Obserwując wskaźniki GUS z wynagrodzeniami rosnącymi o 6,5 proc. r/r w grudniu ubiegłego roku, można odnieść wrażenie, że kryzys już dawno za nami. Warto jednak zwrócić uwagę, że znaczna część tego wzrostu jest neutralizowana wysoką dynamiką cen i efektem niskiej bazy. Pomijając jednak dywagacje na temat efektów statystycznych, sytuacja na rynku pracy nie wydaje się w takim układzie aż taka zła, jak można było się spodziewać jeszcze na początku ubiegłego roku. Oczywiście wzrosła niepewność co do stabilności dochodów w przyszłości, zagrożenie bezrobociem jest ciągle istotną determinantą chociażby planów zakupowych, ale wydaje się, że jest lepiej niż można było sądzić. Nie oznacza to jednak, że jest już całkiem dobrze.
Kłopot inflacyjny jest dużo bardziej znaczący niż mogłoby się wydawać. Inflacja w Polsce ma ciągle charakter wybitnie strukturalny, czyli wynika nie tylko z nadmiernego popytu i zbyt dużej ilości pieniądza, ale ma również charakter kosztowy. ceny nadal regulowane, głównie energii, a także paliw silnie uzależniają koszty życia od czynników zewnętrznych. Walka z tego rodzaju inflacją jest utrudniona, bo tak naprawdę nie jest ona wrażliwa na działania Rady Polityki Pieniężnej. Do jej zwalczania potrzeba raczej reform strukturalnych, które zmierzają do zwiększenia konkurencji na rynku, a w konsekwencji zwiększania możliwości wyboru przez konsumentów.
Przełamywanie naturalnych monopoli idzie jednak w Polsce dość opornie, co niestety przekłada się na dodatkowy „podatek inflacyjny” wynikający z braku właściwego poziomu efektywności w wielu branżach. Przyspieszenie procesów prywatyzacyjnych w 2010 roku wymuszone mizerią budżetową może być tutaj czynnikiem pozytywnym. Większa konkurencja w sektorze energetycznym powinna sprzyjać optymalizacji kosztów życia. Nie oznacza to oczywiście, że natychmiast i wszędzie spadną ceny np. energii elektrycznej. Większa efektywność działania powinna w przyszłości jednak sprzyjać temu, że w ostatecznym rozrachunku będzie można poszukać tańszej alternatywy.
Jeśli mówimy o cenach, to w Polsce ciągle istotna pozostaje kwestia kursów walutowych. O ile złoty jest walutą zasłużoną dla Polski, to w obecnych warunkach globalnych nie do końca spełnia rolę stabilizatora warunków ekonomicznych w gospodarce krajowej. Rosnące znaczenie wymiany handlowej dla budowania dobrobytu w Polsce powoduje, że coraz istotniejsze stają się koszty ryzyka walutowego. I nie chodzi tak naprawdę o konkretny kurs, ale o dynamikę zmiany kursu.
Jeśli w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy zmienność kursu waluty wynosi kilkadziesiąt procent, to raczej trudno mówić o stabilnej walucie. Szczególnie gorzko brzmią w tej perspektywie wypowiedzi wielu analityków, którzy z mądrą miną doradzali CHF, bo przecież to taka stabilna waluta dla denominowanego kredytu mieszkaniowego. Miejmy nadzieję, że w ubiegłym roku dla swoich klientów, którzy często bez pełnej wiedzy stali się spekulantami walutowymi, mieli również jakąś dobrą poradę. Szczególnie wtedy, gdy banki wzywały do podwyższenia zabezpieczeń kredytu, bo ten niemal się podwoił. W tym roku będzie można nieco odetchnąć i może warto pomyśleć o przewalutowaniu kredytu, gdy kurs spadnie.
Złamanie kardynalnej dla klientów indywidualnych zasady: waluta dochodów = waluta kredytu, niejednego kredytobiorcę kosztowała dużo nerwów. Na przyszłość warto zauważyć, że ataki spekulacyjne na złotego mogą być tym intensywniejsze, im bardziej będzie klarować się data wejścia Polski do strefy euro. Czy w takim kontekście dziś wybrać euro? Wydawałoby się, że to pomysł całkiem logiczny, jednak warto spojrzeć na poziom marż. W przypadku szybkiej ścieżki wejścia do strefy kredyty złotowe mogą okazać się kuriozalnie tańsze, gdy WIBOR zostanie zamieniony na stawkę EURIBOR.Kredyty denominowane- mogą być promowane przez niektóre banki, szczególnie te, które tęsknią za realizowaniem zysków ze spreadów i z gry na carry trade. Pomijając kwestie ryzyka walutowego, rynek kredytowy będzie miał olbrzymie znaczenie dla podtrzymania wydatków Polaków w bieżącym roku. Wzrost gospodarczy rządzi się swoimi prawami, karmi konsumpcją i inwestycjami. Upraszczając, można powiedzieć, że współcześnie wręcz obywatelskim obowiązkiem stała się konsumpcja. Napędza ona przecież sprzedaż, a to paliwo nie tylko dla firm, ale również dla budżetu państwa. Polacy to nie Amerykanie jeśli chodzi o poziom konsumpcji, ale w ubiegłym roku pokazali, że można na nich liczyć. Sprzedaż detaliczna pomimo pogorszenia nastrojów konsumpcyjnych w Polsce nie spadała jak w innych krajach. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że jesteśmy krajem na dorobku i startujemy z niższego poziomu. To prawda, ale warto zwrócić uwagę, że zasoby finansowe Polaków okazują się większe, niż można byłoby sądzić. Pewnie ma w tym swój udział duża szara strefa, szacowana przez GUS na czwartą część całej gospodarki. Nie wnikając w aspekty etyczne szarej strefy, niewątpliwie stanowi ona bufor gospodarczy. A gdyby tak jeszcze do tego dodać mniejszą pazerność fiskusa w sferze oficjalnej, byłoby już całkiem dobrze. I tu dochodzimy do sedna problemu roku 2010.
Obciążenia fiskalne i biurokracja powodują, że podstawowym ograniczeniem rozwoju staje się nie brak środków czy też mała aktywność gospodarcza. Problemem podstawowym staje się przeregulowana i źle regulowana gospodarka. Brak dokończenia reform rynkowych staje się kamieniem wstrzymującym rozwój Polski. Politycy przekonani o swojej nieomylności, oferujący cudowne sposoby budowania dobrobytu za pieniądze z budżetu pomijają fakt, że budżet to nie wirtualne zapisy, tylko sięganie głęboko, coraz głębiej do portfeli Polaków. Niedokończona reforma emerytalna, zaniechania w sferze wydatków publicznych i przede wszystkim bałagan prawny - to w tym zakresie mogliby wykazywać się politycy, bez względu na opcję, w jakiej się znajdują. Większość Polaków czeka na konkretne działania, a nie kolejne puste polityczne dysputy w komisjach sejmowych. Czy w 2010 roku jest nadzieja na działania u podstaw, uproszczenie życia przeciętnych ludzi? Okres wyborów nie wróży co prawda dobrze, ale kuriozalnie może sprzyjać poszukiwaniu lepszych sposobów mobilizowania polityków. Polacy ciężko pracujący na swoją przyszłość muszą jednak odezwać się gromkim głosem, aby zagłuszyć hałaśliwe grupki interesu. Do wyborów jest szansa, że być może ktoś ich posłucha, bo później znów politycy skupią się na sobie. Bogusław Półtorak,
Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.
![]() | Zobacz nową wersję zakładki Finanse Osobiste |




























































