Indyjskie drogi śmierci

Na indyjskich drogach trwa czarna seria wypadków autobusowych. Najczęściej zdarzają się na niebezpiecznych i źle utrzymanych himalajskich trasach. Zawodzą stare, często przeładowane autobusy. Kierowcy pracują ponad siły i nie przestrzegają norm, bo tych brak.

(fot. Diego Cupolo / Forum)

Na zakręcie światła nocnego autobusu najpierw prześlizgują się po pionowej ścianie, żeby zaraz wsiąknąć w czeluść pustki. Droga do Manali w północnych Indiach wiedzie skalną półką wykutą kilkadziesiąt metrów nad dnem doliny.

W nocy nie da się podziwiać Himalajów. Na kolejnym zakręcie autobus wybija się na wyrwie i uderza w ogromny kamień na skraju drogi. Kierowca klnie siarczyście, przekrzykując muzykę ustawioną na maksymalną głośność, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Pasażerowie śpią na twardych ławkach w pojeździe z lat 80., który jest stalową klatką osadzoną na masywnym podwoziu.

Na zjeździe na postój hamulce piszczą przeciągle, jakby stara Tata 1510 była małym pociągiem a nie autobusem. "Za każdym razem sprawdzamy hamulce i hydraulikę. To stara konstrukcja, ale daje radę na tych drogach" - opowiada PAP Anil Chauhan, wpatrując się półprzytomnym wzrokiem w szklankę słodkiej herbaty z mlekiem.

45-letni Anil jest kierowcą od dwudziestu kilku lat. Jeździł najpierw w Pendżabie, a teraz w górskim stanie Himaćal Pradeś. "Tutaj znalazłem żonę i zacząłem jeździć w górach" - mówi ze śmiechem. "Miłość bywa niebezpieczna, ale kto o tym myśli? Czy człowiek naprawdę może wybierać?" - dodaje.

Pendżab był całkiem łatwą fuchą. Anil pracował najpierw jako konduktor, wtedy był ledwie nastolatkiem, i dopiero po kilku latach przyuczył się do zawodu kierowcy. "Pendżab był łatwy, bo płaski, ale góry, to zupełnie co innego. Wyższa szkoła jazdy" - przyznaje.

Drogi w Himaćalu nie poprawiły się za bardzo przez te dwadzieścia lat. "Rząd buduje autostrady wokół Delhi, a jak w górach coś się raz zbuduje, to ma przetrwać wieczność" - ocenia, dodając, że nikt nie łata dziur i nie naprawia barierek po wypadkach.

Według oficjalnych danych między 2015 i 2017 r. w Indiach było ponad 110 tys. wypadków, w których zginęło ok. 34 tys. osób, w tym 11 tys. pasażerów autobusów. W liczbach bezwzględnych Indie przodują w światowych statystykach. Jednak według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia średnia ofiar na 100 tys. mieszkańców plasuje Indie (16,8) blisko Polski (14,7). Najgorzej jest w Erytrei (48,4), Wyspach Cooka (45,0) i Egipcie (41,6).

Na początku lipca zginęło 29 osób na drodze szybkiego ruchu pod Agrą, gdzie autobus runął do pobliskiego kanału, a w stanie Dżammu i Kaszmir w mikrobusie straciło życie 35 pasażerów. 21 czerwca ze zbocza w dolinie Kullu spadł autobus; zginęły 44 osoby. Media opublikowały zdjęcia sprasowanego dachu wbitego w podwozie.

"Autobus był przeładowany. Ludzie siedzieli na dachu" - mówi PAP Sushil Kumar, kierowca długodystansowego autobusu na trasie z Delhi do Manali. "To był lokalny przewoźnik, a właściciele zmuszają kierowców do brania jak największej liczby pasażerów" - mówi.

"Czasami konduktorzy z kierowcami biorą więcej ludzi i zaniżają liczbę sprzedanych biletów przed właścicielem" - wtrąca się Bijay Lama, pasażer czekający na autobus do Dharamsali. "My nie mamy wyboru, bo kto będzie czekał na następny lokalny autobus?" - dodaje i zaczyna kłócić się z Sushilem, który uważa, że problem leży tylko po stronie chciwych przewoźników.

"Człowiek jest zmęczony, a musi jechać. Kierowca przyjeżdża po 8-10 godzinnej trasie, śpi cztery godziny i ma znów siadać za kierownicę. Z chciwości, z własnej woli? Gdzie tu logika?" - oburza się Sushil.

Indyjskie przepisy nie wymagają od przewoźników rezerwowego kierowcy lub ściśle określonych przerw w trasie. Kierowca Anil zazwyczaj staje po 5-6 godzinach. "Czasami to po prostu zła droga, dziura lub zerwana droga. Można się odbić od wielkiego kamienia, który spadł na drogę. Może zdarzyć się wszystko" - mówi młody konduktor jeżdżący z Anilem. "Można mieć po prostu pecha" - dodaje.

"Nie jest dobrze mówić o wypadkach" - rzuca szybko Anil. Macha ręką zdegustowany i nagle wstaje od stołu. Trzeba jechać dalej.

Z Delhi Paweł Skawiński (PAP)

pas/ klm/ mars/

Źródło: PAP
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
13 2 mooooo

Wczoraj boeing podał do publicznej wiadomości swój dug który wynosi 4.9 miliarda ale po księgowej korekcie wyszło 3.6 miliarda !! Ale są historyczne szczyty i stabilne wzrosty a opinie publiczna trzeba skierować na inne tory ,, np

! Odpowiedz
0 26 jkendy

Tak programiści najnowszego Boeinga 737 MAX dojeżdżają do pracy więc nic dziwnego, że jest uziemiony.

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,9% VII 2019
PKB rdr 4,4% II kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,2% VII 2019
Przeciętne wynagrodzenie 5 057,82 zł V 2019
Produkcja przemysłowa rdr -2,7% VI 2019

Znajdź profil