Mijają trzy miesiące od nieudanego zamachu stanu w Turcji, który doprowadził do dużego przetasowania sceny politycznej i znacznie wzmocnił władzę prezydenta Erdoğana. Jego cele pozwala realizować przede wszystkim stan wyjątkowy, który wydaje się na dłużej zagościć nad Bosforem.
Stan wyjątkowy w Turcji wprowadzono 20 lipca, czyli 5 dni po zakończonej porażką próbie obalenia prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana przez wojsko. Początkowo miał on trwać 90 dni i służyć przywróceniu stabilności państwa w sytuacji, kiedy część puczystów wciąż była na wolności, a stanowisko niektórych jednostek wojskowych nie było jasne. Dziś już wiadomo, że ograniczanie swobód obywatelskich potrwa „trochę” dłużej. Na razie przedłużono je o kolejny kwartał, ale można oczekiwać, że i po tym czasie nie zostanie zniesione. Umocnienie władzy, które niesie stan wyjątkowy i możliwości, które on daje są dla Erdoğana zbyt wygodne.
Pierwszym przejawem polityki po 15 lipca były czystki przeprowadzane w zinfiltrowanej przez puczystów armii. Później zaczęły one jednak zataczać coraz szersze kręgi i dotykały każdego, kto był choćby podejrzany o współpracę z FETÖ, czyli „Grupą Terrorystyczną Fethullaha Gülena”, która została z miejsca oskarżona o przeprowadzenie przewrotu. Przez lata zdobywała ona w Turcji wpływy, infiltrując instytucje rządowe. Z tego powodu fala zwolnień i aresztowań wkrótce dosięgła policję oraz wymiar sprawiedliwości. Zatrzymano około 2400 sędziów, w tym dwóch sądu konstytucyjnego.
Ruch Gülena to przede wszystkim organizacja edukacyjna z setkami szkół na całym świecie. Z tego powodu czystki niedługo dosięgły oświaty. Pracę straciło około 75 tys. nauczycieli placówek różnego stopnia. Najgorsze represje stały się udziałem nauczycieli akademickich. Wszyscy dostali zakaz opuszczania kraju, a około 2500 trafiło za kraty, gdzie będą prawdopodobnie miesiącami czekać na procesy. Liczne są doniesienia o torturach.
Stan wyjątkowy okazał się także doskonałym pretekstem do zrobienia porządku z mediami. Te związane z Gülenem były zamykane jeszcze przed próbą puczu. Ograniczanie wolności słowa wraz z wprowadzeniem stanu wyjątkowego się tylko nasiliło. O "wspieranie organizacji terrorystycznej" i "rozpowszechnianie terrorystycznej propagandy" zaczęli być oskarżani wszyscy dziennikarze, którzy z różnych powodów się władzy nie podobali. Większość mediów, które działały nie po linii rządowej zamknięto. Łącznie było to prawie 200 gazet, stacji radiowych i telewizyjnych. Liczba dziennikarzy przebywających za kratami przekroczyła 130.
Zlikwidowano także większość mediów kurdyjskich, które nie miały szans być powiązane z Gülenem. Najbardziej absurdalny przykład to zdjęcie z anteny za "promowanie terroryzmu" stacji Zarok TV, która puszczała zagraniczne kreskówki dla dzieci tłumaczone na język kurdyjski.
Na tej mniejszości etnicznej negatywnie odbijał się zresztą każdy zamach stanu w historii Turcji. Nie inaczej było i tym razem. Stan wyjątkowy umożliwił prezydentowi wydanie dekretu, na mocy którego odwołano demokratycznie wybrane władze w 24 samorządach, w których lokalne wybory wygrały partie składające się z działaczy kurdyjskich. Na ich miejsce wyznaczono rządowych komisarzy. Nasiliło to tylko konflikt w tym regionie, a politycy rządzącej partii AKP zaczęli być ofiarami morderstw ze strony kurdyjskiej bojówki PKK.
