Tłok w pociągach obnażył deficyt floty, na który rynek nie ma natychmiastowej odpowiedzi: od podpisania umowy do wyjazdu nowego składu na tory mija dziś nawet pół dekady. Zamiast czekać na zakończenie wieloletnich procedur produkcyjnych, przewoźnicy przeczesują rynek wtórny w poszukiwaniu dostępnych od ręki wagonów - podaje "Rzeczpospolita".


W 2026 roku z usług polskiej kolei skorzysta 470 mln pasażerów, a już w kolejnym sezonie liczba ta ma osiągnąć pułap pół miliarda. Rekordowe tempo dyktuje przede wszystkim PKP Intercity: po obsłużeniu 89,2 mln podróżnych w 2025 roku (skok o 14 proc. rok do roku) tegoroczne prognozy zakładają 96 mln osób.
Skokowy popyt generuje jednak dotkliwy deficyt taboru. Choć dalekobieżny przewoźnik zabezpieczył w strategii do 2030 roku blisko 28 mld zł na inwestycje, fabryki zasypane zleceniami nie są w stanie nadążyć z dostawami nowych składów.
Setki wagonów to wciąż za mało
Mimo odebrania 270 wagonów od 2024 roku i planu dostawy kolejnych 229 pojazdów do końca 2027 roku, PKP Intercity wciąż brakuje pociągów. Przy prognozie ponad 110 mln pasażerów rocznie w perspektywie czterech lat, nowe zakupy mogą okazać się niewystarczające.
Odpowiedzią PKP Intercity na dotkliwy deficyt taboru mają być zakupy na rynku wtórnym. Po ubiegłorocznym nabyciu 50 używanych wagonów od Deutsche Bahn za kwotę 22 mln euro polski przewoźnik zamierza dokupić od niemieckich kolei kolejnych 96 jednostek. Jak potwierdziła spółka, w Berlinie odbyły się już wstępne negocjacje. Choć transakcja wywołała polityczne kontrowersje, a parlamentarna opozycja zarzucała sprowadzanie "niemieckiego szrotu", prezes PKP Intercity Janusz Malinowski broni decyzji, określając ją jako niezbędny krok pomostowy pozwalający natychmiast zwiększyć liczbę miejsc dla pasażerów.

Finał rozmów opóźni się jednak z uwagi na niespodziewane przesunięcie przez stronę niemiecką terminu składania ofert z końca listopada na grudzień.
oprac. WM































































