O T-shircie można pisać w nieskończoność. Tysiące faktów, mnóstwo ciekawostek.
T-shirt z napisem „Some girls are born winners” dodaje mi otuchy od siedmiu lat. Kiedy chcę zrobić przyjemność mojemu partnerowi, ubieram się w ten z napisem „My boyfriend is the coolest”, a szczególnym uwielbieniem darzę ten, który dyskretnie informuje, że jestem „Too cute to cook”, bo gotowania nijak nie umiem polubić i zawsze się do tego przyznam bez bicia. Po wykonaniu solidnych analiz wyszło, że żaden z przedmiotów codziennego użytku nie rozpanoszył się w domu na taką skalę jak koszulka. I to skłania do refleksji. Co sprawia, że przedmiot z pozoru tak banalny jest jednocześnie tak przez nas uwielbiany i tak chętnie kupowany?
T-shirt, popularnie zwany u nas w kraju koszulką, od ponad 100 lat towarzyszy ludzkości. To niewiele, ale, z drugiej strony, czy ktoś z nas umiałby sobie wyobrazić życie przed nastaniem jego ery? Koszulka to coś więcej niż zwykły element garderoby, który jest wygodny i który przedkładamy nad wiele innych. T-shirt podkreśla naszą osobowość, daje ujście emocjom, bywa wyrazem buntu czy też pogodzenia się ze światem. Bywa również elementem gry – w tym politycznej, często spełnia funkcję reklamową, a zaprojektowany przez największych projektantów tego świata staje się fetyszem, obiektem pożądania fashionistek i celebrytek. Żaden inny element garderoby nie jest tak demokratyczny jak koszulka. Żaden inny, mimo że z pozoru sztampowy, nie wyraża tak bardzo naszej indywidualności.
T-shirt, jak wiele innych przełomowych wynalazków, zawdzięczamy wojsku, choć gdyby nie ono, na pewno wymyśliłby go ktoś inny. 100 lat temu nasze domy robiły się coraz cieplejsze, więc przewiewne ubrania zaczęły być coraz bardziej pożądane. Nikt nie chciał już nosić bielizny à la śpiochy, a już na pewno nie żołnierze na froncie. Podczas II wojny światowej wyposażono w T-shirty 12 mln żołnierzy, a jedna sztuka kosztowała zaledwie 24 centy, co w dzisiejszych czasach wydaje się kompletnie nieprawdopodobne, chyba że skorzystamy z oferty second-handu. Nie ma jednak takiej potrzeby, bo za dobry, markowy, a przede wszystkim oryginalny T-shirt wielu z nas jest w stanie zapłacić każde pieniądze. Głównie dlatego, że to jeden z podstawowych elementów naszej codziennej, i nie tylko codziennej, garderoby. Donna Karan powiedziała, że ulica należy do dżinsów, trampek i T-shirtów, choć wydaje się, że to samo stwierdzenie będzie pasowało do salonów, gdzie eleganccy panowie w doskonale skrojonych garniturach od Armaniego, często naśladując przy tym mistrza, wkładają do nich T-shirt zamiast koszuli z krawatem.
Najbardziej demokratyczny ubiór świata
T-shirt, najbardziej demokratyczny ze wszystkich ubiorów świata, nie od razu jednak święcił triumfy jako jeden z ukochanych elementów garderoby. Pomogły mu w tym przede wszystkim kino, hipisi i… polityka. Istnieje także teoria, że moda na bawełniane koszulki narodziła się w latach 30. XX wieku w Karolinie Południowej, gdzie firma Jockey International zaprojektowała koszulki dla drużyny futbolowej miejscowego uniwersytetu.
Tak się spodobały kibicom, że zaczęli je podkradać. Wtedy pojawił się na nich nadruk, który miał identyfikować T-shirt jako własność drużyny i tym samym odstraszać złodziei. Oczywiście się nie udało, bo właśnie takie koszulki stały się największym krzykiem mody.
Potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko, bo własne T-shirty zaczęły produkować inne szkoły. Marlon Brando w „Tramwaju zwanym pożądaniem” nosił T-shirt, i to nosił go tak, że w kinach odnotowano niejedno omdlenie zachwyconej wielbicielki. W latach 80. nasze serca zdobywał przystojny policjant z Miami grany przez Dona Johnsona, który najchętniej pokazywał się właśnie w seksownej koszulce. Nie mniejszy podziw wzbudzał wiele lat potem Tom Cruise, który w „Mission impossible” wisiał na linie i wykradał dane z rządowego komputera ubrany w dopasowaną białą koszulkę.
Pierwszy T-shirt polityczny pochodzi z roku 1948 i znajduje się w Smithsonian Institution. Był on elementem kampanii prezydenckiej Thomasa Deweya. „Dew – it – with – Dewey”, czyli „zrób to z Deweyem” – taka gra słowna zachęcała wyborców do wyrażenia swego poparcia dla kandydata. Lata 60. na stałe wprowadziły T-shirt na polityczne salony – głównie jako element kampanii negatywnych. „Nixon – facet, który spieprzy wszystko, do czego się zabierze” – takim hasłem ozdabiali swoje koszulki przeciwnicy Richarda Nixona. W 1996 roku republikanie wyprodukowali koszulkę z podobizną Billa Clintona z bardzo długim nosem i napisem „Clinnocchio”. Sami Clintonowie wykazali się także koszulkowym poczuciem humoru. Bill Clinton nosił T-shirt z napisem „To naprawdę ja byłem prezydentem”, a koszulka jego żony Hillary krzyczała: „Tak, Bill Clinton to facet, który jest mężem tej sławnej Hillary”.
Koszulka jako przedmiot uwielbienia
W Polsce prawdziwy boom na polityczne koszulki wywołała prezydentura Lecha Wałęsy. „Jestem za, a nawet przeciw”, „Nie chcem, ale muszem” czy „Otake Polskę walczyłem” – pierwszy wybrany w demokratycznych wyborach prezydent RP stał się kopalnią koszulkowych cytatów. Teraz nikogo już nie dziwi obecność polityki na koszulkach. Kontrowersyjny polityk PO, Janusz Palikot, nie waha się używać tego elementu garderoby w swoich politycznych prowokacjach: „Jestem gejem”, a z drugiej strony: „Jestem z SLD” – głosiły napisy na koszulce, w której z dumą paradował przed telewizyjnymi kamerami podczas jednej z konferencji prasowych.
Przy tak burzliwej i bogatej historii koszulka jako przedmiot uwielbienia jest tematem prac naukowych i książek oraz wielu artykułów. Jest także obiektem badań.
T-shirt to biznes, pewna sprawa. Już w latach 50. na Florydzie pojawiły się firmy na sporą skalę produkujące koszulki z nazwami miejscowych kurortów i różnymi innymi nadrukami, wkrótce pojawiły się także te z postaciami z bajek Disneya, przede wszystkim z kultową Mickey Mouse. Koszulki są także jedną z ulubionych pamiątek, jakie przywozimy z podróży, a firmy na stałe włączyły je do katalogów upominków reklamowych, zapewniając sobie przy tym chodzącą reklamę. Mogą być także dziełami sztuki, na których twórcy uwieczniają swoje artystyczne wizje, tak jak artysta malarz Todd Goldman, wśród klientów którego są m.in. Rihanna i Paul McCartneyowie. Wówczas, tak jak w przypadku ulubionej marki koszulkowej celebrytek, Lauren Moshi, liczy się oryginalność, unikatowość i nietuzinkowe wzornictwo. T-shirty Lauren Moshi kochają Christina Aguilera, Sienna Miller czy Reese Witherspoon. Zapewne nie bez znaczenia jest fakt, że każde z ubrań szyte jest w limitowanej liczbie 200 egzemplarzy. T-shirty dla gwiazd Hollywood nie stanowią tylko atrakcyjnego gadżetu, ale bywają także manifestem. Kiedy związek Jennifer Aniston i Brada Pitta zaczął przeżywać kryzys z powodu Angeliny Jolie, amerykańskie gwiazdy chętnie wkładały koszulki z napisami „Team Jolie” lub „Team Aniston”, w zależności od tego, gdzie kierowała się ich sympatia.
O T-shircie można pisać w nieskończoność. Tysiące faktów, mnóstwo ciekawostek. Widać wyraźnie, że budzi on niekiedy emocje większe niż dyskusja polityczna. Ten z pozoru banalny element garderoby zmienił świat. Sprawił, że każdy może zamanifestować swoje poglądy, wyrazić sprzeciw bądź poparcie dla sprawy. I nie ma tu znaczenia kolor skóry, szerokość geograficzna czy poglądy – T-shirt pomoże nieśmiałym wyrazić swoje racje, a ci, którym odwagi nie brakuje, będą mogli jeszcze dobitniej zaprezentować swoje poglądy. Ktoś inny z kolei zarobi na sprzedaży tego obiektu pożądania następny milion dolarów. Trawestując popularne powiedzenie, można śmiało stwierdzić: nie suknia zdobi człowieka, zdobi go…T-shirt!



























































