Gdy jeden człowiek decyduje o losach milionów, zwykle nie kończy się to dobrze. Obawiam się, że „superministerstwo” rozwoju powieli błędy centralnego urzędu planowania rozdzielając unijne i publiczne pieniądze według własnego uznania. Koncentracja w jednym miejscu władzy nad „uspołecznioną” częścią polskiej gospodarki uważam za pomysł co najmniej ryzykowny. Nawet rynek często się myli w typowaniu perspektywicznych spółek, a co dopiero wąskie grono ekspertów i urzędników. Czynnikiem ryzyka jest też rozdzielność z ministerstwem finansów, przez które przepływa zdecydowana większość dochodów i wydatków państwa.
Nawet tak kompetentny i doświadczony menedżer, jakim bez wątpienia jest Mateusz Morawiecki, może nie podołać temu zadaniu. Moje wątpliwości budzi też brak precyzyjnie określonych kompetencji superministerstwa. Nie kupuję ogólników, że „będzie koordynować całość polityki gospodarczej”. Poza tym obawiam się także, że „otrzaskany” w rozgrywkach korporacyjnych Morawiecki może polec w walce z zaprawionymi w bojach działaczami partyjnymi, dla których lokalne układy i zobowiązania są ważniejsze od dobra kraju. A takich ludzi w każdej partii nie brakuje.
Mateusz Morawiecki w roli kierownika superresortu gospodarczego może się za to okazać bardzo pożytecznym bezpiecznikiem dla co bardziej nierozsądnych pomysłów nowego rządu. Jego rola głównego blokującego pomysły pisowskich aktywistów może być kluczowa. Ostatnim takim człowiekiem był Leszek Balcerowicz, który w rządzie AWS-UW ukrócał wydatkowe zapędy posłów obozu rządzącego… w tym niektórych polityków tworzących później PiS.
Tekst jest komentarzem do artykułu pt. "Przeprowadził BZ WBK przez kryzys, jakim ministrem rozwoju będzie?"



























































