Ach, gdyby można było tylko wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet i... przenieść się daleko na południowe morza... Niestety, aby odkryć tropikalne uroki niewielkiego Belize i rozkoszować się bogactwem i różnorodnością tamtejszej kuchni, o bilet trzeba zadbać w pierwszej kolejności, a i bagażu lepiej przypilnować podczas licznych przesiadek lotniczych.
Gdy przed wyjazdem staraliśmy się o ubezpieczenie podróży u agenta w Polsce, ten stwierdził, że cel naszej wyprawy to zapewne część Hiszpanii niedaleko Wysp Kanaryjskich. Podobnie zareagował przedstawiciel sieci komórkowej, gdy chcieliśmy uzyskać informacje na temat roamingu; długo szukał Belize w tabeli dla Hiszpanii, następnie dla Portugalii, a później stwierdził, że oddzwoni, jak mu się uda znaleźć. Zrobił to dopiero po kilku godzinach.

Faktem jest, że ten niewielki kraj, który dopiero w latach 80. ubiegłego wieku uzyskał niepodległość, nie jest popularnym miejscem do wakacyjnych wypadów. Polscy miłośnicy Karaibów i okolic najczęściej wybierają Dominikanę. Aby się dostać do Belize z Europy, trzeba zaplanować przesiadkę w Stanach, najlepiej w Houston, i stamtąd, po trzech godzinach lotu w poprzek Zatoki Meksykańskiej i Jukatanu, można osiągnąć rozgrzaną słońcem płytę maleńkiego lotniska w Belize City. Stamtąd, najszybciej i najpewniej awionetkami bądź taksówkami wodnymi, dociera się do miejsc na półwyspach wzdłuż wybrzeża i na wyspach na północy kraju, gdzie zwykle udają się turyści ze Stanów i z Europy.
Tysiące powodów, aby odwiedzić Caye Caulker
Ta malutka wysepka o szerokości kilometra i niewiele większej długości z trudem mieści polowy pas startowy, na którym mogą lądować niewielkie awionetki. Większość ruchu odbywa się poprzez wodną przystań taksówkową, do której co godzinę cumują ośmiometrowe łodzie wyposażone w potężne pary silników, tak aby dać radę morskim falom z osobowym ładunkiem na pokładzie. Niespełna tysiąc rodowitych mieszkańców wysepki toczy spokojne życie, którego rytm wyznaczają pory roku: deszczowa, od maja do grudnia, i sucha – przypadająca na pozostałe miesiące. Ale nawet w szczycie sezonu, czyli na Nowy Rok, nie ma tutaj natłoku turystów, a życie toczy się w mocno zwolnionym tempie, zgodnie z obowiązującymi znakami drogowymi Go Slow, które regulują ruch rowerów i wózków golfowych, bowiem wszelki inny ruch kołowy jest nieobecny na piaszczystych ulicach wyspy.

Swoją sławę wyspa zawdzięcza pobliskiej rafie koralowej i lagunom wzdłuż wybrzeża, w których zadomowiły się tysiące gatunków morskiej fauny. To tutaj odławia się największą ilość karaibskich homarów. One właśnie są szczególnie cenione przez znawców frutti di mare z powodu delikatności mięsa. Stąd, z najstarszej w Belize spółdzielni rybackiej, od lat wywoziło się mięso z homarów do najlepszych restauracji w Stanach, w tym do osławionego Red Lobster. Z roku na rok jednakże odłów homarów się zmniejsza, bo ich zasoby w wodach przybrzeżnych się kurczą. Rybacy zmuszeni są szukać nowych zawodów związanych z obsługą ruchu turystycznego, zajmują się m.in. bardzo popularnym nurkowaniem na rafie. Homarów jest jednak jeszcze wystarczająco dużo, aby codziennie świeże trafiały na stoły licznych na wyspie restauracji specjalizujących się w lokalnej i międzynarodowej kuchni.
Sierpień to idealny miesiąc na wyprawę po homary: właśnie zaczyna się sezon ich odłowu, a pora deszczowa ustępuje na krótko słońcu. Gdy rozpocznie się pora sucha, znikną ze stołów, są bowiem objęte czteromiesięcznym okresem ochronnym umożliwiającym zachowanie gatunku.

