Zamieszczony na Youtube film przedstawiający płonący samochód Tesli poważnie wystraszył inwestorów. Podczas wczorajszej sesji akcje firmy Elona Muska potaniały o ponad 6%.
Do pożaru doszło na przedmieściach Seattle, na drodze stanowej nr 167. Chociaż osobie kierującej pojazdem nic się nie stało, widok najnowszego dziecka Tesli stojącego w płomieniach na nowo obudził obawy o bezpieczeństwo samochodu o napędzie elektrycznym.
Jak wynika z oświadczenia samej spółki, jego przyczyną były nie problemy z baterią, lecz zderzenie z „dużym metalowym obiektem leżącym na środku drogi”. Zdaniem Tesli, dzięki odpowiedniemu zaprojektowaniu Modelu S, ogień nie dostał się do środka pojazdu.
Jak przypominają amerykańskie media, w już prospekcie emisyjnym Tesla przyznała, że płonące baterie (zdarzały się zapłony baterii Chevroletów Volt), jak i nagłaśniane przez media przypadki płonących laptopów i telefonów, budzą niepokój zarówno władz, jak i producentów. Jak zapewniała wówczas Tesla, prace nad stworzeniem bezpieczniejszych baterii litowo-jonowych lub opracowaniu nowych baterii wciąż trwają.
Uspokajające sygnały płynące ze spółki poprawiły nieco nastroje wśród inwestorów. Ostatecznie akcje Tesli zakończyły dzień pod kreską o 6,24%, choć w trakcie notowań traciły nawet 7,3%. Obecnie jedna akcja kalifornijskiego producenta samochodów wyceniana jest na 180,95 dolarów. Oznacza to, że od momentu debiutu w lecie 2010 r., walory Tesli zdrożały o 964%.
/mz

























































