REKLAMA

Najważniejsze- mówić z pasją

2008-09-13 05:58
publikacja
2008-09-13 05:58
Gdy po raz pierwszy pognał w świat, żeby relacjonować wydarzenia z najbardziej niebezpiecznych miejsc na kuli ziemskiej, był najmłodszym korespondentem zagranicznym w dziejach polskiej telewizji. Ostatnie 3 lata spędził w Waszyngtonie. Przez ten czas przyjrzał się z bliska kulisom tworzenia najlepszych na świecie programów informacyjnych i postanowił, że pomysły Amerykanów wykorzysta w „Wiadomościach”, serwisie informacyjnym telewizyjnej Jedynki. O tym, że Alaska to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie, że Ameryka wcale nie jest taka zła, na jaką wygląda, i że jedzenie w meksykańskich slamsach bywa lepsze niż to w luksusowych restauracjach, w rozmowie z Marzeną Rowicką, opowiada Piotr Kraśko.



Relacjonowałeś konflikty zbrojne w Afryce i ostatnie dni życia Ojca Świętego. Byłeś w Londynie po zamachach Al-Kaidy oraz w Nowym Orleanie tuż po uderzeniu huraganu Katrina. Czy naoczny świadek tak dramatycznych zdarzeń może pozostać tym samym człowiekiem, którym był wcześniej? Kilka razy ledwo uszedłeś z życiem. Czego się bałeś?

W takich sytuacjach jest zbyt mało czasu, żeby się czegoś bać. Kiedy przyjechałem do Bejrutu, już trwały bombardowania. Pierwszej nocy budziłem się, gdy spadały bomby i drżały ściany budynków. Drugiej nocy spałem w najlepsze. Człowiek szybko przyzwyczaja się do takich sytuacji. Dzisiaj jest mi prawie obojętne, czy w czasie podróży śpię w hotelu, czy na ulicy. Takie tragedie pokazują, co jest w życiu najważniejsze.
Większość reporterów, którzy znajdują się w miejscach dotkniętych przez jakąś tragedię, ma poczucie nieuczciwości sytuacji. Jedziemy do kraju, w którym rozgrywa się dramat, ale gdzieś „z tyłu głowy” mamy świadomość, że jednak wrócimy do domu. A ci ludzie tam zostają. Widziałem to w Peru po trzęsieniu ziemi, kiedy w ciągu sześciu sekund zniknęło miasto wielkości Radomia. Nagle życie wielu osób zostało przerwane. Nawet jeśli ktoś się uratował, wiedział, że nigdy nie będzie tak jak dawniej, bo stracił rodzinę, żonę, ojca, pracę. Prowadził warsztat, przekazywany z pokolenia na pokolenie, a teraz nie ma pieniędzy, żeby go odbudować, i zdaje sobie sprawę, że będzie żebrakiem do końca życia, nawet jeżeli przeżyje. Mimo to ludzie z tych biednych dzielnic chcą opowiedzieć swoją historię, bo wierzą, że świat im pomoże.

Prawdziwy charakter człowieka można poznać dopiero w takich ekstremalnych sytuacjach?

Właśnie. Kiedy ludzie walczą o przetrwanie, to niezależnie od tego, czy mieszkają w Somalii, czy w stanie Luizjana, jedni okazują się bohaterami, inni łajdakami. Jedni są skłonni oddać potrzebującym ostatnią butelkę wody, a inni napadają na szpitale. Jak słyszymy „Hezbollah”, to myślimy o terrorystach, którzy z kałasznikowem w ręku napadają na biednych Izraelczyków. A to jedyna organizacja, która na południu Libanu naprawdę niesie ludziom pomoc. Organizuje szkoły, dostarcza żywność i wodę, zapewnia pomoc medyczną. W Bejrucie podczas wojny widziałem wiele całkowicie zdewastowanych bloków, z których ludzie uciekali przed bombardowaniem, pozostawiając cały swój dobytek. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby tam wejść i szabrować opuszczone mieszkania. Nic takiego się nie stało. Za to stało się na nieprawdopodobną skalę w Nowym Orleanie po uderzeniu huraganu Katrina. Obrabowano wszystkie możliwe sklepy, napadano na karetki pogotowia, by zabrać butelkę wody, która mogła przecież uratować życie umierającemu pacjentowi.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak zachowają się ludzie w takich sytuacjach. Z moich obserwacji wynika, że w obliczu kataklizmu lepiej radzą sobie mieszkańcy krajów biednych. Oni też zachowują się wobec siebie godniej. Natomiast w krajach bogatych, takich jak Stany Zjednoczone, gdy nagle perfekcyjny system przestaje działać, ludzie nie wiedzą, co zrobić, świat wali im się na głowę.
Na stadionie w Nowym Orleanie, gdzie schroniło się 30 tys. ludzi, nie było wody, prądu, jedzenia, toalet i klimatyzacji, a temperatura sięgała 400C. Po mieście krążyły uzbrojone bandy, dochodziło do grabieży i gwałtów. Amerykańscy reporterzy mówili mi, że takie widoki spodziewali się zobaczyć w Afryce czy Azji, ale nie w swoim kraju. My, wychowani w gospodarce niedoboru, jesteśmy bardziej odporni na podobne zdarzenia.



Niedawno zostałeś nowym gospodarzem głównego wydania programu informacyjnego TVP 1 – „Wiadomości”. Masz jakiś pomysł na zmianę jego sztampowej i dość nudnej konwencji?

Myślę, że po prostu musimy iść z duchem czasu. Nie jestem zwolennikiem kopiowania Amerykanów, ale ponieważ tamtejszy rynek telewizyjny jest największy i najbardziej konkurencyjny na świecie, oni zazwyczaj jako pierwsi przechodzą przez zmiany, które potem czekają również nas. Amerykanie uważają na przykład, że lepiej podaje się informacje na stojąco – przekaz jest wtedy bardziej zwięzły i dynamiczny. Tam prowadzący program informacyjny to ktoś, kto ma „oprowadzić” widza po świecie. Jednego dnia jest reporterem i przygotowuje materiał z miejsca, gdzie coś się stało, a następnego dnia wraca do studia. Widz oczekuje nie tylko informacji, ale również wyjaśnienia, dlaczego coś się wydarzyło. Pokazania kontekstu, kulis tych wydarzeń oraz ich konsekwencji. Taki jest mój cel.

Nie żal Ci było porzucać pracy korespondenta w Waszyngtonie?

Nie zrezygnowałem z niej całkowicie. Kiedy na świecie będzie się działo coś ważnego, na pewno tam będę. Mam zamiar relacjonować najistotniejsze wydarzenia, w tym prawdopodobnie wybory prezydenckie w USA. Tego nie da się zrozumieć, będąc w Warszawie. Trzeba odwiedzić duże amerykańskie stany, miasta i wsie. Dopiero wtedy można poczuć, dlaczego Obama ma tak wielką szansę na wygraną i na czym polega jego fenomen.

No właśnie, kto jest Twoim faworytem w wyborach – Barack Obama?

Moim zdaniem, jeżeli ktoś twierdzi, że wie, kto wygra te wybory, to ściemnia albo nie ma pojęcia, o czym mówi. Teoretycznie, gdyby popatrzeć na sondaże, Obama ma największe szanse. W starciu Hillary Clinton – John McCain, według ostatnich sondaży, wygrywa McCain, natomiast w starciu z tym ostatnim łatwo wygrywa Obama. Nie jest wcale przesądzone, że Obama będzie kandydatem partii demokratycznej. Myślę, że to się okaże dopiero w sierpniu, w czasie konwencji demokratów. Niektórzy mówią, że ten polityk ma jeszcze czas, że jest młody. Moim zdaniem, jeżeli ma kiedykolwiek zostać prezydentem, to właśnie teraz jest dobry moment, ponieważ na przestrzeni pół wieku Ameryka jeszcze nigdy tak bardzo nie potrzebowała zmian. Wyjątkowość Obamy polega nie tylko na tym, że to czarnoskóry obywatel, nie bez znaczenia jest również fakt, że jego ojciec pochodzi z Afryki. Kandydat urodził się na Hawajach, chodził do szkoły w Indonezji. Ameryka miałaby po raz pierwszy prezydenta, dla którego Europa jest „średnio ważnym” punktem na mapie. Dotychczas wszyscy prezydenci mieli jakieś europejskie korzenie. Ameryka naprawdę potrzebuje zmiany wizerunku, bo to jest o wiele lepszy kraj, niż sądzi Stary Kontynent i reszta świata.

Ameryka z jednej strony jest postrzegana jako kraj arogancki i zapatrzony w siebie. To fast foody i otyli ludzie. Z drugiej strony to świetne kino (bracia Coen), wybitni pisarze (William Wharton) i dobra whisky. Co Ty sądzisz o tym kraju? Dlaczego Polacy i w ogóle Europejczycy nie mają o nim najlepszego zdania?



