REKLAMA

Tylko nie faworytka!

2009-10-02 10:13
publikacja
2009-10-02 10:13

Umówiłem się z Martyną w centrum miasta, w kawiarni. Przyszła co do minuty. Rozmowa z nią była, rzecz jasna, czystą przyjemnością, tym bardziej że znamy się od lat. Najlepsza golfistka wśród bliźniaków, najsympatyczniejszy bliźniak wśród golfistów. Nic więcej dodawać nie trzeba, ponieważ kim jest Martyna, wie każdy golfista w Polsce.

Wszystkie wywiady z Tobą, które wpadły mi w ręce, zaczynały się tak samo. Sztampowo: kiedy, dlaczego, po co? Nie mam zamiaru tego powielać, ale początki Twojej gry w golfa bardzo mnie interesują, więc zapytam w inny sposób. Jak wtedy wyglądała rywalizacja między Tobą a Michałem (brat bliźniak Martyny – przyp. red.)?

(śmiech) Tak naprawdę to ja zaczęłam grać pierwsza, miałam jakiś tydzień przewagi, ale na początku różnice się zacierały. Moim pierwszym sukcesem było to, że miałam już pierwsze uderzenia za sobą, a on jeszcze nie, potem pierwsze wygrane turnieje. Podejrzewam, że do dzisiaj Michałowi doskwiera fakt, iż wygrywam więcej turniejów. Często argumentuje to tym, że jestem dziewczyną i że dziewczyny w Polsce mają łatwiej, co rzeczywiście jest prawdą. Michał nadal uderza dalej ode mnie, na drivingu jest dużo lepszy, ale wie, że ja jestem mocniejsza psychicznie. Rywalizujemy nie tylko w golfie, lecz w całym życiu, mnie to motywuje.



Nie macie wyboru, w końcu jesteście najsłynniejszymi w polskim golfie bliźniakami, a to zobowiązuje. Ale wracając do Twojego brata, prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy go spotykam, mocno Cię wspiera.

Tak, robi to, choć jest dla mnie ostry, ale to dobrze, bo działa motywująco. Jednocześnie wiem, że jak mówi o mnie komuś innemu, to mówi pozytywnie.

À propos rywalizacji, pamiętam czasy niepodzielnej władzy Olgi Szmit i Sandry Okupniak. Jeżeli na turniej przyjeżdżała jedna z nich, wszystko było jasne, jeżeli grały obie, to walczyły ze sobą o pierwsze miejsce. Czy sytuacja, w której się znalazłaś, czyli brak realnej konkurencji, motywuje cię, napędza do doskonalenia umiejętności, czy raczej powoduje pewność siebie i pozorny spokój?

Nie znoszę sytuacji, kiedy przyjeżdżam na turniej i ludzie od razu mnie witają: „wiadomo, kto wygra” albo „to jest faworytka” i tak dalej. Nienawidzę tego, zbija mnie to z tropu. Co więcej, mam już na swoim koncie turniej, który właśnie przez takie gadanie przegrałam, i wstyd mi strasznie z tego powodu.

Jaki to był turniej?

Dr Irena Eris Ladies Golf Cup 2007. Przegrałam jednym uderzeniem, zagrałam tragicznie. Wygrała Dorota Mida, z wynikiem 85.

OK. Bez komentarza.

Właśnie. Dlatego nie znoszę, kiedy jestem nazywana faworytką, bo to jest golf, tutaj zdarzają się różne rzeczy. Pojawia się ktoś, kogo nigdy się nie widziało, i wygrywa turniej. Ludzie mówili, że ja się nagle „pojawiłam”, a przecież grałam i ćwiczyłam już długo na Bachalu (Bachalski Golf Club – przyp. red.). Generalnie stawiam sobie inne cele, na turniejach staram się pokonać jak najwięcej facetów. Wiadomo, gram z innych tee, ale taki jest mój przywilej, bo nie gram tak daleko jak mężczyźni.

To było jedno z tych łatwiejszych pytań, ale teraz będzie ostro. Jeżeli nie chcesz, nie odpowiadaj. Co się wydarzyło na Junior Orange Bowl?

Co się wydarzyło? Największa porażka mojego życia. Zagrałam dwie rundy, w czasie których informacje o flightach były wywieszone na polu, natomiast po dwóch dniach grało się zależnie od wyników i należało sprawdzić godziny. Byłam z Danielem Snoeyem w hotelu, a ponieważ nie miałam dostępu do internetu, poprosiłam go, żeby sprawdził mi tee time. Sprawdzał dwa razy i powiedział, że gram o 11. Miałam jakieś głupie przeczucie, że coś jest nie tak, ale nic nie zrobiłam, bo dlaczego miałabym wątpić w dwukrotnie potwierdzony tee time. Pojechałam na pole o 9 rano, i okazało się, że miałam na nie wyjść o 7.25. Przyjechałam do Miami zagrać turniej, jeden głupi błąd i koniec. Wiem, że to ja tego nie dopatrzyłam, bo ja jestem zawodnikiem, ale niesprzyjające okoliczności sprawiły, że tak się stało. Powiem szczerze, płakałam przez parę dni. To było straszne. Mam zamiar w przyszłym roku pojechać do USA i pokazać się z lepszej strony.

No właśnie, doszły mnie słuchy, że będziesz częściej w Stanach. Co planujesz na rok 2009?

Jestem w trakcie aplikowania na uniwersytet w Stanach, wysłałam papiery, które zadecydują, czy dostanę stypendium. We wrześniu na 90 % wybieram się do Indiany.

Czyli, jak wszystko się uda, niebawem uciekniesz nam z kraju. Ciekawe, kto teraz będzie wygrywał?

Będę trzymać kciuki, żeby pojawiła się jakaś nowa dobra zawodniczka.

Będę trzymał kciuki razem z Tobą. A jeśli chodzi o facetów w naszej rodzimej lidze? Masz jakieś typy na nadchodzący sezon?

Nie mam, ale liczę na nowych. To jest właśnie fajne, jak pojawia się nieznany, nieobliczalny zawodnik. Chciałabym, żeby to był, na przykład, Adrian Meronk, Mateusz Gradecki czy Tomek Lepka. Wiesz, ktoś młody, kto może się jeszcze rozwijać.

No tak, ale czy Twoim zdaniem jest teraz jakiś trener w Polsce, który może pomóc takim zawodnikom jak Meronk czy Lepka?

W Polsce jest coraz więcej trenerów zagranicznych. Mateusz czy Adrian, którzy w zeszłym roku grali świetnie, nie mają nawet swoich trenerów. Oni nie mają takiej opieki, jak ja mam Przema (Przemysław Kłos – przyp. red.). Ale rzeczywiście każdy, kto chce grać dobrze, potrzebuje oszlifowania. Oni na szczęście traktują to trochę na luzie, co – moim zdaniem – pomaga.



Kolejne pytanie dotyczy osoby, o której wspomniałaś przed chwilą. Jak układa Ci się współpraca z Twoim trenerem?

Zawsze była super. W zasadzie dzięki niemu zaczęłam grać. Dzisiaj układ jest super, bo Przemo jest nie tylko moim trenerem, ale i świetnym kolegą, z którym mogę się spotkać, iść na imprezę. Teraz jednak mam potrzebę szukania czegoś nowego. Potrzebuję takiego kopa, żeby stać się najpierw czymś mniejszym, a potem „urosnąć”.

Po twoich wynikach widać, że rozwijałaś się szybko, ale ostatnie dwa sezony to zastój, choć pewnie wielu by chciało zatrzymać się na takim poziomie. Szczerze mówiąc, przestałaś się rozwijać.

Zdaję sobie z tego sprawę. Zrobiłam skok, a potem dreptałam w miejscu. Chciałabym osiągać superwyniki, być w formie, w jakiej dotąd nie byłam, tak jak zagrałam 69 w zeszłym roku, grać na co dzień.

