Kiedy trwa hossa, nietrudno zadowolić tysiące klientów. I przyciągać wielu następnych. Jeszcze pod koniec 2007 r., mimo pierwszych oznak bessy i paniki na giełdach, towarzystwa funduszy inwestycyjnych nie narzekały na brak gotówki. Inwestorzy wciąż bowiem liczyli na dwucyfrowe zyski (w przypadku agresywnych funduszy). Nadzieje okazały się płonne – a euforia na rynkach akcji zakończyła się paniczną ucieczką z rynków kapitałowych. Aktywa krajowych TFI stopniały od szczytów w październiku 2007 r. o ponad połowę – do 70,9 mld złotych. A zawierają się w tym zarówno straty wynikające ze spadków na giełdach, jaki i masowe umorzenia jednostek.
Nic dziwnego, że TFI zaczęły szukać rozwiązań mających zatrzymać odpływ pieniędzy. Szczególnie od tych graczy, którzy dysponują milionami złotych, dlatego że tacy klienci są najcenniejsi. Jedne towarzystwa stawiają na specjalistyczne produkty inwestujące na przykład na egzotycznych rynkach akcji, inne kuszą surowcami. Dla najbogatszych klientów tworzone są prywatne zamknięte fundusze inwestycyjne (FIZ) i fundusze inwestycyjne zamknięte aktywów niepublicznych (FIZ AN).
I w jednych, i drugich standard obsługi przypomina ofertę wealth management (FIZ-y są zresztą ważnym jego elementem). TFI buduje taki fundusz dokładnie pod oczekiwania klienta, a potem zajmuje się jego zarządzaniem.
FIZ-y do oferty jako pierwszy, jeszcze przed bessą, wprowadził BRE Bank i były dostępne dla klientów bankowości prywatnej. Potem ci sami specjaliści, którzy odpowiadali za sukces projektu, trafili do Skarbca TFI (na przykład Piotr Kuba, który dzisiaj jest wiceprezesem tej firmy), spółki z grupy kapitałowej BRE. Obecnie, chociaż towarzystwo przeszło pod skrzydła innego właściciela (Enterprise Investors), wciąż jest jednym z ważniejszych graczy na rynku zamkniętych funduszy inwestycyjnych. Oprócz niego w tym sektorze liczy się kilka innych TFI: Ipopema, Opera i Forum. To ostatnie warte jest szczególnej uwagi. Firmę założył Jakub Tropiło (poprzednio prezes PTE PZU) wraz z właścicielami Kancelarii Radców Prawnych Oleś & Rodzynkiewicz. Ścisła współpraca z jedną z najbardziej znanych na rynku kapitałowym firm prawniczych daje towarzystwu know-how niedostępne większości rynkowych rywali.
Prywatne fundusze inwestycyjne przyciągają duże pieniądze nie bez powodu. Rozwiązanie to ma wiele zalet. Dla inwestorów ogromne znaczenie ma możliwość uporządkowania rodzinnego majątku i sprawnego przekazania go następcom. Tak jak dla Jana Kolańskiego, prezesa i głównego udziałowca grupy kapitałowej Jutrzenka (Jutrzenka, Kaliszanka i Ziołopex).
W lipcu 2008 r. wniósł on 10 proc. akcji producenta słodyczy (wartość ok. 50 mln zł) do funduszu zamkniętego zarządzanego przez Ipopema TFI. Jak sam wtedy mówił, takie posunięcie miało na celu stworzenie wehikułu inwestycyjnego dla niego i najbliższej rodziny.
– To istotna zaleta tego typu rozwiązań – podkreśla Maciej Jasiński, wiceprezes Ipopema TFI. – Wiele osób chce zinstytucjonalizować rodzinny majątek i ułatwić sobie przekazanie go następnemu pokoleniu, które nie zawsze ma pomysł na biznes. Tak postąpił Edmund Mzyk, na którego życzenie Opera TFI stworzyło Karolina FIZ (od imienia córki Mzyka), w którym znalazły się między innymi jego udziały w spółkach Paged i Yawal. Mzyk zdecydował się poświęcić hobby i wypoczynkowi, a że jego dzieci wybrały inny sposób na życie, pozostawił zarządzanie majątkiem fachowcom.
Swoje prywatne fundusze stworzyli także Mariusz Świtalski (założyciel Żabki, Biedronki i Eurocashu ma Sowiniec FIZ zarządzany przez Copernicus Capital TFI) i właściciel J.W. Construction Józef Wojciechowski, który Sezam II FIZ (Skarbiec TFI) wykorzystał do sprzedaży części udziałów czołowego polskiego dewelopera podczas debiutu giełdowego. W kontekście takich rozwiązań pojawiają się też nazwiska Aleksandra Lesza (założyciel Soft- banku), Tomasza Czechowicza (fundusz MCI Management), Jerzego Mazgaja (Paradise Group) oraz braci Pawła i Mariusza Szataniaków (firma Pamapol).
Dla wielu inwestorów obok kompleksowego zarządzania majątkiem niebagatelne znaczenie ma także odsunięcie w czasie płatności na rzecz fiskusa. – W wypadku zamkniętych funduszy inwestycyjnych mówimy o odroczeniu, a nie zwolnieniu z płacenia podatku – zaznacza Piotr Kuba, wiceprezes Skarbiec TFI, odpowiedzialny w firmie za produkty. – Atrakcyjność tego rozwiązania polega na tym, że odprowadza się go dopiero po sprzedaży certyfikatów, nie rozliczając pojedynczych transakcji w poszczególnych latach.
W rezultacie, zamiast płacić urzędowi skarbowemu daninę co roku (za zrealizowane w ostatnich dwunastu miesiącach zyski), inwestor odprowadza podatek dopiero wówczas, kiedy pobiera pieniądze w wyniku zbycia certyfikatów funduszu, co może nastąpić za kilka, a nawet kilkanaście lat.W tym czasie pieniądze, zamiast co roku wędrować do kasy skarbówki, są reinwestowane, a także pracują dalej, generując wyższe zyski. W rezultacie więcej zarabia i klient, i… fiskus (mechanizm oraz korzyści w tabeli na stronie 94). Niemniej jednak baza potencjalnych klientów nie ogranicza się tylko do inwestorów indywidualnych.
– Około 40 procent naszych klientów to korporacje – informuje Jakub Tropiło, prezes Forum TFI, które w zamkniętych funduszach zgromadziło prawie dwa miliardy złotych. – Wśród nich znajdują się między innymi notowane na warszawskiej giełdzie firmy Comarch i Gant oraz specjalizująca się w budowie, a także rewitalizacji budynków mieszkalnych oraz biurowych spółka Mermaid Properties. Firmy decydują się na zamknięte fundusze nie tylko ze względu na oczywiste, opisane już korzyści podatkowe. Nie mniej istotną cechą takich wehikułów jest to, że w jednym FIZ AN można „zamknąć” wszystkie spółki zależne i posiadane nieruchomości (tu zwykle nie bezpośrednio, ale poprzez spółkę celową). Dzięki temu firma raportuje akcjonariuszom tylko wyniki funduszu i nie musi się rozdrabniać na opisywanie wyników każdego z podległych przedsiębiorstw.
To nie wszystko. Warte uwagi rozwiązanie przygotowali specjaliści ze Skarbca TFI. Otóż przygotowano tam fundusz dla jednej ze spółek giełdowych (informacja – dla której, jest niejawna), spełniający w niej funkcję... motywacyjną. I zastępuje przyznawanie pracownikom opcji na akcje. Zatrudnieni w firmie mają dostęp do informacji niejawnych i mogliby spekulować kursem papieru. Żeby tego uniknąć, zamiast udziałów w firmie wręcza się im certyfikaty funduszu, których wartość jest zależna od kursu akcji. Warto tutaj zaznaczyć, że odkupienie certyfikatów FIZ-u zazwyczaj odbywa się raz w miesiącu albo jeszcze rzadziej, a dzięki temu nie ma mowy o spekulacyjnym handlu.
Zanim zacznie się liczyć zyski, trzeba nie tylko zainwestować kapitał, ale i ponieść dość wysokie, dla przeciętnego inwestora, opłaty. Można podzielić je na dwie grupy: koszty zewnętrzne i koszty wynagrodzenia TFI. Pierwsza obejmuje między innymi wynagrodzenie depozytariusza, prowadzenie księgowości, wynajęcie audytora, obowiązkowe publikacje, raporty i inne czynności wynikające najczęściej z prawa. Te opłaty są w zasadzie stałe. Można oszacować, że przeciętnie wynoszą 150 – 250 tys. zł rocznie. Jest też, tak jak w standardowych funduszach, opłata za zarządzanie.
– Jej wysokość zależy od dwóch rzeczy: polityki inwestycyjnej i wartości aktywów – wyjaśnia Tomasz Korab, wiceprezes Opera TFI. – Im bardziej wyrafinowana strategia, tym opłata wyższa. Odwrotnie z aktywami. Gdy rośnie finansowy wkład klienta, spadają koszty za zarządzanie.
Ostatecznie stawki są podobne do tych, jakie obowiązują w firmach asset management. Przy prowizji od wartości portfela płaci się nie więcej niż 2 – 2,5 proc. w skali roku, warto jednak pamiętać, że zawsze można i wręcz trzeba je negocjować. Wszak 0,5 pkt procentowego przy portfelu wartym 50 mln zł to 250 tys. zł oszczędności.
Kilkadziesiąt milionów złotych jest zresztą niezbędnym minimum, by rozważać wejście do FIZ-u. – Owszem, możemy stworzyć fundusz nawet dla osoby posiadającej aktywa na poziomie trzech czy pięciu milionów, ale wtedy dużą część zysku pochłoną opłaty – mówi Piotr Kuba ze Skarbca TFI, który dla tej grupy produktów zarezerwował nazwę „Sezam”. Chociaż, oczywiście, wiele zależy od przyjętej strategii i umiejętności zarządzających.
– Wszystko zależy od rentowności danego przedsięwzięcia – dodaje Jakub Tropiło z Forum TFI. – Jeśli portfel wart 100 mln przynosi tylko milion złotych zysku, takie rozwiązanie nie ma już sensu. Ale może się zdarzyć 10-milionowy portfel o 50-procentowej rentowności i wtedy sprawa wygląda zupełnie inaczej.
Dla wielu inwestorów znaczenie ma czas mijający od złożenia deklaracji przez inwestora do uruchomienia funduszu. Zbudowanie swojego TFI od zera trwa – w zależności od okoliczności nawet ponad rok. Znacznie szybciej możne powstać FIZ, lecz i to wymaga trochę czasu. Zaczyna się od spotkań potencjalnego inwestora z przedstawicielami TFI, podczas których ustalane są coraz bardziej szczegółowe parametry produktu, dlatego że skoro ma być on szyty na miarę, najpierw trzeba tę miarę pobrać. Do ustalenia są zasady inwestowania (przecież najważniejszym celem klienta jest majątek mnożyć, a nie go trzymać), wypłaty dywidendy, podejmowania decyzji o zakupie bądź sprzedaży aktywów czy emisji. W końcu gdy kluczowe założenia są już gotowe, TFI składa wniosek do Komisji Nadzoru Finansowego (chyba że ma pod ręką gotowe rozwiązanie pasujące do potrzeb klienta, wtedy ten etap zostaje pominięty). Wniosek spędza w KNF od paru tygodni do kilku miesięcy.
