Dowództwo Południowe armii USA (SOUTHCOM) poinformowało w czwartek, że dwie osoby zginęły w ataku na kolejną podejrzaną łódź przemytników narkotyków na wschodnim Pacyfiku. Działania armii w tej kwestii kwestionuje część prawników i wojskowych oraz organizacje praw człowieka.


„5 lutego, na rozkaz dowódcy SOUTHCOM, generała Francisa L. Donovana, Połączone Siły Zadaniowe Southern Spear przeprowadziły śmiertelny atak kinetyczny na statek obsługiwany przez organizacje terrorystyczne” – przekazał SOUTHCOM na platformie X. Podkreślono, że w operacji nie ucierpiał żaden amerykański żołnierz.
W sumie w atakach na podejrzane łodzie przemytników narkotyków w ramach kampanii o kryptonimie Operacja Southern Spear zginęło już co najmniej 119 osób. Administracja prezydenta Donalda Trumpa podkreśla, że celem tych działań jest walka z kartelami narkotykowymi, z którymi – jak podkreśla Biały Dom – USA są w „konflikcie zbrojnym”.
Od czasu rozpoczęcia operacji we wrześniu legalność ataków bada Kongres. Wielu obecnych i byłych prawników wojskowych podważa legalność operacji podejmowanych przez amerykańską armię. Podkreślają m.in. stosunkowo niedużą liczbę dowodów na to, że zabici byli powiązani z kartelami narkotykowymi lub że na każdej z zatopionych łodzi były narkotyki.
Część członków Kongresu, a także niektóre organizacje praw człowieka kwestionują też podstawy ataków i argumentują, że potencjalni przemytnicy narkotyków powinni stanąć przed sądem zgodnie z polityką zwalczania handlu narkotykami prowadzoną przez USA przed ponownym objęciem urzędu prezydenta przez Trumpa.
CNN przypomniała, że rodziny dwóch mężczyzn, którzy prawdopodobnie zginęli w wyniku ataku przeprowadzonego przez armię w październiku ub. roku, złożyły w zeszłym tygodniu pozew przeciwko rządowi USA. Oskarżyły administrację o bezprawne zabójstwo i egzekucję mężczyzn bez wyroku sądu.
Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)
ad/ piu/
























































