poszczególnych krajów, dla których staramy się tworzyć odpowiednie strategie rozwoju. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej startowały z podobnego poziomu.

Obecnie sytuacja pod względem stopnia informatyzacji szpitali na Węgrzech jest bardzo zbliżona do naszej. Funkcjonuje tam ponad 100 szpitali. W większości z nich wdrożono systemy podobne do tych w naszych lecznicach.

W zakresie liczby szpitali objętych kompleksową informatyzacją mamy zdecydowaną przewagę nad Czechami i Słowacją, które wyprzedzamy pewnie o 2-3 lata. Jeszcze gorzej - z powodów historycznych - wygląda sytuacja w Rumunii, ale bardzo szybko się zmienia, o czym świadczy duża liczba postępowań przetargowych.

Z kolei wyprzedziły nas kraje nadbałtyckie, z wyjątkiem Litwy. W Estonii i Łotwie, zarówno rozwiązania centralne, jak i w poszczególnych szpitalach, są bardziej zaawansowane niż u nas.

- To małe kraje, zatem i skala problemów znacznie mniejsza.

- Estonia liczy ponad 1,3 mln mieszkańców, ma kilkanaście szpitali, zatem dość łatwo można tam przeprowadzić kompleksową informatyzację. I trzeba przyznać, że w Estonii zrobiono to naprawdę bardzo dobrze. Właśnie ten kraj, oprócz Danii, wskazywany jest jako wiodący pod tym względem. Warto więc przyjrzeć się modelowi estońskiemu, który z jednej strony wykorzystał sprawdzone zagraniczne wzorce, a z drugiej wdrożył własne, oryginalne rozwiązania.

- Nie mniejszy dystans dzieli nas od krajów "starej" Unii. W branżowych dyskusjach pojawia się jednak pogląd, że - paradoksalnie - łatwiej nam będzie zbudować sprawny ogólnokrajowy system informacyjny w ochronie zdrowia, gdyż startujemy w pewnym sensie od zera. To świetna okazja, by od razu zrobić to dobrze, ucząc się przy okazji na cudzych błędach.

- Nie zgodzę się z tezą, że robimy teraz coś od zera. Mówiliśmy już o ponad 20-letniej historii informatyzowania polskiej ochrony zdrowia, w tym znacznej liczby spośród ponad 700 szpitali.

Mamy obecnie scentralizowane ubezpieczenia zdrowotne, co - przy różnych wadach tego stanu rzeczy - stanowi zarazem pewne ułatwienie przy wdrażaniu jednolitych systemów informacyjnych. Wraz z wejściem w życie tzw. pakietu ustaw zdrowotnych znacznie wzrosła rola Ministerstwa Zdrowia w kreowaniu wielu rozwiązań i jest to czynnik sprzyjający od strony organizacyjnej procesowi informatyzowania na poziomie centralnym.

Duży błąd popełniają ci, którzy zakładają, że właśnie teraz możemy zrobić coś zupełnie od początku. Nie mamy na to wystarczających środków i czasu.

Musimy więc wykorzystywać to, co już zostało w tej materii wykonane i na tym budować nowe systemy. Uważam więc, że ów pogląd o możliwości przeprowadzania informatyzacji polskiej ochrony zdrowia od zera jest uprawniony tylko w niewielkim stopniu i to wyłącznie z powodów związanych z organizacją całego systemu oraz - być może - ze względu na spore zapóźnienie technologiczne, dotyczące m.in. infrastruktury informatycznej, dostępu do internetu itp.

- Komu więc, poza Estonią i Danią, możemy jeszcze w Europie pozazdrościć "zdrowotnych" systemów informacyjnych?

- Warto przypomnieć, że wydatki na tę dziedzinę w Polsce wciąż znacznie odbiegają od wielu państw europejskich.

Na informatyzację przeznaczamy od 1 do 2% wszystkich środków na inwestycje w sferze opieki zdrowotnej, a na poziomie np. samego NFZ jest to ułamek procenta rocznego budżetu Funduszu.

Z naszych informacji wynika, że ten wskaźnik w placówkach ochrony zdrowia w wielu innych krajach sięga 3-5%, a przy nowych inwestycjach nawet 10%.

