We wtorek w ciągu 60 minut ukazały się trzy informacje, które mogą aspirować do rangi symbolu zeroprocentowego świata współczesnych finansów. Ciekawe, czy ten „nowy paradygmat” utrzyma się dłużej niż kilka miesięcy?
Zaczęło się od rynku złota, gdzie po godzinie 14:00 bez żadnych konkretnych powodów doszło do wyraźnego spadku notowań kruszcu. Kurs żółtego metalu wyłamał się z przeszło miesięcznej konsolidacji, osiągając najniższą cenę od lutego.
Godzinę później opublikowane zostały dane z amerykańskiego rynku nieruchomości. W marcu ceny domów w 20 metropoliach rosły w tempie 12,4% rdr – czyli podobnie jak w szczycie bańki w 2006 roku. Chwilę później doszło do wystrzału optymizmu na Wall Street. Ceny akcji poszły w górę reagując na nadspodziewanie wysoki odczyt indeksu PMI dla amerykańskiego przemysłu.
Indeks S&P500 po wzroście o 0,6% wyznaczył nowe historyczne maksimum. Na wykresie dziennym powstała piąta z rzędu biała świeczka wyglądająca, jakby została odrysowana od linijki. Szczytu wszech czasów nie wybiły jednak ani Nasdaq, ani Dow Jones.
ReklamaZobacz także
Wtorkowe wydarzenia stanowią ilustrację trendów obowiązujących na rynkach finansowych od trzech lat. Biliony kreowanych z powietrza dolarów, funtów, jenów czy franków zalewają rynki aktywów pompując bańki na rynkach akcji, obligacji i nieruchomości. W niełasce inwestorów pozostały już chyba tylko surowce i stąd brak inflacji mierzonej rządowymi wskaźnikami CPI i PPI.
Na farsę zakrawa fakt, że banki centralne (np. EBC) wyruszają na „wojnę z deflacją”, podczas gdy na rynkach aktywów inflacja zdmuchuje czapki z głów, a niedługo może zacząć urywać same głowy. Polityka dolewania benzyny do ognia (tj. stymulowania jeszcze wyższej inflacji) nie może się dobrze skończyć. Ale kto by tam się martwił, co będzie za rok czy dwa. Ważne, że wszystko rośnie. Tu i teraz.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl


























