Homarowy pojedynek: Habaneros przeciwko Wish Willi’s
Do restauracji Habaneros nietrudno trafić, położona na First Street, niedaleko przystani wodnych taksówek w centrum wyspy, od razu przyciąga wzrok malowniczym tarasem i ostrym zestawieniem kolorów. Właściciele, amerykańskie małżeństwo Darren i Wendy Casson, dbają, aby goście czuli się tutaj naprawdę dobrze. Wystrój, muzyka, potrawy i serwis tworzą niepowtarzalną, egzotyczną ucztę, dla której warto tu przyjechać. Nigdzie na wyspie tak miło nie płynie czas. Aż żal, że po godzinie 10 wieczorem lokal – jak wszystkie tutaj – zaczyna pustoszeć. Między stolikami krząta się sympatyczna miejscowa kelnerka, która chętnie pozuje do zdjęcia.
Za wygląd i nastrój Habaneros zdobywa 10 punktów na 10 możliwych do zdobycia. Wśród pozostałych, licznie reprezentowanych, restauracji na wyspie do pojedynku z Habaneros może stanąć jedynie Wish Willy’s. Nie trafilibyśmy tutaj, gdyby nie poleciła nam jej młoda Belgijka, którą spotkaliśmy podczas wyprawy na rafę koralową. Wish Willy’s znajduje się bowiem w małym zaułku na końcu wyspy, do którego z rzadka trafiają turyści. Sama restauracja to raptem kilka stołów rozłożonych na piaskowym dziedzińcu lekko zaniedbanej posesji, oświetlonej lampami naftowymi i świeczkami stojącymi na stołach. W głębi widać wielki grill, a na nim swieżo dostarczone homary, krewetki i ryby. Wśród gości krząta się właściciel Willy, który z każdym chętnie rozmawia nie tylko o umiejętnościach swojego kucharza. Po chwili okazuje się, że Willy nie tylko wie, gdzie jest Polska, ale odwiedził Kraków i Warszawę podczas wyprawy do Europy, na którą namówił go polski kolega z czasów, kiedy mieszkał w Chicago. Za znajomość „na zdrowie” i wiedzę o Krakowie Wish Willy’s otrzymuje 8 punktów.

Remis palce lizać
Przejdźmy teraz do samych potraw: Habaneros zaczyna od przystawki w postaci krewetek w sosie Calun chili, reklamowanym jako najostrzejszy na świecie. Pikantność sosu łagodzi delikatny smak świeżych krewetek i chlebek pieczony na patelni, dając fantastyczne połączenie. Danie główne to kombinacja mięsa z homara z krewetkami, całość marynowana w dzikim oregano i w czosnku z dodatkiem imbiru, mleczka kokosowego i sosu melonowego. Wszystko podawane z aromatyzowanym ryżem. W potrawie można dostrzec nutki kuchni włoskiej, podobno kucharze Habaneros przeszli praktyki w najlepszych restauracjach w Portofino. Efekt końcowy imponujący. Za smakowitość potrawy 8 na 10 punktów.
Wish Willy’s stawia na kuchnię prostszą: na przystawkę sałatka ze świeżych ogórków w sosie lemonowym z dodatkiem imbiru. Główne danie to pieczony na grillu ogon homara w sosie, którego bogactwo składników jest tajemnicą restauracji. Czy może być coś bardziej świeżego niż złowiony tego samego dnia homar podany w taki sposób? Prostota i świeżość są głównymi atutami. Dodatek do dania to pieczony na grillu ziemniak, który smakuje niczym z ogniska na Mazurach. Całość rewelacyjna, zwłaszcza że na koniec uczty dostajemy dodatkową porcję krewetek z grilla i dwa homary. Widać kucharz przecenił liczbę gości tego dnia. Dziesięć punktów bez żadnych wątpliwości.
Możemy ogłosić remis na najwyższym poziomie. Nigdzie indziej na wyspie ani w innych miejscach w Belize – w San Ignacio przy granicy z Gwatemalą, niedaleko ruin największego miasta Majów, Tikal, zamieszkanego już 800 lat przed Chrystusem, ani w Plazenti – nie udało nam się trafić na równie rozkoszne potrawy, choć większość była naprawdę wyśmienita. Na samo wspomnienie słodyczy świeżych owoców: ananasów, mango, i melonów, podawanych na śniadania, chciałoby się tam wrócić. No cóż, może się tam jeszcze kiedyś wybierzemy...?
Tekst: Thomas Sanski

























