– Ostatnio musieliśmy czekać pół roku, a fundusz, który chcieliśmy uruchomić, wcale nie był bardzo skomplikowany – mówi Jakub Tropiło. – Średnio czas oczekiwania na zgodę nadzoru wynosi półtora miesiąca, do dwóch. Czasami klienci potrzebują natychmiastowego rozwiązania i dlatego towarzystwa starają się zawsze mieć na podorędziu kilka standardowych funduszy, które w razie nagłej potrzeby można szybko zarejestrować w sądzie i uruchomić. Taka rejestracja trwa średnio do miesiąca. Prawie zawsze jednocześnie występuje się jeszcze o interpretację podatkową, żeby nie było wątpliwości co do zasad fiskalnego obowiązku. Lub też jego braku.
Rodzina Dudów zdecydowała się na utworzenie własnego towarzystwa – Opoka TFI. Tyle że to rozwiązanie dla bardzo małej grupy klientów, ponieważ wymaga także więcej czasu i kapitału; skorzystanie ze skrojonego na miarę wehikułu inwestycyjnego z oferty TFI jest po prostu wygodniejsze.
Popyt na zamknięte fundusze cały czas ma tendencję wzrostową. Na początku grudnia 2008 r. w Komisji Nadzoru Finansowego na akceptację czekały 83 fundusze inwestycyjne. – W tej liczbie jest aż 71 funduszy zamkniętych, w tym 64 to FIZ-y niepubliczne – informuje Łukasz Dajnowicz, rzecznik prasowy KNF.
A ten wzrost może jeszcze przyśpieszyć, rozważa się bowiem zmianę przepisów, która ma zezwolić TFI na tworzenie tego typu produktów z pominięciem zgody komisji. Otrzymywałaby ona tylko informację o powstaniu funduszu oraz okresowe raporty z jego funkcjonowania. Ułatwiłoby to pracę towarzystw i popularność FIZ-ów by wzrosła, ale... każdy kij ma dwa końce. Niektórzy uważają, że nadzór jest potrzebny, gdyż zwiększa wiarygodność rozwiązań i dzięki niemu klienci czują się bezpieczniej. Inni z kolei twierdzą, że wystarczy audytor (co zresztą odróżnia FIZ-y od usługi asset management) i dyskusja trwa.
Nawet jednak już dzisiaj TFI mają sporą swobodę w tworzeniu zamkniętych funduszy. Co tak naprawdę ma największe znaczenie dla klienta, dlatego że inwestorzy – w zależności od tego, czy chcą – mogą wpływać na decyzje zarządzających bądź pozostawić wszystko w gestii ekspertów. Obowiązujące zasady ustala się, tworząc status.
– Na kluczowe decyzje może mieć wpływ zgromadzenie lub rada inwestorów – wyjaśnia Tomasz Korab z Opera TFI. – W naszym wypadku klienci pozostawili najważniejsze kwestie w ręku zarządzających. Z jednym wyjątkiem. W funduszu Aida niektóre decyzje inwestycyjne wymagają zatwierdzenia właśnie przez radę inwestorów.
Rozwiązaniem alternatywnym dla zakładania FIZ-ów (choćby ze względów podatkowych, ale nie tylko) jest taka konstrukcja prawna majątku, by podlegał on legislacji na Cyprze lub w bardziej prestiżowym Luksemburgu. Takie rozwiązanie daje podobne korzyści jak FIZ i jest nawet nieco tańsze. – Problem w tym, że takie rozwiązania nie cieszą się dobrą sławą – mówi Daniel Ścigała, dyrektor BRE Private Banking & Wealth Management. – FIZ to najbardziej transparentne rozwiązanie w optymalizacji podatkowej. Bilansuje zyski ze stratami, a przy tym jest pod kontrolą KNF, co daje klientom pewność i bezpieczeństwo.
Tymczasem rejestracja działalności gospodarczej na Cyprze czy w Luksemburgu, mimo że w pełni zgodna z prawem, wciąż przez wiele osób uznawana jest za działanie na jego pograniczu.
Marcin Krasoń


























