Można spodziewać się, że przeprowadzane po puczu czystki zaczną zataczać coraz szersze kręgi i będą dotykać coraz liczniejszej grupy ludzi. Na razie napotkały one na bariery techniczne. Nie da się zamknąć wszystkich niepasujących i podejrzanych urzędników, aby nie wpłynęło to na sprawność państwa. Także liczba miejsc w więzieniach jest ograniczona. Aby zrobić miejsce dla aresztowanych po próbie puczu, zwolniono do domów 38 tys. prawdziwych kryminalistów.
To z pewnością nie jest koniec czystek. Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało oddanie do użytku w ciągu najbliższych 5 lat 174 nowych więzień, co zwiększy pojemność tureckiego systemu penitencjarnego o ponad 100 tys. osób. To pokazuje, w którym kierunku ten kraj będzie zmierzał w najbliższym czasie.
Swoją wzmocnioną pozycję prezydent wykorzystuje także w gospodarce. Powszechnie znane jest jego zamiłowanie do niskich stóp procentowych w gospodarce, które dają wytchnienie kredytobiorcom, a więc wyborcom. Do tej pory presję na obniżanie kosztu pieniądza odczuwał głównie bank centralny, teraz stało się to także udziałem banków komercyjnych. Na początku sierpnia Erdoğan stwierdził, że oprocentowanie kredytów hipotecznych jest skandalicznie wysokie i opór przed jego obniżeniem zostanie potraktowany jako „zdrada”. Banki wzięły to stwierdzenie do siebie i ścięły oprocentowanie średnio o 2 punkty procentowe.
Napiętą sytuację polityczną biorą pod uwagę także inwestorzy sceptycznie podchodząc do Turcji. Nieudana próba puczu przerwała hossę na giełdzie w Stambule, a jej główny indeks BIST100 nadal utrzymuje się na poziomie o 6 proc. niższym niż 15 lipca. Agencje Moody’s i S&P obniżyły rating kraju do poziomu śmieciowego w obawie o poszanowanie zasad państwa prawa.
Wzrost PKB już wcześniej miał tendencję spadkową w związku z destabilizacją wywołaną przez wzrost zagrożenia związanego z terroryzmem i napięte relacje z Rosją, jednak pogorszenie sytuacji związane z nieudanym puczem okazało się względnie umiarkowane. Prognozy mówią o wzroście gospodarczym rzędu 3,2 proc. w roku 2016. Dodatkowo rząd planuje wsparcie przy pomocy impulsu fiskalnego, co zwiększy deficyt budżetowy do 1,6 proc. PKB w tym i 1,9 proc. w przyszłym roku. Nie jest to przyjmowane entuzjastycznie, bo wpływa negatywnie na wiarygodność kredytową rządu. Co prawda dług publiczny jest w Turcji niski i wynosi nieco ponad 32 proc. PKB, ale wysoki jest dług prywatny, szczególnie zagraniczny. Trudno jest przewidywać, jak na gospodarkę w długim terminie wpłynie wzrost znaczenia głosu jednego człowieka. Właśnie tego obawiają się agencje ratingowe.
Lider jednej z opozycyjnych partii, nacjonalistycznej MHP Devlet Bahçeli, stwierdził, że prezydent Erdoğan skupił w swoim ręku całą władzę i nic sobie nie robi z konstytucji. Dodał jednak, że ten stan rzeczy należy albo zmienić, albo zalegalizować i o dalszej drodze powinien zadecydować naród. Zadeklarował tym samym poparcie swojej partii dla referendum na temat zmiany ustawy zasadniczej i wprowadzenia w Turcji systemu prezydenckiego. Erdoğan tylko na to czekał, bo właśnie głosów MHP brakowało mu do zainicjowania referendum i spełnienia swojego od dawna realizowanego marzenia – przejęcia pełni władzy w kraju.
Niezależnie od tego, kto podłożył ogień, "turecki Reichstag" został podpalony. Dzięki temu turecki prezydent wprowadza korzystne dla siebie reformy i eliminuje z życia publicznego niewygodne dla siebie osoby. Nie wiadomo, kiedy w Turcji zostanie zniesiony stan wyjątkowo, ale gdy się to stanie, będzie to zupełnie inny kraj.


























































