Milczenie mediów, czyli co napędza strach przed dolarem
Po ubiegło tygodniowej zwyżce kursu złotego w relacji do koszyka (złożonego po połowie z dolara i euro) w tym właśnie zakończonym tygodniu mieliśmy do czynienia z powolnym osłabieniem naszej waluty. Przez cały ten tydzień (z wyjątkiem piątku) drożał i dolar i euro, przy czym na skutek wzmocnienia dolara na rynkach światowych szybciej rósł kurs dolara, niż waluty europejskiej.
Tak wyglądały sprawy w krótkim horyzoncie. W dłuższej perspektywie nic nie uległo zmianie. Zarówno kurs koszyka - który utrzymuje się ponad linią wznoszącego trendu (z oporem powyżej na wysokości 4,17 oraz 4,22 złotego za koszyk) - jak też kurs euro (gdzie obecnie trwa korekta ze wsparciem na wysokości 4,0 złotego za euro) utrzymują wysokie notowania. W przypadku dolara nadal mamy do czynienia z wielomiesięczną konsolidacją kursu.
Podobnie żadne istotne zmiany (z punktu widzenia długoterminowego trendu) nie zaszły we wzajemnej relacji kursu dolara do euro. Poziom 1:1 przekraczany jest raz w jedną raz w druga stronę, co potwierdza brak istotności tego poziomu według analizy technicznej. W chwili obecnej możemy mieć do czynienia z długo oczekiwaną konsolidacją notowań w przedziale 0,96-1,02 dolara za euro.
Skoro nie zaszły żadne istotne zmiany na omawianych rynkach, to w swych decyzjach inwestycyjnych należy przyjmować założenia wcześniej obowiązujące (dla przypomnienia: na rynku eur/pln trwa silny trend rosnący, na rynku usd/pln trwa stabilizacja, na rynku koszyk/pln trwa trend rosnący i na rynku eur/usd trwa trend rosnący z chwilową korektą notowań).
Warto wykorzystać ten czas braku gwałtownych zmian do zastanowienia się nad tym, co może nas czekać w przyszłości. Czy zapoczątkowany niedawno nowy trend na rynku dolar-euro(po przekroczeniu 0,96) ma szansę rozwinąć się w dalsze osłabienie dolara, czy może cały ten wzrost z poziomu 0,82-0,83 do poziomu 1,02 był jedynie korektą wieloletniego trendu umacniającego dolara? Czy aż tak bardzo inwestorzy zwątpili w siłę gospodarki amerykańskiej, iż na jakiś czas postanowili przerzucić swe kapitały na wschodni brzeg Atlantyku oraz zachodni brzeg Pacyfiku (vide: drożejący jen)?
Od czasu wielkiego kryzysu lat trzydziestych Ameryka faktycznie szybciej się rozwijała od gospodarki europejskiej. Szybciej też oczyściła nieprawidłowości w działaniu rynku. Zgodnie z tą prawidłowością, i teraz powinna szybciej wyjść z problemów i zacząć odrabiać stracony dystans. Problem w tym, że chyba nie do końca inwestorzy wierzą, iż to co do tej pory usłyszeliśmy (skandale związane z Enronem, World Comem oraz innymi firmami) jest już końcem serii afer. Przyznam iż z niecierpliwością oczekuję wypłynięcia niedługo na wierz spraw związanych z funduszami hedgingowymi w Stanach Zjednoczonych. Chyba większość zapomniała o słynnej aferze z końca lat 90-tych, w której pierwszoplanową rolę odgrywał wielki (ale nie największy) fundusz LTCM (Long Term Capital Management). Czy obecne spadki cen akcji na giełdach całego świata nie spowodują kolejnych kłopotów tego sektora finansów? Już raz FED (co prawda pośrednio, ale jednak) wspomógł chylący się ku upadkowi fundusz. FED wychodził wtedy z założenia, że lepiej wspomóc prywatny biznes i wielkich spekulantów ze znanymi nazwiskami (Scholes, Merton) niż pozolić mu upaść wywołując efekt domina w całym systemie bankowym kraju (a nawet i świata). Precedens został stworzony. Wcześniej w historii spekulanci zwykle pozostawiani byli samemu sobie. Jeśli już ratowano przed krachem, to cały rynek (vide: próba obrony rynku w 1929 roku przez kilka największych banków w USA), a nie tak jak niedawno jeden podmiot.
Celowo przypominam o całym tym zdarzeniu, gdyż ówczesna decyzja FED i ratowanie bankruta zachęciło pozostałych (a nawet i samego zainteresowanego) do jeszcze większej beztroski w spekulacji finansowej. Skoro nie możemy upaść, bo FED nas obroni, to hulaj dusza.... piekła nie ma. Jestem przekonany, iż w chwili obecnej znaczna liczba funduszy typu LTCM jest zaangażowana po uszy w nic nie warto instrumenty pochodne oraz w taniejące w oczach akcje niektórych spółek będących platformą dla inwestycji w instrumenty pochodne. Co prawda podobne fundusze mogą istnieć i w Europie, jednak jeśli nawet, to są to instytucje o rząd wielkości mniejsze od tych z za wielkiej wody.
