Często mówi się o foreksie (forex to po prostu kolokwialny skrót od “foreign exchange” – punktu wymiany walut; możemy mówić o czymś w rodzaju globalnego kantoru z nieco bardziej zaawansowanymi funkcjami), że jest to rynek wiecznej hossy. Zmieniające się kursy walut powodują, że zawsze można zarobić na wzroście wartości jednej waluty i spadku drugiej. Zawsze istnieje więc jakiś trend wzrostowy.
Korzystnie inwestować można więc stale, niezależnie od tego, czy kraj, z którego inwestor pochodzi, przeżywa aktualnie okres prosperity czy recesji. To różni go np. od rynku akcji. Można powiedzieć, że jedynie forex daje możliwości zarabiania zawsze i wszędzie oraz oferuje możliwość sięgania po zyski prawdziwie niezależne od koniunktury gospodarczej, giełdowej czy jakiejkolwiek innej. Stąd określenie wiecznej hossy na nim trwającej.
Prawdziwe oblicze foreksu – zwłaszcza w odniesieniu do inwestorów indywidualnych – zasługuje jednak raczej na określenie wiecznej bessy. Nawet bardzo optymistyczne szacunki X-Trade Brokers – domu maklerskiego oferującego w Polsce możliwość inwestowania na rynku walutowym – wskazują, że dwie trzecie inwestorów traci na nim pieniądze, a jedna trzecia osiąga zyski. Prawda może być nawet bardziej bolesna – bliższym prawdy może być twierdzenie, że w długim terminie 90 proc. indywidualnych inwestorów grających na foreksie traci swoje pieniądze, 5 proc. wychodzi mniej więcej na zero, a pozostałe 5 proc. zarabia.
Te ostatnie 5 proc. to najczęściej byli dealerzy bankowi, którzy po latach doświadczeń w banku postanowili przejść na własny rachunek. I grupa szczęściarzy, którzy opanowali reguły tego rynku w wystarczającym stopniu by zrozumieć, że wszystko co można zrobić, to inwestować zgodnie z trendami, bez względu na własne przemyślenia dotyczące stabilności takich gospodarek jak USA, strefa euro, Polska czy jakakolwiek inna.
Czym jest forex?
Próbując zrozumieć współczesny rynek walutowy trzeba wczuć się trochę w rolę Neo, któremu Morfeusz tłumaczył czym jest wirtualny świat Matriksa. Z jednej strony międzynarodowy rynek walutowy jaki znamy istnieje od wczesnych lat 70., kiedy zrezygnowano z układu w Bretton Woods, wedle którego kursy franka francuskiego i brytyjskiego funta były ściśle powiązane z dolarem, którego wartość z kolei zależała od ceny uncji złota (35 USD za uncję). Ten układ jest już jednak faktem historycznym, od ponad 30 lat rynek wymiany walutowej jest całkowicie wolny.
W zamierzeniu twórców uwolnienie kursów walutowych miało ułatwić handel międzynarodowy. I tak rzeczywiście się stało. Dziś forex obecny jest wszędzie. Tankujesz samochód – wpływ na cenę benzyny ma kurs walutowy. Kupujesz chiński podkoszulek, japoński samochód, kawę czy gumę do żucia – wszędzie tam gdzie towar jest importowany, albo choćby część jego składników pochodzi z wymiany międzynarodowej – stajesz się pośrednim uczestnikiem foreksu. Na wolnej wymianie walut opiera się handel międzynarodowy.
Z jednym ale. O ile w 1971 roku jednego dnia zawierano na świecie transakcje walutowe o wartości 5 mld dolarów, to w 2007 r. może to być wedle różnych szacunków 3 do 7 bln dolarów dziennie. Biorąc pod uwagę tę niższą wartość, światowy rynek walutowy potrzebuje zaledwie niecałych trzech tygodni, by przehandlować całoroczny światowy PKB (ok. 40 bln dolarów), a w przypadku tej wyższej wartości wystarczy mu do tego sześć dni.
Tutaj dochodzimy do owej matriksowej części rynku. Kiedy na rynku forex przeprowadzano wyłącznie wymianę walut wspomagającą międzynarodowy handel, był to rzeczywiście rynek transakcji zabezpieczanych jednocześnie transakcjami towarowymi. Ale wraz z jego rozwojem pojawiały się transakcje o charakterze spekulacyjnym, które dziś stanowią nawet ponad 90 proc. wszystkich zawieranych. Przy czym większość z nich to transakcje lewarowane długiem przy użyciu kontraktów terminowych. W rzeczy samej, te transakcje mają charakter wirtualny, dziś posiadacz 10 tys. dolarów może bez przeszkód zawrzeć transakcję o wartości 2 mln dolarów, których nigdy nie miał i pewnie mieć nie będzie. Stąd przyrównanie foreksu do wirtualnego świata – to handel na niespotykaną skalę, pieniędzmi, które nigdy nie istniały.
Z powodu silnego lewarowania transakcji na rynku walutowym jest on zarówno doskonałym miejscem do inwestycji czysto spekulacyjnych, ale jednocześnie potencjalnym źródłem kłopotów dla światowej gospodarki. Dziś to nie światowy handel wpływa na kurs walut, lecz transakcje spekulacyjne (tych jest więcej) na światowy handel. Nie mniej, wedle obowiązującej doktryny rynek walutowy jest najpłynniejszym z możliwych, wobec czego także najbezpieczniejszym. Pod pojęciem “bezpieczny” rozumie się tutaj próby manipulacji rynkiem – żaden pojedynczy inwestor, czy nawet ich grupa, nie jest w stanie długoterminowo wpłynąć na zmiany kursów walutowych swoim świadomym działaniem.
Nawet interwencje banków centralnych na rynkach walutowych – zwykle w celu obrony rodzimej waluty przed jej zbytnim osłabieniem czy umocnieniem – dają zwykle efekty tylko krótkoterminowe.
Inwestycje kasowe
Mało kto mówiąc o inwestycjach walutowych ma na myśli kasowy obrót, czyli sytuację, w której inwestor idzie do kantoru czy banku i zamienia posiadaną walutę na inną. Owszem takie sytuacje wciąż mają miejsce, ale dotyczą potrzeb handlowych (turystycznych), rzadko kiedy mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ktoś idzie do kantoru, żeby zamienić złotówki np. na dolary czy euro, ponieważ uważa to za dobrą inwestycję. Tymczasem takie możliwości inwestowania istnieją i są daleko bardziej bezpieczne od nowoczesnych form, o których niżej.
Ponieważ trendy na rynkach walutowych mają zwykle charakter wieloletni, ich odpowiednie rozpoznanie i wykorzystywanie może przynieść zyski w granicach kilkudziesięciu procent przez okres np. trzech-czterech lat (tyle zwykle trwają trendy na tym rynku). W obecnej sytuacji rynkowej – kiedy złoty jest w trendzie rosnącym, a kurs euro i dolara spada już od czterech lat, wielu inwestorów zapomniało już o takiej funkcji rynku walutowego.
Kupione w kantorze czy banku waluty o wiele rozsądniej przechowywać jest w banku niż w szufladzie z bielizną, ponieważ w banku możemy liczyć na ich oprocentowanie, które pozwala albo zminimalizować niekorzystne skutki umocnienia złotego, albo przysporzyć dodatkowych zysków, jeśli złoty zacznie tracić na wartości.
Jeszcze bardziej efektywną formą inwestycji walutowej jest nabycie jednostek funduszy inwestycyjnych lokujących w obligacje nominowane w walutach obcych. Oprocentowanie obligacji jest bowiem znacząco wyższe niż lokat walutowych, wobec czego ich wpływ na wartość portfela jest wyższy. Dla przykładu oprocentowanie obligacji 10-letnich niemieckiego rządu w euro wynosi obecnie 3,9 proc. (na początku maja). Kupując takie obligacje (za pośrednictwem domu maklerskiego) wyjdziemy na swojej inwestycji na zero, nawet jeśli kurs euro spadnie do złotego o 3,9 proc. Czyli np. z 3,60 do 3,46 złotego. Oprocentowanie obligacji pozwoli bowiem na odrobienie strat – dokładnie w takim stopniu – powstałych z umocnienia złotego. Jeśli złoty umocni się mniej, lub nawet spadnie, wówczas inwestor będzie miał na koncie nominalny zysk.
Inwestycje spekulacyjne
Słowniczek tradera walutowego |
|
|
Czym się różni bips od pipsa Rynek walutowy wykształcił swój własny język, a jego elementem są dziwaczne nieraz słówka, które bywają źródłem nieporozumień. Gdy usłyszysz o bipsach, musisz wiedzieć, że chodzi o zmianę punktów procentowych (basic points), które odnoszą się do rynku pieniężnego – stóp procentowych. Pips to z kolei najmniejsza zmiana, o jaką może się zmienić kurs waluty – zwykle jest to setna część grosza albo centa. Figura - tym słowem dealerzy walutowi określają zmianę kursu waluty o 100 pipsów, np. o grosz lub centa. Figury - mianem „figur” (w liczbie mnogiej) określa się publikowane dane makroekonomiczne. Pozycja krótka (i długa) - wbrew pozorom nie odnosi się do terminu inwestycji, lecz jest wyrazem oczekiwań inwestorów. Ktoś, kto gra np. na spadek notowań na warszawskiej giełdzie, zajmuje właśnie krótką pozycję. Analogicznie na rynku walutowym, ktoś kto gra na spadek dolara – np. sprzedając dolary za złote – zajmuje krótką pozycję w dolarach, tyle że jednocześnie…pozycję długą w złotych. Ponieważ forex jest rynkiem dwukierunkowym – walutę X sprzedaje się za walutę Y – to otworzenie krótkiej pozycji w jednej walucie oznacza de facto otwarcie długiej pozycji w innej. Gra na spadek dolara do złotego to nic innego jak gra na wzrost złotego do dolara. Trendy walutowe - według klasycznej teorii, waluta kraju o szybszym wzroście PKB będzie w długim terminie zyskiwać wobec waluty kraju o niższym wzroście PKB o różnicę między dynamiką rozwoju gospodarek. Czyli jeżeli Polska rozwija się o 6 proc., a strefa euro o 2 proc. rocznie, to w długim terminie złoty będzie się umacniać wobec euro o 4 proc. rocznie. |
Zacznijmy jednak od początku. Rynek walutowy jest zdecentralizowany. Nie ma żadnej giełdy walutowej, nie ma żadnych regulacji dotyczących handlu, nie ma sztywnych godzin, reguł, miejsc. Początkowo handel na rynku walutowym był zarezerwowany dla banków – to one przeprowadzały transakcje między sobą, przy czym jako duże instytucje nie robiły interesów mniejszych niż np. milion czy kilka milionów dolarów dla pojedynczej transakcji. Obecnie furorę na całym świecie robią platformy transakcyjne, które oferują dostęp do tego rynku inwestorom indywidualnym, którzy mogą inwestować dowolne sumy. Nawet kilkaset złotych wystarczy, by zostać inwestorem na tym rynku.
Jednak aby rozsądnie pomnażać owe kilkaset złotych, inwestorzy wykorzystują możliwość lewarowania transakcji. Obecnie platformy transakcyjne oferują możliwość nawet 200-krotnego lewarowania transakcji. Co oznacza, że posiadacz 500 złotych może przeprowadzić transakcje o wartości 100 tys. złotych. Jeśli zawrze taką transakcję, to zmiana kursu waluty już o 0,5 proc. oznacza dla niego zysk o 100 proc. Dla przykładu – wykorzystując dźwignię finansową, wykłada 500 PLN i kupuje za 100 tys. złotych 41 666 dolarów po 2,40 PLN.
Jeśli kurs dolara wzrośnie o pół procent – do 2,4112 PLN, a inwestor zrealizuje zysk, zarobi na całym interesie 500 PLN, a więc pomnoży swój kapitał o 100 proc. Jednak, jeśli kurs dolara spadłby do 2,3880 PLN – a więc także o 0,5 proc. nasz inwestor straciłby swoje 500 złotych, a więc 100 proc. zainwestowanego kapitału. Warto poznać to drugie oblicze foreksu – a więc możliwości ponoszenia dotkliwych strat - bowiem większość inwestorów indywidualnych właśnie w ten sposób zaznacza swoją obecność na rynku.
Trzeba także wiedzieć, że transakcje na rynku walutowym – o ile nie są kasowe – są grą o sumie zerowej. Jeśli ktoś kupił walutę, to oznacza, że ktoś inny ją sprzedał. Jeśli jej wartość rośnie, ktoś osiągnął zysk, ktoś inny zaś stratę, dokładnie tej samej wysokości. Na rynku międzybankowym wartość pojedynczej transakcji liczona jest w milionach (np. euro, dolarów), spready walutowe spadają do nawet kilku tysięcznych części centa, czy do kilku dziesiętnych części grosza w przypadku polskiego rynku (który nie jest aż tak płynny jak rynek euro/dolar).
To sprawia, że inwestorzy na tym rynku mogą dzięki niewielkim nawet zmianom kursu osiągać zyski. O ile w przypadku Kowalskiego, który kupił pięć tysięcy euro w kantorze i musiałby czekać, aż euro podrożeje o 8 groszy, żeby “wyjść na swoje”, to w przypadku Nowaka, który kupił milion euro na rynku międzybankowym, wystarczy wzrost kursu wspólnej waluty o pół grosza, by osiągnąć zysk, a zmiana o 8 groszy dałaby mu 80 tys. PLN zysku. Przy czym i Kowalski i Nowak dysponowali w momencie dokonywania transakcji identyczną sumą – równowartością pięciu tysięcy euro. Kowalski zdecydował się na bezpieczny obrót kasowy (gdyby euro potaniało np. o dwa grosze, straciłby tylko 500 PLN (uwzględniając spread), a Nowak 25 tys. PLN. Na tym mniej więcej polegają różnice w tych dwóch sposobach inwestowania na rynku walutowym.
Inwestorzy długoterminowi – którzy liczą na zmiany cen w długim terminie – kierują się w swoich poczynaniach przesłankami fundamentalnymi. Np. świadomość, że polska gospodarka będzie rozwijała się w okresie najbliższych lat bardzo szybko, może świadczyć o potencjale wzrostowym złotego. Jeśli jednak inwestorzy nabiorą przekonania, że nasza gospodarka osłabnie, zaczną wymieniać złote na inne waluty licząc na ich wzrost w długim okresie czasu (cykle gospodarcze trwają bowiem całymi latami).
