Prezes Jacek Trybuchowski, rządzący Sfinksem od listopada, poinformował, że w IV kwartale firma straciła 204 tysiące klientów w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego, co oznacza spadek liczby transakcji o 12 proc. Dodał, że w tym czasie firma zanotowała stratę rzędu 3,9 mln zł. Najgorzej wiodło się otwartym niedawno pięciu restauracjom na Węgrzech i w Czechach. W 2008 roku przyniosły 5 mln zł straty. Do tego już w kwietniu Sfinks musi się rozliczyć z tzw. opcji walutowych. Może na tym stracić 8 mln zł.
- Mamy 16 milionów złotych przeterminowanych należności. Firma utraciła płynność, wszystkie konta są zablokowane przez banki i komornika - oświadczył Trybuchowski.
Wniosek o upadłość ma zablokować żądania wierzycieli, przywracając spółce możliwość codziennej działalności. Dalsze recepty to zawarcie układu z wierzycielami, dokapitalizowanie spółki, sprzedaż sieci Chłopskie Jadło, zamknięcie biznesu za granicą oraz likwidacja nierentownych restauracji w Polsce. Niestety, nie wiadomo, ilu i gdzie. Tymczasem już teraz restauratorzy mają powody do zmartwień - centrala nie reguluje bowiem czynszów. Lokalom grozi zerwanie umów najmu.
W ubiegłym roku kontrolę nad łódzkim Sfinksem przejęli Amerykanie z koncernu AmRest. Tomasz Morawski, któremu zostało jeszcze 28 proc. akcji, od dawna przekonuje, że został przez nich oszukany. Wczoraj dodatkowo dowodził, że nie ma podstaw do złożenia wniosku o upadłość. Morawski zarzucił prezesa Trybuchowskiego pytaniami o podstawowe liczby. Drwił z szefa spółki, gdy ten gubił się w odpowiedziach lub gorączkowo szukał wsparcia u rady nadzorczej.
Morawski chce odzyskać władzę w firmie. Złożył wniosek o odwołanie czterech członków rady i powołanie nowych, ze sobą na czele. Wczoraj do zamknięcia gazety nie zakończyły się głosowania w tej sprawie.
POLSKA Dziennik Łódzki
Piotr Brzózka



























































