Od czasu giełdowego debiutu w maju 2012 roku Facebook Inc. budzi emocje inwestorów, dla których spółka stała się symbolem hossy. Dla innych FB jest przejawem oderwania rynku od rzeczywistości i synonimem internetowej bańki w wersji 2.0.
Giełdowa wycena Facebooka wynosi niemal 183 miliardy dolarów. Liczący sobie 10 lat portal społecznościowy wart jest więcej niż Toyota, Coca-Cola, Citigroup czy AT&T. Absurd? Bardzo możliwe, jeśli wziąć pod uwagę relację kapitalizacji FB do wypracowanych zysków. W 2013 roku firma Marka Zuckerberga zarobiła 1,5 mld dolarów, co implikuje wycenę na poziomie 122-krotności zysków za ostatnie cztery kwartały.
Jest to wycena kosmiczna. Gdy relacja ceny do zysku na akcję (C/Z) przekracza 20, taką akcję uważa się za drogą. Powyżej 25 rozpoczyna się terytorium określane mianem „bańki spekulacyjnej”. W stratosferze orbituje też wycena Facebooka w zestawieniu z jego sprzedażą – akcje FB notowane są po 16,8-krotności raportowanych przychodów. To jeden z wyższych wyników wśród spółek notowanych na Wall Street.
Jest drogo. Coraz drożej...
To wszystko nie przeszkadza kursowi Facebooka bić nowych rekordów. Podczas wtorkowej sesji za jedną akcję FB płacono rekordowe 72,59 USD. Od początku roku kurs internetowej spółki wzrósł o 32%, podczas gdy indeks S&P500 zyskał tylko 1%. W ciągu ostatnich 12 miesięcy akcje Facebooka dały zarobić 156% (!) i podwoiły cenę, po której w atmosferze skandalu debiutowały na giełdzie.
Kurs akcji Facebook Inc.
Takie tempo wznoszenia wyceny FB zaskoczyło większość i tak nader optymistycznych analityków. Wśród 43 rekomendacji wystawionych spółce 33 brzmi „kupuj”, 5 „przeważaj” (czyli też kupuj) i 5 „trzymaj”. Ani jeden analityk z Wall Street nie zaleca „sprzedaj” lub choćby „niedoważaj”. Co więcej, kurs Facebooka niemal zrównał się ze średnią ceną docelową (72,7 USD) zawartą w powyższych rekomendacjach. Teraz analitycy muszą albo podwyższyć ceny docelowe, albo wycofać zalecenia „kupuj”. Stawiałbym na pierwszą z tych alternatyw.
Bo to „nowa gospodarka” jest
Wielu inwestorów nie pamięta już, co działo się pod koniec XX wieku. Wtedy Wall Street opanowała dotcomowa gorączka, zwana też bańką internetową. Wystarczyło, aby spółka miała w nazwie „.com”, aby po giełdowym debiucie jej kurs rósł o setki procent. Inwestorzy nie patrzyli na ani zyski (bo ich nie było), ani na przychody (tych często też nie było), ani nawet na spójność biznesplanu. Wystarczyło, że firma reprezentowała nową, opartą na wiedzy internetową gospodarkę. Wieszczono, że Internet zastąpi wszystkie tradycyjne branże.
Bańka internetowa pękła z hukiem, a indeks spółek technologicznych Nasdaq do dziś nie wrócił do szczytu z roku 1999. Ale to, co teraz dzieje się na Wall Street, powoli zaczyna przypominać wydarzenia sprzed przeszło 15 lat. Inwestorzy płacą każdą cenę za nierentownego Twittera, a Facebook za równowartość 19 mld USD kupuje banalną aplikację na smartfony.
W tym szaleństwie wycena Facebooka na poziomie 120-krotności raportowanych zysków wcale nie jest najbardziej jaskrawą aberracją. Lecz z pewnością największą. Rynek potrafi przez długi czas podtrzymywać złudne nadzieje inwestorów Szansa, że w ciągu kilku kwartałów Facebook potroi zyski, nie jest zerowa. Ale gdybym miał 180 mld dolarów, wolałbym kupić akcje trochę już wiekową Coca-Colę niż modnego Facebooka.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl





























