Kto by nie chciał. Wracając do Przemka, on po prostu już zrobił swoje.

Dokładnie, on zrobił swoje, skończył, a ja muszę poszukać kogoś innego. Jeszcze rok czy dwa lata temu był dla mnie idealny. Ale teraz czas na krok dalej, dlatego zgadzam się w zupełności z tym, co mówisz.

Zostawiamy Przemka w spokoju. Najbardziej emocjonująca runda w Twoim życiu?

Międzynarodowe mistrzostwa kobiet w 2007 roku rozgrywane w Rajszewie. Grałam przeciwko Czeszce Sandrze Jantovej. W finałowej rundzie do 13. dołka miałam 2 uderzenia przewagi, ale na następnym dołku wpadłam pod drzewo i zagrałam double’a, zrobił się remis. Ostatnie pięć dołków to był niesamowity challenge. Szkoda, że ostatecznie przegrałam jednym uderzeniem.

Na jednym z polskich portali, gdzie każdy gracz może stworzyć swój profil ze statystykami i wynikami, wyczytałem, że miałaś już cztery hole in one. Twój trener miał ich ze dwadzieścia, ale chyba wszystkie na Bachalu. A jak jest z Tobą?

Reszta też na Bachalu. (śmiech)

Które zwycięstwo turniejowe było dla Ciebie najważniejsze?

Wydaje mi się, że przełomem były mistrzostwa Polski kobiet. W 2006 roku na turniej przyjechała Węgierka (Krisztina Fodor – przyp. red.), która niestety ze mną wygrała. Pierwszego dnia była taka ulewa, taki wiatr, że niejeden facet zszedł z pola, wszystko było mokre, a wyniki kobiet – beznadziejne. Węgierka zagrała 83, a ja miałam 12 uderzeń straty, czyli tragedia. Drugiego dnia zagrałam niską siedemdziesiątkę, odrobiłam 9 uderzeń do Węgierki, czyli ostatecznie przegrałam o 3 uderzenia, ale i tak, moim zdaniem, walka była super, a odrobienie takiej straty uważam za mały sukces. Skończyło się na drugim miejscu. W 2007 roku powtórka, bo przegrałam jednym uderzeniem z Czeszką. W zeszłym roku turniej był rozgrywany w Międzyzdrojach. Przyjechały dwie zawodniczki z Finlandii i Sandra z Czech. Miałam kontuzję stopy, kulałam, dostałam nawet zaświadczenie od lekarza uprawniające do korzystania z meleksa przez cały turniej, ale korzystałam z niego tylko jeden dzień. No i pierwszego dnia zdobyłam niewielką przewagę nad Finkami, natomiast Czeszka miała jakąś tragiczną dziewięćdziesiątkę. Potem były aluzje i pytania o meleksa. Tym bardziej cieszyłam się, że zrezygnowałam z niego po pierwszej rundzie, bo później byłyby głupie komentarze. Tak więc przed finałową rundą miałam 2 uderzenia przewagi, ale jak wiesz, 2 uderzenia w golfie nic nie znaczą, to jeden dołek. W rundzie finałowej jedna z Finek była tuż za mną, jednak na 4. dołku wylądowała po drugim uderzeniu przy płocie, 80 metrów od greenu, uderzyła pierwszego shanka, potem drugiego i trzeciego. Zrobiła 11 na tym dołku.

No to było po balu.

Tak też pomyślałam, ale Finka zaczęła bardzo ładnie odrabiać. Nie dała rady, a ja byłam bardzo szczęśliwa, bo czekałam na to zwycięstwo trzy lata.

Wygrałaś mimo kontuzji, jak Tiger w zeszłym sezonie. Na koniec trochę szablonowo: trzy najlepsze pola w Polsce…

Toya, Częstochowa, Amber.

Dziękuję Ci bardzo za poświęcony czas. Trzymam kciuki za maturę.

Nie dziękuję.

Z Martyną Mierzwą rozmawiał Tomasz Zembrowski
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki