Premier Albanii Edi Rama oświadczył w rozmowie z agencją Reutera, że nie złoży rezygnacji ze stanowiska premiera, mimo trwających protestów studentów. Szef rządu zapewnił, że nie pozwoli, by przemoc towarzysząca demonstracjom zagroziła staraniom Albanii o członkostwo w UE.


- Rządy zmienia się w demokratycznych wyborach. Wybory mieliśmy w ubiegłym roku, nie rewolucję - podkreślił Rama w pisemnych odpowiedziach na pytania Reutersa. Dodał, że jest gotów rozmawiać o rosnących kosztach edukacji, ale atakowanie instytucji i niszczenie mienia publicznego nie ma nic wspólnego z uzasadnionymi postulatami studentów.
W środę przed siedzibą ministerstwa edukacji zgromadziły się tysiące demonstrantów. Część z nich rzucała w budynek cegłami, zrywała metalowe bariery i przewracała kosze na śmieci. W gmachu ministerstwa wybuchł pożar, a według świadka zdarzenia, na którego powołał się Reuters, ogień pojawił się również w pobliskim oddziale banku Raiffeisen. Policja użyła gazu łzawiącego i armatek wodnych.
Studenci, protestujący przeciwko rosnącym kosztom edukacji i przypadkom korupcji, domagają się ustąpienia premiera. Demonstracje stanowią największe dotychczas wyzwanie dla Ramy, który w ubiegłym roku wygrał wybory i rozpoczął czwartą kadencję.
Obecne protesty poprzedziły miesiące w większości pokojowych demonstracji, wywołanych planami budowy luksusowego kurortu na południowym wybrzeżu Albanii. Inwestycję wspiera zięć prezydenta USA Donalda Trumpa, Jared Kushner, a projekt stał się przedmiotem sporów prawnych.

Rama zapewnił, że jego rząd walczy z korupcją i nie dopuści, by zamieszki zagroziły europejskiej przyszłości kraju. Albania, obok Czarnogóry, należy do państw bałkańskich najbardziej zaawansowanych w negocjacjach akcesyjnych z UE i dąży do członkostwa już w 2028 r. (PAP)
mgp/ rtt/





























