Obecnie jednym z liderów w zakresie technologii informacyjnych w opiece zdrowotnej staje się Izrael, gdzie udział IT w bieżących kosztach wynosi ok. 10%, a przy inwestycjach - nawet 20%. Ten kraj jest obecnie w centrum naszej grupy kapitałowej, miałem więc okazję dobrze poznać na miejscu zakres informatyzacji izraelskich jednostek ochrony zdrowia. Robi duże wrażenie.

Znaczne zaawansowanie technologiczne wynika tam głównie z faktu, że informatyka jest jednym z bardzo istotnych elementów budowania przewagi konkurencyjnej na rynku medycznym.

Opieka nad pacjentem jest w Izraelu wspierana przez informatykę w sposób dla nas wręcz niewyobrażalny. Na każdym kroku są monitory wskazujące stan hospitalizowanych, oczywiście z zachowaniem bezpieczeństwa danych osobowych, dostępnych, poprzez odpowiedni numer pacjenta, tylko dla jego rodziny i oczywiście uprawnionych członków personelu medycznego.

Cała infrastruktura informatyczna, począwszy od samego obiektu po aparaturę, jest zintegrowana w stopniu nieosiągalnym obecnie w naszym kraju. Wszystko to przyczynia się nie tylko do zadowolenia pacjenta i pracowników szpitala, ale i znacznego podniesienia bezpieczeństwa prawnego placówki oraz lekarzy.

- Czy przy tak szerokim zakresie informatyzacji szpitali nie występują obawy, że dane wyciekną do niepowołanych osób?

- Bezpieczeństwo danych zapewniono, stosując wyrafinowane metody zabezpieczeń (wielopoziomowa weryfikacja dostępu, szyfrowanie).

W wielu szpitalach wdrożono szczegółowe monitorowanie parametrów stanu pacjenta oraz wszelkich procedur medycznych. Polega ono, szczególnie w stanach ostrych, m.in. na wykonywaniu co minutę zdjęć zapisywanych w systemie. Każde zlecenie podczas operacji, całe postępowanie anestezjologiczne podlega rejestrowaniu on-line. Rekord pacjenta jest więc niezwykle obszerny.

Wynika to m.in. z faktu, że ewentualny błąd medyczny jest tam bardzo kosztowny, odszkodowania są gigantyczne i w skrajnych sytuacjach mogą doprowadzić szpital do bankructwa.

- Osiągniemy kiedyś taki poziom zinformatyzowania szpitali?

- Taka szansa oczywiście jest, ale wykorzystamy ją dopiero wówczas, kiedy informatyka będzie traktowana jako wspomniane narzędzie budowania przewagi konkurencyjnej. Na razie jednak nasze placówki nie działają na rynku konkurencyjnym. Dzisiaj praktycznie jedyną motywacją do wdrażania u nas rozwiązań IT jest monitorowanie oraz obniżanie kosztów funkcjonowania jednostki ochrony zdrowia. To oczywiście zrozumiałe i racjonalne, ale taki kierunek nie może być jedynym wyznacznikiem wdrażania nowych rozwiązań.

Są entuzjaści w niektórych szpitalach, którzy informatyzację starają się wykorzystać głównie dla dobra pacjenta oraz bezpieczeństwa i wygody lekarzy, jednak w zdecydowanej większości placówek zasadniczym celem wdrożeń IT pozostaje pilnowanie kosztów. Dlatego na naszym rynku powinien się pojawić motywator w postaci premiowania bezpieczeństwa pacjenta czy lekarza przekładającego się na uzyskiwanie przez placówkę większych przychodów.

- Informatyzacja szpitala to zmiana w wielu sferach jego funkcjonowania. Jak w pana ocenie nasi menedżerowie radzą sobie z zarządzaniem taką właśnie istotną innowacją?

- Dyrektorzy szpitali, z którymi rozmawiam o różnych rozwiązaniach informatycznych, zadają bardzo ważne pytanie - w jaki sposób szpital otrzyma zwrot z takiej inwestycji? Proszę zwrócić uwagę, że większość osób zarządzających w Polsce jednostkami ochrony zdrowia używa już języka ekonomii. Mówią o zwrocie z inwestycji, opłacalności, ograniczaniu deficytu itp. Od 2-3 lat obserwuję bardzo pozytywne zmiany w tej sferze biznesowego podejścia szefów szpitali m.in. do zarządzania inwestycjami, nie tylko informatycznymi.