Europa może narzekać na Amerykanów, ale jakoś dziwnym trafem 30 mln nielegalnych emigrantów mieszka właśnie tam i jest przerażona wizją deportacji. To jest dużo mądrzejsze państwo, niż się na ogół sądzi. Nie znam drugiego w tym stopniu rozwiniętego kraju, którego obywatele mieliby taki szacunek do władzy. To jest demokracja, ale zupełnie inaczej pojmowana niż w Europie. Amerykanie praktycznie wybierają każdego, kto ma jakikolwiek wpływ na ich życie. W niewielkim Teksasie wybierają sędziego, szeryfa, poborcę podatkowego, burmistrza i mają duży wpływ na to, kto będzie proboszczem. Są przyzwyczajeni, że to oni mogą podejmować decyzje. To, jak bardzo amerykańscy politycy są świadomi, że muszą się ze swych decyzji rozliczać wobec wyborców, jest nie do pomyślenia w Europie. My oddajemy głos na konkretnego polityka, który obiecuje, że będzie walczył o nasze szkoły, drogi i sklepy, a on rzuca się w wir wielkiej polityki i zapomina, skąd jest. Nieprawdopodobny jest też stosunek Amerykanów do przedstawicieli policji. Przeciętny obywatel tego kraju wierzy, że prawo jest po to, aby mu służyło. Jest bardzo życiowe, opiera się na precedensach, nie na wydumanych teoriach. Dotyczy to chociażby sytuacji na drodze. Amerykanie jeżdżą dużo grzeczniej niż Europejczycy. Fenomen polega na tym, że szybciej niż my przenoszą się z punktu A do punktu B.

Powiedziałeś kiedyś, że najbardziej fałszywe wyobrażenie Europejczyków na temat Ameryki dotyczy tamtejszej kuchni.

Może wszystkich teraz zaskoczę: Amerykanie mają absolutnie genialną kuchnię! Nie znam obywatela tego kraju, który jadałby w McDonaldzie albo Burger Kingu. Zresztą jakość fast foodów w Stanach Zjednoczonych jest dużo lepsza niż w Europie.

Uwielbiam jedzenie z Nowego Jorku, z małych budek gastronomicznych. Na ulicy podają pyszne kebaby i shoarmy, na twoich oczach jest krojone przepyszne świeże mięso. Amerykanie mają cudowne steki, trudno konkurować z nimi w tym względzie, bo u nas nie ma takiej wołowiny. Dla Teksańczyka sprawą niemalże honoru jest zrobić najlepszy stek świata.

Jak wygląda życie korespondenta zagranicznego, jeśli chodzi o sprawy kulinarne?

Będąc w Stanach, więcej czasu spędziłem w podróżach niż w samym Waszyngtonie. Namawiam wszystkich, którzy wybierają się za Ocean, żeby zadali sobie trochę trudu i pojechali na Alaskę. To najpiękniejszy amerykański stan – ze wspaniałymi ludźmi i z najlepszym jedzeniem. Można tam zjeść fantastyczne steki, mięso z renifera i wyśmienitego łososia. Jeśli ktoś mówi, że to cudowna dziewicza ziemia, której mieszkańcy są dla siebie mili i gdzie jest dzika, nieskażona cywilizacją natura, nie opowiada bajek. Alaska to stan dziesięć razy większy od Polski, żyje tam pół miliona ludzi. Zdarza się, że mieszkają 10 kilometrów od siebie, ale wiedzą o sobie wszystko. Kiedy sytuacja tego wymaga, zawsze są gotowi sobie pomagać.

Smakowało Ci jedzenie w kultowej restauracji Zen w Waszyngtonie, ale jednocześnie nie ukrywasz, że jesteś zwolennikiem prostych, niespecjalnie wyszukanych dań.

Najlepsze jedzenie, jakie kiedykolwiek jadłem, to tacos, czyli tortilla z mięsa wołowego i warzyw. Tego przysmaku próbowałem w slamsach w Tijuanie, stolicy meksykańskich karteli narkotykowych, leżącej na amerykańsko-meksykańskiej granicy. Najprostsze jedzenie zawsze jest najlepsze. Najbezpieczniej jeść tam, gdzie przewija się dużo ludzi, bo to znaczy, że produkty zawsze są świeże, gdyż ciągle trzeba je uzupełniać. Jeśli jest się w kraju arabskim, nie warto iść do pizzerii, bo Arabowie się w tym nie specjalizują. Podstawowa zasada: jeść lokalne potrawy, nawet jeśli są ostre i dziwnie wyglądają. Podczas pobytu w Iraku wraz z innymi reporterami mieszkaliśmy w hotelu w Bagdadzie, gdzie była francuska restauracja. Po zjedzeniu kolacji wszyscy się zatruli. Ja byłem zdrowy, bo wcześniej posiliłem się zwykłymi plackami, które kupiłem na pustyni od tubylców. Dlatego darowałem sobie restauracyjne jedzenie.



Jazda konna to jedna z Twoich pasji. Dzięki niej poznałeś partnerkę życiową, Karolinę Ferenstain. Czy nadal jest Twoją instruktorką?

Już nie, od kiedy jesteśmy razem. Uważam, że ona jest najlepszą instruktorką, jaką można mieć, ale po co mamy się kłócić? Jeśli ktoś traktuje sport poważnie, nie jak zabawę, i chce coś osiągnąć, to trener nie powinien być zbyt miły i pobłażliwy.

W Stanach grywałem w polo. Moim zdaniem to najcudowniejsza rzecz, jaką można robić, jeżdżąc konno. Niestety to wymaga czasu, zaangażowania grupy osób, boiska oraz kilku koni. Nawet na Mazurach, w Gałkowie, gdzie obecnie mieszkam, przy teoretycznie dużym zapleczu, to nie do zrealizowania.

Jak trafiłeś do stadniny w Gałkowie? Czy wcześniej umiałeś jeździć konno?

Nic a nic, nawet o tym nie marzyłem. 10 lat temu pojechałem na Mazury, żeby zrobić patent żeglarski. To był zimny październik, okropna pogoda, wiało, padało i ciągle jedliśmy jakieś konserwy. Ktoś powiedział, że w stadninie jest świetne jedzenie. I tak się zaczęło. Pojechałem. Rzeczywiście jedzenie okazało się fantastyczne. Potem zobaczyłem, że te konie są całkiem fajne. Zrobiłem patent, ale moja noga nigdy więcej nie postała na żadnym jachcie.
Za to rok temu zakochałem się w helikopterach, właśnie kończę kurs pilotażu.

Która z pań Ferenstain lepiej gotuje, Karolina czy jej mama – Wanda?

Wanda jest nie do pobicia, jeśli chodzi o rydze prosto z patelni. Karolina z kolei robi przepyszne ryby, szczególnie łososia, oraz danie, które kocham – makaron z parówkami i sosem meksykańskim.

Dziennikarstwo nie jest zawodem dla cyników. Żeby go wykonywać, trzeba być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Tak mówił Ryszard Kapuściński. Ale młodzi ludzie, kiedy przychodzą do pracy w mediach, słyszą: pamiętaj, zła wiadomość to dobra wiadomość, bądź pierwszy i pokaż twarz matki, która płacze, bo zabito jej dziecko. To szkoła cynizmu. Co o tym sądzisz?

Nie trzeba się tym specjalnie przejmować. Trudno się ścigać z Ryszardem Kapuścińskim, bo on naprawdę taki był, wszystkich rozbrajał swoją dobrocią, nie deklarowaną, ale szczerą. Kiedyś go spytałem, dlaczego w jego książkach nie ma zdjęć. On zaś odpowiedział: „albo jadę, by napisać reportaż lub książkę o tym, kogo spotkam i co przeżyję, albo robię zdjęcia”. Kiedy robimy zdjęcia, zwalniamy nieco swoją wyobraźnię z obowiązku zapamiętania i zrozumienia obrazu. Trochę jak japoński turysta, który robi zdjęcia Mona Lizy, ale nie przyjrzy się jej, będąc w Luwrze, lecz zrobi to dopiero w Tokio, gdy je wywoła.

Kapuściński niespecjalnie lubił podróżować z kimś, zazwyczaj jeździł sam. Miał absolutną rację, bo jeżeli się podróżuje w towarzystwie, tak naprawdę poznaje się tego drugiego człowieka, a nie miejsce, które się odwiedza. Na wszystko patrzymy wtedy oczami drugiej osoby.

Jeżeli przyjeżdżasz do obcego kraju z rodziną, ludzie traktują cię trochę inaczej, niż gdy przyjeżdżasz samotnie. Rodzina tworzy taką trochę niedostępną, zamkniętą społeczność. Na samotnych podróżników ludzie chętniej się otwierają. Sam tego doświadczyłem, próbując przedostać się z Izraela do Libanu. Samochody zmieniałem chyba 19 razy, a ponieważ, jak wiadomo, taksówkarze są w każdym kraju najlepiej poinformowanymi ludźmi, dowiedziałem się rzeczy, które były dla mnie bezcenne.

„Dyskretny urok wystąpień publicznych” to książka, w której wraz z Tomaszem Kamelem uczysz czytelników trudnej sztuki przemawiania. Sztuka ta może czynić cuda: dodać wdzięku, pomóc zdobyć lepszą pozycję zawodową czy zarobić niezłe pieniądze. Możesz podać kilka podstawowych zasad, które sprawdzają się w praktyce?

Po pierwsze, choć może podcinam teraz gałąź, na której siedzi wielu moich znajomych, naprawdę trzeba skończyć z wynajmowaniem aktorów i dziennikarzy do prowadzenia imprez firmowych.

Należy uczyć prezesów i menedżerów występów publicznych. Dla wielu osób są one paraliżujące. Trzeba mieć przekonanie, że przed nami siedzą ludzie życzliwie nastawieni i że to wyjątkowa okazja, dzięki której mamy wpływ na bieg swojego życia. Słowo bowiem rządzi światem. Wszyscy źli ludzie zdobywali władzę, bo mówili w sposób przekonujący.

Jeśli podczas zebrania potrafimy przekonać szefa do swojego projektu, może to zmienić nasze życie. Jeżeli zaś najlepszy, nawet najbardziej inteligentny inżynier będzie mówił cicho, stojąc z pochyloną głową, nikt nie uwierzy, że to facet, który ruszy z posad bryłę świata. Nie trzeba wymagać od menedżera czy prezesa, żeby był świetnym mówcą, ale o jedno trzeba walczyć – żeby mówił z pasją.

W czasie kampanii wyborczych nic tak nie uskrzydla polityków jak aplauz tłumów. Obecni amerykańscy kandydaci na prezydenta od roku pracują od piątej rano do pierwszej w nocy. Spotykałem ich niekiedy o godzinie 23, tuż po całodniowych wiecach, i oni byli uśmiechnięci, serdeczni, komunikatywni. Pomijając środki farmakologiczne, jakimi z pewnością się wspomagają, przyznać trzeba, że nic nie podbudowuje bardziej niż kontakt z dużą grupą ludzi, którzy na wiecach biją brawo i wznoszą okrzyki. To jest jak niesamowity zastrzyk adrenaliny.

Jakie są Twoje pragnienia, cele na przyszłość?

W życiu człowieka zmienia się bardzo dużo, gdy zostaje rodzicem. Jako młodemu ojcu, teraz najbardziej zależy mi na tym, aby za 20 lat mój syn Konstanty, który teraz ma dziewięć miesięcy, patrzył na mnie z sympatią.

Rozmawiała Marzena Rowicka.

Wywiad pochodzi z magazynu Trendy Food, nr 3(26)/2008
Źródło:
Tematy

Komentarze (2)

dodaj komentarz
~aby
Piotr Kraśko to w porządku facet
~AM
Hezbollah organizuje szkoły, dostarcza żywność i wodę, zapewnia pomoc medyczną?
Szokujące, pomagają swoim? naprawdę?
Stalin i Hitler tez organizowali szkoły i dostarczali swoim wodę.

Jedyna organizacja, która na południu Libanu naprawdę niesie ludziom pomoc ???
A nie słyszał pan panie Piotrze ze ranni Libańczycy
Hezbollah organizuje szkoły, dostarcza żywność i wodę, zapewnia pomoc medyczną?
Szokujące, pomagają swoim? naprawdę?
Stalin i Hitler tez organizowali szkoły i dostarczali swoim wodę.

Jedyna organizacja, która na południu Libanu naprawdę niesie ludziom pomoc ???
A nie słyszał pan panie Piotrze ze ranni Libańczycy byli leczeni w Izraelskich szpitalach?

Wzajemne traktowanie przeciwnika przez „Hezbollah” pozostaje w sferze marzeń.
Nie musze chyba panu przypominać ze wojna wybuchła wskutek porwania, tortur i morderstw izraelskich rannych.

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki