|
| Fot. mk |
Europejczykom z reguły Etiopia kojarzy się tylko z biedą, głodem i przemocą, a przecież cały czas rozwija się tam wspaniała kultura, która odkrywana jest na Zachodzie dopiero teraz. W zeszłym roku miałem przyjemność pojechać razem z żoną do Etiopii - wspomina Elvis Costello. - To piękne państwo. Miasta są pełne muzyki i życia, a na wsi możesz odnaleźć spokój i naturalne środowisko, nienaruszone od tysięcy lat. Odkryłem również muzykę pop, która ma zupełnie wyjątkowy charakter, bo państwo było odcięte od świata przez wiele lat. Poleciłbym ją wszystkim, którym mija zainteresowanie world music. Okoliczności, w jakich powstawała, kiedy monarchia traciła władzę na rzecz nowego reżimu 30 lat temu, sprawiły, że muzyka tętniła niezwykłym życiem. Była wzruszająca i bardzo piękna.
Poszukiwana, poszukiwany
Prawie dwadzieścia lat temu nagrania z tamtych czasów postanowił odnaleźć francuski wydawca i właściciel klubu Francis Falceto. W 1983 roku jego znajomy przywiózł z tournee teatralnego po Afryce album Mahmouda Ahmeda „Ere Mela Mela”. Puścił go na próbę na imprezie i wszyscy byli zachwyceni. Natychmiast rozesłał kopie na kasetach po znajomych dziennikarzach i postanowił ściągnąć muzyków z Etiopii na koncerty we Francji. Niestety, sytuacja w Etiopii wciąż była pod kontrolą komunistycznego reżimu wojskowego Mengystu Hajle Marjama i mimo usilnych starań plan się nie powiódł. Za to z pierwszej podróży przywiózł masę starych płyt, postanowił skompilować album Mahmouda Ahmeda dla belgijskiego Crammed Disc i zaczął pracować dla Buda Musiques nad serią „Etiopiques”, prezentującą całe bogactwo tej zupełnie nieznanej i zapomnianej sceny. Najpierw odnalazł w Waszyngtonie Ahma Eshete, właściciela najważniejszej w tamtym czasie prywatnej wytwórni Ahma Records, która miała w swoim katalogu wszystkie znakomitości - Mulatu Astate, Mahmoud Ahmed, Alemayehu Eshete, Getatchew Kassa. Interes rozkręcał w wieku 24 lat, kiedy monopol na wydawanie muzyki miał państwowy Agher Feqer Mahber, a wszelka działalność na własną rękę była prawnie zabroniona. Ryzyko mu się opłaciło - przez dziewięć lat wydał ponad pół tysiąca tytułów i rozkręcił jedno z najciekawszych zjawisk w tamtej części geograficznej. Z przyjemnością odstąpił teraz prawa Falceto, który chciał pokazać tę muzykę całemu światu.
Baza muzyczna
Zamknięcie Etiopii przez wieki na świat zewnętrzny miało swoje dobre strony. Przez trzy tysiące lat kraj nigdy nie był kolonią, jedynie przez pięć lat przed wybuchem II wojny światowej znalazł się pod włoską okupacją. Okoliczności historyczne i warunki naturalne sprawiły, że jego kultura rozwijała się zupełnie inaczej, niepodobnie do innych państw afrykańskich. Dobrze widać to właśnie na przykładzie muzyki, która jest pod większym wpływem Europy, od kiedy cesarz Hajle Syllasje w latach 30-tych, zachwycony sekcją dętą muzyków armeńskich, zaprosił ich do orkiestry dworskiej i poprosił o skomponowanie hymnu. Pod jego rządami przez lata jedynymi zespołami w kraju były państwowe orkiestry żołnierzy, policji, straży przybocznej, zarządu miejskiego i teatru, które grały tylko marsze. Przyjeżdżali je szkolić muzycy z Włoch, Francji, Szwajcarii i Austrii. Po wojnie w Asmara w Erytrei powstała baza korpusu pokojowego Kagnew Station, w której stacjonowały amerykańskie wojska. Młodzi żołnierze przywozili płyty swingujących orkiestr Glenna Millera i Caba Callowaya, króla rock'n'rolla Elvisa Presleya czy legendy soul Otis Reading i funku - Jamesa Browna. Do dziś mieszkańcy tamtych okolic mają niesamowite kolekcje rzadkich winyli z tzw. „Kagnew music”. Nowa muzyka coraz bardziej rozprzestrzeniała się po kraju, a ci, którzy grali w orkiestrach, uczyli się nowych popularnych utworów: „Desperados”, „Mambo no. 5”, „Screaming Trumpets” i myśleli o zakładaniu swoich zespołów z repertuarem rozrywkowym. Wkrótce również doskonali wokaliści - Tlahoun Gessesse, Bzunesh Beqele, Hirut Beqele, Menelik Wesnatchew - ze śpiewaków orkiestrowych mieli wyrosnąć na gwiazdy pop.
W tanecznym rytmie
Podobnie jak na całym świecie, również w Etiopii nowe pokolenie po wojnie chciało głośno i jasno zaznaczyć swoją obecność. Po zamachu w grudniu 1960 cesarz Hajle Syllasje zdał sobie sprawę, że państwo zaczyna wymykać mu się spod kontroli. Najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi obywateli od wszczynania buntów wydało mu się przyznanie im większych swobód i pozwolenie na dobrą zabawę. Drugim ośrodkiem rozrywkowym po Asmarze stała się oczywiście stolica - Addis Abeba. Doskonale wciąż pamięta tamte czasy Mahmoud Ahmed. „Zamiast chodzić do szkoły, słuchałem Tequali Radio, chodziłem na występy Imperial Body Guard Band oraz naszego największego wokalisty - Tlahouna Gessesse. Rodzice strasznie się na mnie denerwowali - wspomina. - Od jednego żołnierza załatwiłem sobie piękne błyszczące buty i eleganckie spodnie. Wieczorami wymykał się w nich do popularnego, półlegalnego lokalu Arizona Club, gdzie pracowałem za barem. Pewnego wieczoru rozchorował się wokalista i Ahmed postanowił go zastąpić, bo znał doskonale cały repertuar. Wypadł tak dobrze, że na stałe dołączył do składu, a szef Amha Records złożył mu propozycję nagrania płyty. I tak rozpoczęła się jego wielka kariera. Liczba klubów i kawiarni hotelowych z szafami grającymi sukcesywnie w mieście się pomnażała, obowiązywał w nich bardzo elegancki styl. Pojawiły się również kolejne wytwórnie, które dokumentowały od 1969 przez prawie pięć lat złote czasy Ethiopian Groove. Obok Mahmouda Ahmeda, sukcesy odnosił jeszcze Teshome Meteku, który nagrał w życiu tylko cztery piosenki, i Getatchew Kassa - autor największego hitu, „Tezeta”, który rozszedł się na płytach w ilości 5 tysięcy kopii.
Rewolucja jazzowa
Etiopski swing nie był ani amerykański, ani afrykański. Charakterystyczna była oczywiście sprawna sekcja dęta oraz wschodnie harmonie wokalne. Prawdziwa rewolucja w muzyce nastąpiła dopiero wtedy, kiedy po studiach w Londynie, Bostonie i Nowym Jorku powrócił do kraju Mulatu Astatke. Na Trinity College uczył się grać na klarnecie i fortepianie, potem przeniósł się do Berklee College, do klasy kompozycji, i wreszcie pojechał chłonąć atmosferę nowojorskich klubów. Swoje fascynacje nowoczesnym jazzem i muzyką latynoską oraz przydatne do grania nowe instrumenty przywiózł do Addis Abeby. Zebrał sobie najlepszych muzyków z orkiestr i założył pierwszy w kraju niezależny od państwa zespół. Muzycy potrafili grać naprawdę trudne rzeczy, ale nie mieli pełnej swobody i zawsze potrzebowali nut - mówi Astatke. - Musiałem ich nauczyć czegoś nowego. Chciałem, żeby zaczęli grać ze mną prawdziwy jazz. Postanowił połączyć skalę pentatoniczną, typową dla ich tradycyjnej muzyki, z modalnym jazzem dwunastotonowym, granym wtedy przez Coltrane'a i Davisa. Wszyscy w mieście prędko podchwycili ideę „ethio-jazzu”. Trzeba jednak postrzegać to w takim kontekście, że to była muzyka dla elit z Addis Abeby - mówi Astatke. - A przecież 90 procent Etiopczyków to rolnicy, którzy żyją na wsi. Nawet na miejskich obszarach niewielu mogło chodzić do klubów. Coraz głośniej robiło się o nim również w Stanach, gdzie wytwórnia Worthy opublikowała jego dwa albumy: „Afro-Latin Soul” oraz przełomowy „Mulatu of Etiopia”. Jednak z pewnością największym sukcesem był dla niego występ w Addis Abebie na jednej scenie, w 1973 roku, z samym z Duke'em Ellingtonem.