- Jakie szanse na wprowadzenie nowych rozwiązań daje ustawa o systemie informacji w ochronie zdrowia? Jeszcze kilka miesięcy temu m.in. przedstawiciele NFZ wskazywali, że ustawa została napisana zbyt trudnym, technicznym językiem, pomija też kwestie bezpieczeństwa danych. Czy po poprawkach te zastrzeżenia można uznać za nieaktualne?

- Napisanie tej ustawy było, ze względu na złożoną materię, trudnym zadaniem. Bez wątpienia dobrze się stało, że została przyjęta i podpisana przez prezydenta, ponieważ stanowi punkt odniesienia i podstawę do przygotowania niezbędnych rozporządzeń.

Zastrzeżenia GIODO dotyczące bezpieczeństwa danych zostały uwzględnione w trakcie prac legislacyjnych i wprowadzono odpowiednie poprawki, m.in. jasno zdefiniowano administratora danych gromadzonych w systemie - jest nim Minister Zdrowia. Doprecyzowano także zapisy regulujące funkcjonowanie rejestrów medycznych - określono, kto może przekazywać dane do tych rejestrów.

Natomiast rzeczywiście pojawiła się pewna różnica poglądów między resortem zdrowia a NFZ, która ma nieco szersze tło. Fundusz dotychczas był jedyną instytucją w naszej opiece zdrowotnej, która dysponowała środkami finansowymi, a przede wszystkim narzędziami prawnymi, umożliwiającymi gromadzenie i przetwarzanie danych.

NFZ był więc jedynym organem - poza jednostką ochrony zdrowia - który miał prawo te dane otrzymywać i wykorzystywać m.in. w rozliczeniach finansowych i monitorowaniu świadczeń. Fundusz przejął więc od resortu zdrowia pewne zadania w tym zakresie.

NFZ, nie będąc agendą ministerstwa, wypełnił swoistą lukę i zbudował system informatyczny, który jest rozwijany od czasu kas chorych.

Oczywiście ma wady, ale dowiódł też swojej elastyczności i zdolności implementowania zmian. Jest jednym z największych systemów informatycznych w kraju, porównywalnym tylko z ZUS-owskim, a przy tym ok. 10-krotnie tańszym.

Tymczasem ustawa w swojej pierwotnej formie nie odpowiadała na pytanie - co będzie z tym systemem? Czy stanie się częścią całego nowego systemu, czy pozostanie wydzielony? NFZ zadawał więc szczegółowe pytania, na które otrzymywał ogólne odpowiedzi, na przykład, iż pewne kwestie uregulowane będą rozporządzeniami.

Być może więc Fundusz w niewystarczającym zakresie był uwzględniony w pracach nad ustawą.

- Stwarza to zagrożenia dla realizacji jej zapisów?

- Przede wszystkim ustawa jest nierówna. Znalazły się w niej sztywne regulacje, o technicznym charakterze, co może mieć dwie wady. Po pierwsze ustawa powinna być zrozumiała nie tylko dla informatyków, a po drugie ważne jest, aby pewnych kwestii nie przesądzała, gdyż ustawę - w razie potrzeby - znacznie trudniej zmienić niż rozporządzenie. Te zastrzeżenia oczywiście nie dyskredytują całego dokumentu, mogą jednak utrudnić realizację wybranych zapisów.

Są też inne wątpliwości. Czy świadczeniodawcy zostaną zobowiązani do przekazywania danych w pewnym reżimie, czy ich zadaniem będzie jedynie umożliwienie dostępu do tych danych? Czy ustawa będzie obligowała jednostki do raportowania także o świadczeniach nie objętych kontraktem z NFZ?

Brakuje dokładnego opisania źródeł zasilania baz danych NFZ. Jeżeli nie zostaną doprecyzowane, może nam grozić, że dane na poziomie świadczeniodawcy będą wpisywane dwa razy - na potrzeby rozliczeń z NFZ i ogólnego systemu, co zwiększy ryzyko błędów. Jeśli jednak owo zasilanie będzie się odbywać wyłącznie poprzez ogólny system, to Fundusz ma się prawo obawiać o stan swoich rozliczeń z placówkami. NFZ będzie bowiem odpowiadał za terminowe rozliczanie świadczeń, nie mając wpływu na sposób rejestracji i jakość danych.

Wydaje się też, iż nie można poprzestać na ogólnym zapisie, że odpowiednie podmioty mają prawo dostępu do danych gromadzonych w systemie. Trzeba bowiem określić, w jaki sposób zakłady opieki zdrowotnej będą te dane udostępniać - mają je wysyłać czy też tylko "okazywać" poprzez jakiś interfejs? Na rozstrzygnięcie m.in. takich kwestii czekamy. Równolegle rozpoczęto postępowanie publiczne mające wyłonić wykonawcę systemu P1.

Nie znamy jeszcze szczegółowego opisu przedmiotu zamówienia, pewnie także dlatego, że niektóre istotne szczegóły określone zostaną dopiero w przygotowywanych rozporządzeniach. Dzisiaj więc przyszły wykonawca, mając tylko ustawę, nie jest w stanie właściwie zaprojektować systemu informatycznego.

Moim zdaniem, takie właśnie są główne zagrożenia dla realizacji ważnych zapisów ustawy.

- Wątpliwości budzi też przewidywany obieg recept w systemie.

- Obecnie brakuje zapisów umożliwiających przekazywanie recept do systemu centralnego. Mowa jest jedynie o wymianie tych dokumentów między usługodawcami. Natomiast dotychczas obowiązujące przepisy zabraniały przekazywania recept gdziekolwiek.

- Mimo wszystko ustawa wyznacza określony kierunek zmian. Czy odpowiada także wyzwaniom i światowym trendom w rozwoju technologii informacyjnych w ochronie zdrowia?

- Ustawodawca powinien odpowiedzieć na fundamentalne pytanie - czy system informatyczny ma wspierać leczenie pacjentów, czy tylko je monitorować?

Jeżeli ma wspierać, to powinien praktycznie pracować w trybie on-line. Gdy pacjent trafia do lekarza, to nie mamy już dni lub tygodni na pozyskanie danych dotyczących m.in. farmakoterapii czy historii choroby; ten czas w dobie informatyzacji mierzymy co najwyżej w minutach. Przy takim założeniu system musi być zbudowany w sposób pozwalający przekazywać informacje w odpowiednim reżimie czasowym.

Jeśli tych oraz wielu innych kwestii nie doprecyzują rozporządzenia, trudno nam będzie nadążyć za światowymi trendami - czyli na przykład skutecznie monitorować recepty, a tym samym m.in. interakcje leków. Brak określonych regulacji spowoduje, iż będziemy musieli pozostawić - równoległy z elektronicznym - obieg tradycyjnych recept papierowych.

Natomiast optymistyczne jest to, że ustawę przyjęto w dobrej atmosferze, ponad politycznymi podziałami. Ministerstwo Zdrowia czeka jednak jeszcze sporo pracy.

Rozmawiał Wojciech Kuta

źródło: http://www.rynekzdrowia.pl/Rynek-Zdrowia/Nie-zaczynamy-od-zera,111154.html

Źródło:
Tematy

Komentarze (2)

dodaj komentarz
~Wkurzony Obywatel
Ustawodawca przygotował raj dla firm informatycznych, piekło dla budżetu oraz obywateli i popełnił samobójstwo.
Zanim udowodnię przedstawioną powyżej tezę, zacznę od przypowieści.
Wyobraźmy sobie, że transport osób i towarów w naszym kraju odbywa się przy pomocy lektyk niesionych przez drążkowych. Z zamorskiej krainy zwanej
Ustawodawca przygotował raj dla firm informatycznych, piekło dla budżetu oraz obywateli i popełnił samobójstwo.
Zanim udowodnię przedstawioną powyżej tezę, zacznę od przypowieści.
Wyobraźmy sobie, że transport osób i towarów w naszym kraju odbywa się przy pomocy lektyk niesionych przez drążkowych. Z zamorskiej krainy zwanej Danią zaczęły dochodzić słuchy o zmodyfikowaniu lektyk, poprzez dodanie kół i zaprzęgnięcie koni. Nowy wynalazek nazwano powozem. Zrzeszenie krajów naszego kontynentu z uwagą zaczęło przyglądać się tej nowalijce i zarekomendowało krajom członkowskim wprowadzenie powozów, oraz wyasygnowało wsparcie finansowe w ramach programu rozwoju transportu. Nasi doradcy rządowi, odpowiadający za program rozwoju transportu, po konsultacji z producentami i dostawcami lektyk wydali następującą opinię: „Dania jest małym krajem, ze słabo rozwiniętym transportem, więc może pozwolić sobie na eksperymentowanie z powozami. Z naszych doświadczeń wynika, że koła powozów prowadzą do szybkiej degradacji dróg, a odchody końskie przy większym nasileniu ruchu – całkowicie go zablokują”. Na tej podstawie wydany został dekret rządowy, który praktycznie przekreślił możliwość rozwoju koncepcji wykorzystania powozów, poprzez nakaz opracowania nowej technologii produkcji drążków do lektyk, oraz przeznaczył znaczne środki własne i pochodzące od Zrzeszenia na rozwój tej technologii. Rządowe Centrum Rozwoju Lektyk opracowało koncepcję zmiany drążków z drewnianych na dłuższe i wytrzymalsze metalowe. Ma to umożliwić zwiększenie liczby drążkowych do napędu lektyki, a więc zwiększyć ich zasięg i prędkość. Gospodarka kraju zostanie pobudzona poprzez zatrudnienie dodatkowej liczby drążkowych, oraz wybudowanie nowych zajezdni, które będą musiały ich pomieścić. Autorzy tej śmiałej koncepcji dostali nagrodę rządową i wysokie odznaczenia. Co prawda są malkontenci, którzy przebąkują, że jeśli Zrzeszenie zdecyduje się mimo wszystko na wdrożenie powozów, dotacja z programu rozwoju transportu może zostać cofnięta, ale są to pojedyncze głosy bez większego znaczenia. Rządowe Centrum Rozwoju Lektyk przystąpiło do realizacji programu i ogłosiło przetarg dla producentów i dostawców lektyk.
W podobnej sytuacji znajduje się obecnie system informatyzacji polskiej służby zdrowia. Ustawodawca zablokował wejście technologii opartej na Electronic Health Record (EHR), zalecanej przez Komisję Europejską, poprzez wprowadzenie koncepcji wymiany dokumentów medycznych za pośrednictwem Systemu Informacji Medycznej (paragraf 13 ustawy), a nie standaryzację informacji medycznej w EHR, zastosowanym obligatoryjnie w całym systemie. Takie podejście niesie niewyobrażalne konsekwencje finansowe dla budżetu przeznaczonego na informatyzację służby zdrowia. Każda zmiana w istniejących, lub dodanie nowych standardowych dokumentów medycznych wiąże się z ze zmianami w oprogramowaniu w szpitalach. Dokładnie taką samą architekturę systemu informatyzacji służby zdrowia zastosowali Anglicy. W ciągu kilku lat wydali na opisany powyżej proceder 7 miliardów GBP i poddali się. Postanowili wydać jeszcze 6 miliardów GBP na zakup oprogramowanie dla wszystkich szpitali od jednego dostawcy. Na tą transakcję nie wyraził zgody parlament brytyjski, ponieważ dysponował raportem sporządzonym przez University College London, z którego wynikało, że z dotychczasowego działania systemu opartego na koncepcji Summary Care Record (w polskim systemie rolę tą odgrywa Internetowe Konto Pacjenta) nie wynika jakakolwiek korzyść dla pacjenta lub budżetu służby zdrowia. Brytyjczycy zatrzymali program informatyzacji służby zdrowia, gdyż jedynymi jego beneficjentami okazały się firmy informatyczne, budżet państwa poniósł ogromne wydatki, pacjenci nic nie zyskali, a nawet stracili, ponieważ nowa koncepcja realizowana w Anglii sprowadza się do całkowitej komercjalizacji usług służby zdrowia i zwiększonej partycypacji pacjenta w kosztach leczenia. W związku z tym nie trudno jest przewidzieć rozwój sytuacji w Polsce. Zdeterminowany ustawodawca, który de facto odpowiedzialny jest za opracowanie rozporządzeń dotyczących koncepcji rdzenia systemu (paragraf 13 ustawy) informatyzacji służby zdrowia w Polsce, ma związane ręce i szybkimi krokami zmierza ku „angielskiej wpadce”. Firmy informatyczne realizujące system z góry skazany na niepowodzenie są w idealnej sytuacji, ponieważ Zamawiający musi tak sporządzić kryteria odbioru systemu, aby ukryć błędne założenia i natychmiast otworzyć nowe zlecenia umożliwiające korektę popełnionych błędów. Tracą obywatele, potencjalni pacjenci oraz budżet państwa. Wykrycie opisanego powyżej procederu powinno skutkować zakazem opuszczenia kraju przez wszystkie osoby związane z opracowaniem i realizacją w/w koncepcji, tym bardziej, że w trakcie jej tworzenia dostępne były wszelkie przesłanki umożliwiające uniknięcia złych decyzji, prowadzących do katastrofalnych rezultatów. Nieprawdą jest, że nie można już zatrzymać procesu realizacji tej błędnej koncepcji. Można i zależy to wyłącznie od determinacji decydentów politycznych, tym bardziej, że prawidłowa realizacja projektu jest możliwa w o wiele szybszym czasie niż droga ku katastrofie.




~Jędrek J.
Dlaczego kilku idealistów chce wprowadzić w swoich szpitalach systemy informacyjne, które podniosą jakość leczenia pacjenta i usprawnią pracę lekarzy, a wszycy pozostali będą optymalizować wyłącznie koszy ?
Ponieważ ustawa o systemie informacji w służbie zdrowia nie wprowadza jakiegokolwiek mechanizmu kontroli jakości świadczeń
Dlaczego kilku idealistów chce wprowadzić w swoich szpitalach systemy informacyjne, które podniosą jakość leczenia pacjenta i usprawnią pracę lekarzy, a wszycy pozostali będą optymalizować wyłącznie koszy ?
Ponieważ ustawa o systemie informacji w służbie zdrowia nie wprowadza jakiegokolwiek mechanizmu kontroli jakości świadczeń medycznych i milcząco zakłada, że stworzenie Internetowego Konta Pacjenta podniesie jakość leczenia pacjenta. W tym miejscu autorzy ustawy popełnili kardynalny błąd. Tak samo myśleli Anglicy. Niestety, audyt systemu w bezlitosny sposób obnażył brak jakiegokolwiek jego wpływu na jakość, dostępność i koszty leczenia. Główne tezy tego raportu opublikowano w "Computer Weekly" 15 czerwca 2010 roku, a więc nasi ustawodawcy mogli się z nimi zapoznać. W rezultacie Anglicy zatrzymali prace nad dokończeniem systemu po wydaniu 7 milardów GBP. Niestety, architektura polskiego systemu jest wierną kopią angielkich pomysłów i mamy z góry zagwarantowany ten sam scenariusz, miejmy nadzieję po wyrzuceniu w błoto mniejszych pieniędzy. Zakładając, że nie zaczynamy od zera, po realizacji idei systemu opisanego w ustawie zanurkujemy zdecydowanie poniżej zera i z wielkim mozołem będziemy odrabiać straty.
Zastanawiający jest fakt całkowitego zignorowania przez naszych ustawodawców rekomendacji Komisji Europejskiej z lipca 2008 roku, zalecającej oparcie systemów krajów członkowskich na Elektronicznej Kartotece Pacjenta (ang. Electronic Health Record), oraz sukcesu w Danii (2006 r.) i decyzji rządu Szwecji (luty 2008 r.). Dania odniosła sukces ponieważ wprowadziła obligatoryjny model obiegu dokumentów medycznych umożliwiający automatyczną ocenę jakości i kosztów każdego świadczenia medycznego, a filarem systemu stał się EHR, co z definicji umożliwiło bezproblemową wymianę infromacji w całym systemie. Koncepcja ta została zrealizowana w ciągu 5 lat, czyli dokładnie w takim samym czasie w jaki jest wymagany dla pełnego wdrożenia systemu szpitalego Amalga Microsoftu (dane z klinik w USA). W międzyczasie pojawiła się europejska norma EN13606, która znacznie przyspieszy proces wdrożenia w Szwecji, która podąża "duńską drogą". Ostanio do tego grona dołączyła Brazylia i Australia. W obecnej chwili zbudowanie strategii informatyzacji systemu ochrony zdrowia opartej na EHR i nowoczesnym modelu obiegu informacji jest realatywnie prostym zadaniem. Dlatego ja bym zaczął od zera, aby nie zaliczyć "angielskiej wpadki" z której nie podniesiemy się przez wiele lat.

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki