Dyrektor francuskiego ośrodka badania opinii publicznej IFOP, Frederic Dabi powiedział agencji AFP, że sobotnie wydarzenia we Francji mogą umocnić bazę wyborczą liderki skrajnej prawicy Marine Le Pen i zahamować dynamikę wyborczą przywódcy skrajnej lewicy Jean-Luca Melenchona.


Badacz ostrzegł, że należy być ostrożnym, jeśli chodzi o wpływ sobotnich wydarzeń na pierwszą turę wyborów prezydenckich, która odbędzie się w kwietniu 2027 roku. – Jednak to, co się wydarzyło w sobotę pokazuje szok, który nie pozostanie bez konsekwencji – ocenił Dabi.
– Należy poczekać na pierwsze sondaże po 17 października, ale według wszelkiej logiki mogłoby to wzmocnić bazę wyborczą Marine Le Pen w pierwszej turze – prognozuje dyrektor IFOP. Jego zdaniem sobotnie wydarzenia mogłyby też, choć w mniejszym stopniu, poprawić notowania szefa prawicowej partii Republikanie (LR) Bruno Retailleau, który też jest zwolennikiem „twardej linii” (jeśli chodzi o utrzymywania prawa i porządku publicznego-PAP).
Przeczytaj także
Dyrektor IFOP przypomniał, że w 2017 roku wielu ankietowanych nie wyrażało chęci głosowania na Le Pen w obawie przed ryzykiem wybuchu przemocy (tj. gwałtownych protestów-PAP), gdyby wygrała ona wybory prezydenckie. – Jednak przemoc już jest obecna i dziś ich nastrój się zmienił; teraz mówią oni sobie, że ona (Le Pen-PAP) mogłaby na odwrót, wprowadzić w kraju porządek – powiedział socjolog.

W jego ocenie sceny przemocy raczej nie wpłyną na elektorat szefa skrajnie lewicowej Francji Nieujarzmionej (LFI) Jean-Luca Melenchona, ponieważ elektorat ten jest trwały – są to ludzie młodzi, mieszkańcy uboższych dzielnic. Natomiast problemy dla Melenchona mogłyby pojawić się w drugiej turze, ponieważ wówczas do wygranej potrzebne byłoby mu poparcie wyborców z socjaldemokratycznej lewicy.
Zdaniem badacza sytuacja we Francji na sześć miesięcy przed pierwszą turą wyborów prezydenckich jest dziś bezprecedensowa. – Tradycyjne na pół roku wcześniej (przed wyborami-PAP) w kraju następuje uspokojenie, powściągliwość – powiedział socjolog. Jak tłumaczył, zwykle kraj śledzi wówczas prawybory, kandydatów i programy. – Dziś mamy wyraźnie ryzyko eskalacji – ocenił Dabi.
Jego zdaniem obecnie „współistnieją dwie płaszczyzny: scena polityczna, gdzie kandydaci debatują i próbują przekonać” wyborców, oraz scena społeczna, która w tej chwili „absolutnie nie słucha” polityków. Socjolog zwrócił uwagę, że badania opinii publicznej pokazują bardzo wysoki (82 proc.) stopień pesymizmu wśród obywateli, jeśli chodzi o przyszłość. Francja w ostatnich miesiącach doświadczyła kolejnych kryzysów (sytuacja międzynarodowa, wzrost cen ropy, pożary i susza na skutek upalnego lata). Jednocześnie nie ma kandydatów proponujących przełom, jak było to w 2007 i 2027 roku. Z trzech tych powodów – zdaniem dyrektora IFOP – mniej obywateli Francji postrzega przyszłoroczne wybory jako wydarzenie, na którym koncentrowaliby swoje oczekiwania, niezadowolenie czy nadzieje. (PAP)
awl/ kj/
































































