Gwinea Bissau to miejsce, gdzie czas postanowił się cofać. Upada państwo, a wraz z nim jego instytucje i infrastruktura. A kolejne demokratyczne wybory nie dają wielkich nadziei na poprawę losu.
W ciągu 40 lat niepodległości Gwinei Bissau, wywalczonej od Portugalii, nie udało się zbudować sprawnego państwa, a raczej doprowadzono do ruiny infrastrukturę pozostawioną przez kolonizatorów. Praktycznie przestała istnieć sieć elektryczna. Kto chce mieć prąd choć przez kilka godzin dziennie, używa generatora. Zanika sieć wodociągowa i wodę, nawet w miastach, trzeba ręcznie czerpać ze studni, czym trudnią się kobiety, które na głowach transportują wielkie pojemniki.
Rdza konsekwentnie pożera metalowe konstrukcje nabrzeża. Odpływy obnażają zatopione w portach wraki statków. Tropikalna roślinność wdziera się na opuszczone pasy startowe lokalnych lotnisk. W miastach w ruinę popadają kolonialne domy, wokół których wyrastają lepianki kryte blachą lub słomianą strzechą. W porze deszczowej drogi zamieniają się w grzęzawiska, odcinające całe regiony od reszty kraju.
W rankingu rozwoju ten mały kraj położony w Afryce Zachodniej na wybrzeżu Atlantyku zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Żyje z rybołówstwa i orzecha nerkowca, którego zbiory właśnie się rozpoczynają. Monokultury tych drzew zajmują większość ziem, przez co brakuje miejsca na inne uprawy prócz mangowców, które rosną wszędzie i obficie owocują. Kolejnym źródłem dewiz jest eksport drewna pozyskiwanego z rabunkowego wyrębu tropikalnego lasu.
Ale pomimo wszystkich problemów Gwinejczycy z Bissau sprawiają wrażenie bardzo spokojnych, gościnnych i pokojowo nastawionych osób. Niestety ze sprzyjającego położenia geograficznego oraz panującego w kraju zamętu korzystają południowoamerykańskie kartele narkotykowe, które usiłują ustanowić tam swoje bazy przerzutowe. Ich ekspansji próbuje postawić tamę USA, jednak jest to trudne zadanie, ponieważ do cna skorumpowani gwinejscy funkcjonariusze czerpią zyski z tego procederu.
Niewydolne i biedne państwo nie jest w stanie zapewnić mieszkańcom elementarnej opieki i wsparcia. Wydaje się, że Gwinea istnieje jeszcze tylko siłą rozpędu i dzięki pomocy międzynarodowej. Trudno tu natrafić na inwestycję inną niż finansowaną przez zagraniczne organizacje, instytucje i państwa. W rozmowie z PAP Jan, Polak nadzorujący obecnie odbudowę sieci wodociągowej na południu Gwinei, nie krył sceptycyzmu. "Pracowałem już w wielu krajach rozwijających się, ale ten jest najtrudniejszy" - powiedział, dodając, że obawia się o stan nowych wodociągów, gdy zabraknie nadzoru z zewnątrz. Według niego sami miejscowi nie zadbają należycie o utrzymanie w dobrym stanie sieci.
Ciężar utrzymywania porządku i bezpieczeństwa w Bissau wzięli na siebie jej sąsiedzi - Senegal i Gwinea oraz regionalna potęga - Nigeria, która przekazała miliony dolarów na utrzymanie kontyngentu wojskowego i policyjnego złożonego z żołnierzy i funkcjonariuszy tych trzech państw.
Polityczne napięcia doprowadziły pod koniec XX wieku do krótkiej wojny domowej. Konflikt zapoczątkował serię wstrząsów i po dziś dzień kraj nie odzyskał stabilności. Szanse na poprawę sytuacji po przeprowadzonych 13 kwietnia wyborach prezydenckich i parlamentarnych są niewielkie. Faworytką do utworzenia rządu jest Afrykańska Partia Niepodległości Gwinei i Wysp Zielonego Przylądka (PAIGC), która przez dziesięciolecia sprawowała władzę. Czuje się ona spadkobierczynią pamięci walk wyzwoleńczych, a jej politycy jeszcze teraz zwracają się do siebie "towarzyszu".
Tematem kampanii przedwyborczej była między innymi reforma armii. Po ostatnim wojskowym zamachu stanu w 2012 roku szef sztabu sił zbrojnych Antonio Indjai stał się faktycznym zarządcą kraju. Jest oskarżany o nielegalne interesy w sprzedaży drewna, pozwoleń na połowy ryb zagranicznym firmom oraz broni. Jego bliski współpracownik, również wojskowy, został w zeszłym roku aresztowany przez Stany Zjednoczone za przemyt narkotyków oraz broni dla kolumbijskich sił rebelianckich FARC.
W rozmowie z PAP Jose Mario Vaz ubiegający się o urząd prezydenta z ramienia PAIGC powiedział, że Gwinea Bissau posiada wszystko, co potrzeba do rozwoju. Receptą na sukces ma być jedność narodu, zgodne działanie na rzecz dobra wspólnego.
O dziwo zwykli Gwinejczycy nie mają jeszcze dość swoich polityków i tłumnie udali się do urn. Wierzą, lub chcą wierzyć, że tym razem wybory przyniosą trwały pokój. Za pokojem wrócą elektryczność, bieżąca woda, a wszystkie dzieci do szkół. Powoli odbuduje się infrastrukturę i zegar w ich kraju w końcu przestanie się cofać.
Tak jak większość swoich rodaków, Sharifo, mieszkaniec stolicy, chciałby tu zostać, jednak nie widzi przed sobą i swoją rodziną perspektyw. Jeśli nadarzy się okazja, wyemigruje. "Najchętniej wyjechałbym do Europy, myślę też o USA" - zwierzył się PAP.
Z Gwinei Bissau Łukasz Firmanty (PAP)
fir/ klm/ ro/



















