Za cicho jest na ten temat w mediach. Ja po prostu czuję, że coś złego wisi w powietrzu.... i może właśnie to coś napędza osłabienie dolara na rynkach światowych. Ktoś widocznie (i to niemałe pieniądze) wie troszkę więcej od pozostałych i zapoczątkował swymi działaniami obecny trend na rynkach walutowych. Być może to same wspomniane fundusze hedgingowe starają się w popłochu zmniejszyć swe zaangażowanie, tym samym wywołując mocny ruch cen na Foreksie? Nie wiem, i chyba wiedzą o tym sami zainteresowani.
Jeśli dodamy do tego przygotowania do ataku na Irak (tak wiem, mówi się o tym od dawna, więc powinno to już być dawno w cenach), to zaczyna wszystko być jasna. Dolar jest zbyt ryzykowny w dzisiejszych czasach. Za dużo aktywów zarówno tych bazowych jak i pochodnych zostało zainwestowanych przez dolara, by siedzieć spokojnie i czekać, gdy pod beczką prochu zaczyna tlić się płomień.
Odchodząc na chwilę od spraw związanych z Foreksem polecam spojrzeć na kilka wykresów przedstawiających rentowność amerykańskich obligacji skarbowych. Trwa tam od pewnego czasu silna zwyżka cen tych papierów (silny spadek rentowności), przy czym silniej rosną ceny obligacji 10-letnich niż obligacji 30-letnich. Jeśli spojrzymy na to nieco odmiennie i od długoterminowej krzywej rentowności 30-latek odejmiemy podobną krzywą dla 10-latek, to otrzymana krzywa wynikowa da nam sporo do myślenia. Otóż podobna duża różnica w rentowności obydwu tych papierów miała poprzednio miejsce w 1992 roku (nie licząc roku 2001, bo to ruch w ramach tego samego trendu), czyli tuż przed rozpoczęciem mega hossy na rynku akcji oraz tuż przed zakończeniem trendu umacniania się dolara (od 1992 roku do 2001 dolar zyskiwał na wartości z krótkimi przerwami, wcześniej do 1992 roku trend główny osłabiał dolara). Zapewne bliskość tego poziomu powstrzymuje rzeszę inwestorów przed działaniami panikarskimi. Spora rzesza liczy na szybkie odwrócenie obecnych trendów. I to chyba jest przyczyną powolnego ześlizgiwania się w dół na rynku akcji oraz w dół dolara na rynku walutowym.
Gdyby nie ta wiara - podtrzymywana zresztą przez większość analityków zza Oceanu - to na rynku akcji doszłoby wreszcie do długo oczekiwanego czyszczącego brudy krachu (spadek o 20-25% w jedne dzień) oraz do gwałtownej przeceny dolara (takiej jak w październiku 1998 roku na rynku usd/jpy, gdy dolar stracił na wartości jednego dnia 20% względem jena). Krach nie nadchodzi. Być może właśnie przemilczane przez media fundusze wysokiego ryzyka (szacuję, iż zaangażowanie tych funduszy sięga kwoty 100 bilionów dolarów) starają się cichcem wywinąć z opresji i stąd takie powolne konanie rynków. Biorąc pod uwagę średni dzienny obrót na rynku walutowym eur/usd wynoszącym około 1,5 biliona dolarów, okres nawet jednego roku likwidowania otwartych pozycji (pamiętajmy, iż oprócz transakcji spekulacyjnych mamy też sporą ilość transakcji importowo-eksportowych) może być nie wystarczająco długi.
A co z naszego podwórka? Sprawa nie wyjaśniona jeśli chodzi na najbliższe dni. W dłuższej perspektywie dobre dni złotego wydają się być policzone. Powoli zaczynają wychodzić takie perełki, jak obawy instytucji ratingowych o wypłacalność Rządu Polskiego oraz perspektywa opóźnienia wejścia Polski do Unii Europejskiej. Obecna rentowność długoterminowych obligacji o stałej stopie procentowej jest tylko o 3% wyższa od porównywalnych obligacji krajów UE oraz USA. O te 3% dodatkowego zysku z kuponów walczą już chyba tylko najbardziej ryzykownie inwestujący "zagraniczniki". Dla zwykłego szarego obywatela Polski, który musi podzielić się z fiskusem częścią zarobku na polskich depozytach oraz obligacjach, coraz bardziej opłacalne wydaje się zamiana złotówek na waluty obce i czerpanie korzyści ze wzrostu ich kursu na rynku walutowym. Póki co od takich zysków osoby fizyczne płacić podatku nie muszą. Choć spodziewam się i tutaj pewnych zmian. Skoro można opodatkować wypłatę odszkodowań, to czemu nie opodatkować obrotu dewizami? A najlepiej opodatkować oddychanie. Taki podatek będzie łatwy w poborze (wszyscy oddychają, więc nie będzie uznaniowości) oraz sprawiedliwy (im kto ma większą objętość płuc, tym więcej spala tlenu, i tym większy powinien płacić podatek). To oczywiście żarty z mojej strony. Ale kto wie, co nas jeszcze czeka....
Kończąc życzę udanego tygodnia i przepraszam za tak późne zamieszczenie komentarza. Wszystkim, którzy napisali do mnie prywatnie list z prośbą o kilka słów komentarza, postaram się odpowiedzieć w ciągu kilku najbliższych dni.
Jacek Maliszewski
e-mail:
Jacek.Maliszewski@waw.bankier.pl

























