Przewrót na scenie
Nastroje w całym kraju były jednak zupełnie inne. Zła sytuacja gospodarcza i powtarzające się klęski głodu doprowadziły do puczu wojskowego, który zakończył w 1974 roku panowanie Hajle Syllasje. Nowe władze zabiły nocne życie Addis - mówi Falceto. - Kiedy rozpoczynała się godzina policyjna, trzeba było być w domu przed jedenastą albo zamknąć się w barze w hotelu Hilton na noc. Kiedy zapadał zmrok, słychać było tylko, jak maszerują żołnierze i szczekają psy. Muzycy musieli wkupywać się na ich bankietach w łaski władz, a potem mogli grać dla turystów w weekendy na zamkniętych imprezach. Mohumedowi Ahmedowi udało się raz zagrać razem z Wallias Band, Gétatchew Kassa i Webeshed Fisseha na zaproszenie społeczności etiopskiej w Waszyngtonie, ale generalnie większość muzyków zmuszona została do porzucenia dawnego fachu. Na rynku została tylko jedna wytwórnia - Abdella Kaify, znanego również jako Ali Tango. Stary biznesman handlujący kawą otworzył Kaifa Records i promował nowe gwiazdy przez kolejne piętnaście lat, również w Jemenie i Somalii. Jego największym sukcesem był krążek „Ere Mela Mela”, wyróżniony nawet przez „New Musical Express”, „Q” i „New York Times”. Stał się swego rodzaju wyrazem żywotności narodu i jego siły w ciężkich czasach. Najpiękniejsza muzyka była przed dyktaturą - wspomina Falceto. - Potem przez 18 lat nic się nie działo, skończyło się nocne życie i muzyka. Wielu ludzi uciekło do Stanów. Po upadku dyktatury w 1991 scena już tak dobrze się nie rozwijała. Syntezatory i elektronika zastąpiły stare sekcje dęte. Śpiewanie w hotelach zmieniło charyzmę i styl wokalistów, dawny duch tej muzyki gdzieś uleciał.
Gdzie oni są?
Dziś Alemayehu Eshete, nazywany niegdyś „Jamesem Brownem Etiopii”, klepie biedę w stanie Virginia. Największy głos kraju, Tlahoun Gessesse, jest na zasłużonej emeryturze. Mahmoud Ahmed otworzył klub Ouaira, gdzie regularnie grywa, ale z publiką różnie bywa. Jedynie drugą młodość przeżywa Mulatu Astake. W tym roku ze swoim 13-osobowym zespołem wystąpił w Aichi na Expo 2005, prowadzi szkołę i klub African Jazz Village oraz audycję w radiu. Niestety, tamtych starych miejsc już nie ma, na mieście nie ma jazzu, tylko kabaretowe grupy azmaris, które grają na tradycyjnych instrumentach masenko i krar oraz śpiewają za napiwek. Sklepy nie sprzedają ambitniejszych kaset, bo nie schodzą. Rozwój muzyki w kraju wciąż jest ograniczony, za to kwitnie za granicą. Russ Gershon odkrył osiem lat temu na składankach „Etiopiques” utwory Mulatu Astatke i zaaranżował je na swój wielki skład Either/ Orchestra. Grupa obecnie gra tylko muzykę etiopską, dostała nominację do Grammy, a w zeszłym roku zagrała na Ethiopian Music Festival razem z Mulatu w Addis Abebie i spotkała się z niebywałym przyjęciem. Płyta z koncertu ma być kolejną częścią serii wydawanej przez Francis Falceto. Na razie w dziewiętnastu częściach pokazał najważniejsze nagrania ethopian groove i ethio-jazz. Nie brakuje też pośród nich płyt poświęconych pieśniom religijnym Alému Aga na beguena, azmari śpiewanego i granego na lirze krar przez Asnatqech Werqu oraz muzyki z Erytrei, za którą autor Tekle Teska Ezghi został osadzony w więzieniu. Zrobiłem to jako prowokację. Nie chciałem, żeby kolekcja było cmentarzem etiopskiego funku albo muzyki nubijskiej - mówi Falceto. - Myślę, że jest to wspaniała okazja, żeby przedstawić ludziom każdy rodzaj muzyki, a jest ich tak dużo. Choć nie chce, by go nazywać etnologiem, to jednak jego praca ma charakter poszukiwania i dokumentowania kultury, której nie ma. Sama nauka nie jest w tym aż taka ważna - mówi. - Chodzi tylko o muzykę i radość dzielenia się tymi arcydziełami.
