Nowojorskie indeksy zanotowały drugą spadkową sesję z rzędu, kontynuując odwrót z lokalnych szczytów. Popularny na Wall Street miernik nastrojów ponownie zawitał na polu „chciwość”, choć inwestorów niepokoiła sytuacja na rynku długu USA.


Indeks S&P500 zakończył środową sesję na poziomie 5 844,51 punktów, co oznaczało spadek o 1,61%. Nasdaq Composite zniżkował o 1,41%, kończąc na poziomie 18 872,64 pkt. Dow Jones oddał 1,91% i zszedł na wysokość 41 860,44 pkt.
Na Wall Street był to drugi spadkowy dzień z rzędu, pogłębiający wtorkowe odejście z blisko trzymiesięcznych maksimów. Dzień wcześniej oznaczało to przerwanie sześciu wzrostowych sesji z rzędu i lokalne przesilenie w ramach trwającego od 9 kwietnia odreagowania wcześniejszych, gwałtownych spadków.
ReklamaZobacz także
W rezultacie kwietniowo-majowego odreagowania obliczany przez CNN indeks strachu i chciwości w zaledwie kilka tygodni przeszedł z terytorium „ekstremalnego strachu” do „chciwości” (ale jeszcze nie ekstremalnej), osiągając przy tym najwyższą wartość punktową od października. Sugerowałoby to, że rynek może i nie jest już tak sparaliżowany strachem jak jeszcze w kwietniu, ale też nie osiągnął stanu euforii. Póki co jest to pierwszy sygnał ostrzegawczy dla giełdowych byków.
Drugim jest sytuacja na rynku Treasuries, gdzie od początku maja obserwujemy szybko rosnące rentowności obligacji Wuja Sama. W przypadku papierów 10-letnich podniosły się one z blisko 4,1% do niemal 4,6%. To ruch o 50 pb. wykonany w raptem trzy tygodnie. Jeszcze bardziej niepokoją 30-letnie obligacje rządu USA, których dochodowość w terminie do wykupu (YTM) wzrosła z niespełna 4,4% w kwietniu do blisko 5,1% podczas środowej sesji. Był to najwyższy poziom od października 2023 roku i już niezbyt odległy od ówczesnego wieloletniego maksimum na poziomie 5,17%.
Na Wall Street coraz częściej mówi się o fatalnej sytuacji fiskalnej rządu Stanów Zjednoczonych, zadłużonego na przeszło 120% PKB i trzeci rok z rzędu raportującego deficyty fiskalne przekraczające 6% PKB. Do tego prezydent Donald Trump naciska republikańską większość w Kongresie, aby przedłużyła uchwalone w 2017 roku ulgi podatkowe jego autorstwa.
Analitycy szacują, że zmniejszyłyby one wpływy do kasy państwa o 3-5 bilionów dolarów w ciągu najbliższych lat. To oznaczałoby konieczność zwiększenia podaży obligacji skarbowych, za co rynek długu może zażądać wyższej premii (co zresztą właśnie robi). Przy tym poziomie zadłużenia (36,2 bln USD) i potężnych kwotach pochłanianych na wypłatę odsetek (to już przeszło bilion dolarów rocznie) obniżanie podatków bez przynajmniej równie mocnego cięcia wydatków to balansowanie na cienkiej linie rozwieszonej ponad finansową przepaścią.
Pierwszym ostrzeżeniem była środowa aukcja obligacji 20-letnich opiewająca na 16 mld dolarów. Aby znaleźć nabywców na całą pulę, Departament Skarbu musiał się zgodzić na rentowności w części przypadków przekraczające 5%. Było to aż o 24 pb. więcej niż podczas aukcji kwietniowej. Oraz już niewiele mniej od rentowności papierów 30-letnich, a więc o znacznie dłuższym terminie zapadalności.




























































