Protestujący w Warszawie związkowcy największe emocje wzbudzają chyba tylko wśród dziennikarzy oraz samych warszawiaków. Rządzący politycy nawet nie udają, że zależy im na jakimkolwiek porozumieniu. Obie strony pokazują, jak wyraźnie brakuje im realnych powodów, które mogłyby wywołać prawdziwy konflikt.
Wprawdzie lider "Solidarności" Piotr Duda zapowiadał, że ostatnia środa będzie się premierowi Tuskowi śniła po nocach, ale stopień społecznego oburzenia nie wskazuje raczej na to, by choćby dziesiąta część Polaków miała stawać murem za związkowcami i wyjść z nimi na ulice.
Bezideowi związkowcy
Nie ma się czemu dziwić, skoro wiele z haseł wypisywanych na związkowych sztandarach (m.in. podwyższenie płacy minimalnej, rezygnacja z elastycznego czasu pracy, ograniczenie umów zlecenie i o dzieło) może mieć negatywne skutki dla rynku pracy, firm oraz bardziej ogólnie - gospodarki. Zatem byłby to strzał we własne kolano. Kilka pozostałych haseł (m.in. poprawa funkcjonowania służby zdrowia, polityka nastawiona na tworzenie miejsc pracy), które brzmią rozsądniej, wydaje się, że zostało dołączonych dołączona nieco na siłę, aby zrobić dobre wrażenie. Trzeba bowiem pamiętać, że związkowcy rozsierdzili się dopiero wtedy, gdy rząd, bez konsultacji ze związkami przygotował i przeprocesował w parlamencie zmiany w kodeksie pracy.
Nawet jeśli by jednak uznać te najważniejsze postulaty związkowców za słuszne, to trzeba zauważyć, że są one jedynie nawoływaniem do usuwania objawów głębszej choroby, jaka toczy polską gospodarkę. I tak jak leczenie kataru i kaszlu nie wyleczy nas z grypy, lecz jedynie spowoduje zniknięcie objawów i późniejszy nawrót choroby w ostrzejszej formie, tak efektem realizacji związkowych postulatów będzie późniejsza zapaść polskiej gospodarki.
To już nie są niestety lata 80., kiedy związki zawodowe walczyły o wolność, równość i braterstwo, które to idee potrafiły połączyć ogromne rzesze ludzi. I za idee te trzeba było zapłacić często cenę wolności, a czasami i życia. Teraz związkowcy skupiają się na walce o własne, partykularne interesy, które niestety nie przyniosą pozytywnych skutków ani dla nich samych, ani dla ogółu zatrudnionych i przedsiębiorców. Trudno zatem, aby te protesty wywołały większe poruszenie w społeczeństwie i jego publiczny sprzeciw wobec aktualnej władzy. Inaczej mogłoby być, gdyby związkowe poruszenie nastąpiło z hasłami reform gospodarczych, które miałyby na celu naprawę źródeł problemów, jakie trapią polską gospodarkę, a jakich rząd nie chce realizować.
Polityka nie powinna być transakcją
Kryzys związków zawodowych idzie niestety w parze z kryzysem klasy politycznej. Także bowiem wśród polityków można zauważyć brak wierności określonym ideom czy celom, których realizacji polityk powinien się poświęcać w służbie dobra wspólnego, a następuje ukierunkowanie na realizowanie własnych interesów, lub po prostu na jak najdłuższe utrzymywanie się przy władzy i czerpanie z niej określonych korzyści osobistych. Obietnice i programy przedwyborcze traktowane są tylko jako instrument do zdobycia władzy, o których można po wyborach zapomnieć.
"Gazeta Wyborcza" publikuje dzisiaj ciekawy wywiad z Aung San Suu Kyi, birmańską laureatką pokojowej nagrody nobla, która jest żywą legendą oporu wobec birmańskiej junty. Ang San Suu Kyi zapłaciła za swój opór cenę 15 lat aresztu domowego, bez kontaktu z mężem i dziećmi. Ciekawa sprawa, że birmańska noblistka nie widzi tego okresu izolacji jako ceny, którą zapłaciła za opór wobec dyktatury armii. Jak sama mówi, był to jej własny wybór, robiła po prostu to, co uważała za słuszne.
"Wybór polityczny nie powinien polegać na tym, że czegoś się oczekuje w zamian, nagrody, albo choćby uznania dla siebie. Polityczne zaangażowanie polega na dawaniu czegoś z siebie wspólnocie. Polityka nie powinna być transakcją." - mówi noblistka. Niestety, na własne oczy możemy zobaczyć, jak bardzo wierności tego typu przekonaniom brakuje naszym politykom. Przykładów nie trzeba daleko szukać. Jedna z partii traktuje państwo jako swój prywatny folwark. Choć dziennikarze ujawniają dowody takiego postępowania i wydawałoby się, że cała partia powinna udać się w polityczny niebyt, wciąż bierze udział w rządzeniu. To tylko jeden z jaskrawych przykładów. Nie sądzę, żeby inne ugrupowania polityczne, które znajdowały się przy władzy, miały postępować lepiej.
Prawda i autentyczność
Zarówno związkowcom, jak i politykom, brakuje prawdy i autentyczności. Bowiem tylko walka o prawdę, będąc jednocześnie jej autentycznym świadkiem, może być skuteczna, połączyć ludzi i przynieść pozytywne efekty.
A tak wypada przyznać rację Marksowi, który powiedział kiedyś: Historia lubi się powtarzać - pierwszy raz jako tragedia, drugi jako farsa. Przed rokiem 1989 mieliśmy do czynienia z tragedią. Na naszych oczach historia powtarza się jako farsa.
Marcin Dziadkowiak
Zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl



























