Goście, goście
Muzykę z Etiopii odkrywa na swój sposób coraz więcej różnych artystów. Trzy lata temu na trasie koncertowej gościł tam holenderski The EX i Han Bennink. Nasi etiopscy przyjaciele z Amsterdamu zasugerowali nam ten wyjazd - mówi Terri. - Powiedzieli, że kraj podnosi się powoli po strasznej epoce dyktatury Mengistu. Nasi przyjaciele powiedzieli, że ludzie potrzebują inspiracji - chcą usłyszeć coś innego poza Michaelem Jacksonem i Madonną. Muzycy odkryli tam saksofonistę Gétatchew Mekurya, któremu zadedykowali utwór na ostatniej płycie oraz włączyli do repertuaru popularny utwór „Tezeta” po amharsku. Specjalną składankę dwupłytową po ubiegłorocznej wizycie w Afryce wydał Gilles Peterson. Pośród nagrań Fela Kuti, Manu Dibango, Petera Kinga czy Konono No1 nie zabrakło również miejsca na Mulatu Astake. Wydałem na jego oryginalne płyty kupę kasy - mówi Peterson. - Ale to są niewyobrażalnie dobre rzeczy! W ślad za nim zmierza tam Miles Cleret z Soundway Records, autor popularnych kompilacji „Afro Baby” i „Ghana Soundz” z muzyką afrykańską i karaibską. Chce nagrać sesję Willa Hollanda, Maxa Weissenfeldta (Poets Of Rhythm) i Snowboya (Egypt 80) z tamtejszymi muzykami i oczywiście Mulatu. Wierz mi, ten gość jest odpowiedzialny za zebranie wiedzy na temat muzyki latynoskiej w Nowym Jorku i Londynie, a potem połączenie jej z powrotem z etiopskimi rytmami. Ale wiesz, że latynoskie rytmy pochodzą z zachodniej Afryki, więc wziął coś z zachodniej Afryki przez Ocean Atlantycki na Kubę, do Nowego Jorku i potem z powrotem do Afryki, ale na wschód - mówi Miles Cleret. - To są historie, które mnie interesują, ruch i przesadzanie rytmu dokoła świata. Zauważ, że etiopski dźwięk jest typowy dla środkowego Wschodu, to państwo między środkowym Wschodem i Afryką, co odbija się w jego afrykańskiej muzyce i wokalach środkowo-wschodnich. Ostatecznie taka jest właśnie Etiopia. Do tego dochodzi oczywiście jeszcze Jim Jarmush, który tak bardzo zżył się z etiopskim jazzem, że musiał uczynić go motywem przewodnim „Broken Flowers”. Film już na tym bardzo zyskał, teraz powinien jeszcze pomóc w ożywieniu zainteresowania tą muzyką i jej twórcami.
tekst: Jacek Skolimowski
Źródło:Fluid

























