Analiza techniczna
Liczą się detale |
|
| Platformy transakcyjne starają się jak najbardziej przybliżyć warunki transakcji do tych istniejących na rynku międzybankowym. Co oznacza, że do kosztów transakcji doliczane są także tzw. punkty swapowe. To nic innego niż różnica między oprocentowaniem walut w różnych krajach. Jeśli np. w Polsce złoty oprocentowany jest na 4,5 proc., a w Japonii jen na 0,9 proc., to oznacza że sprzedając jena za złotego, inwestor zarabia 340 punktów swapowych rocznie (3,4 proc.) – czyli mniej więcej jeden pips dziennie z tytułu samej różnicy w oprocentowaniu. Otwierając pozycję w drugą stronę – kupując jeny za złote, punkty swap działają na niekorzyść inwestora. To właśnie z powodu istnienia dużych różnic w oprocentowaniu pieniądza w różnych krajach, mieliśmy do czynienia z mechanizmem carry trade – światowi inwestorzy pożyczali pieniądze w jenach i lokowali je w innych wyżej oprocentowanych walutach. |
Ponadto rynek zachowuje się często bardzo chaotycznie. Banki inwestycyjne zatrudniają nawet po kilkuset dealerów w jednym miejscu, a ich jedynym zadaniem jest osiąganie niewielkich dziennych zysków z najmniejszych wahań kursów. Jeśli dealer zarobi tylko jeden “pips” (najmniejsza jednostka miary – zwykle setna część grosza czy np. centa) na transakcji o wartości miliona dolarów, to zarabia dla swojego banku tysiąc dolarów. Jeśli takich transakcji przeprowadzi kilkadziesiąt w ciągu dnia, a większość z nich przyniesie zysk, to utrzymanie jego miejsca pracy okaże się opłacalne.
Oprócz bankowych “mróweczek” wielką aktywność wykazują drobni inwestorzy rozsiani po całym świecie. Szacuje się, że na rynku forex transakcje przeprowadza każdego dnia pięć milionów Chińczyków. Ponieważ nie kierują się oni przesłankami fundamentalnymi (pozycje otwierane na kilka godzin raczej to wykluczają), drobni inwestorzy poprawiają płynność rynku walutowego, ale zarazem wprowadzają do niego nowy element chaosu. Nikt nie jest bowiem w stanie przewidzieć, w którym kierunku – choć na chwilę – popchnie rynek np. kilka tysięcy drobnych transakcji zawartych w ciągu kwadransa.
Jak usiąść do gry
Jeśli nadal uważasz, że warto podjąć ryzyko i zainwestować czas i pieniądze na rynku walutowym, pora przedstawić możliwości. O kantorach już pisałem, czas na bardziej wymyślne rozwiązania. Podstawą jest posiadanie komputera i łącza internetowego. Jak przystało na wirtualne transakcje – cały obrót kreowany przez indywidualnych inwestorów odbywa się w Internecie. Najpopularniejszą na świecie platformą transakcyjną jest serwis znajdujący się pod adresem http://www.oanda.com/.
W chwili publikacji tego tekstu liczba transakcji przeprowadzonych na tej platformie przekroczyła już 300 mln. Serwis istnieje od 1996 r., za jego pomocą realizuje się ok. 5 mln transakcji tygodniowo. Znajomość angielskiego jest niezbędna, aby posługiwać się platformą, przy czym jest to “zwykły” angielski. Autorzy strony unikają jak ognia słówek, które mogły by być znane tylko ludziom z branży. Otwarcie konta nie kosztuje nic, podobnie jak jego prowadzenie. Inwestor może wpłacić na konto dowolną sumę – począwszy już od jednego dolara - i starać się ją później pomnożyć za pomocą lewarowanych transakcji.

Oanda zarabia nie na prowizjach i nie na kosztach prowadzenia rachunku (tych nie ma), lecz na spreadach walutowych. Te mogą być bardzo niskie – już od 10 pipsów (setnej części centa) w przypadku popularnych par walutowych (euro/dolar) lub stosunkowo wysokich w czasie gdy rynki nie są płynne. Np. w czasie weekendu na parze euro/złoty spread wynosi aż 500 pipsów czyli 5 groszy. Dlatego, jeśli ktoś szuka możliwości przeprowadzania transakcji ze złotym w roli głównej powinien wybrać raczej jedną z polskich platform.
Najbardziej znaną jest platforma X-trade Brokers (http://www.xtb.pl/). To dom maklerski wyspecjalizowany w przeprowadzaniu transakcji instrumentami pochodnymi. Także tutaj założenie i prowadzenie konta jest darmowe, a firma zarabia dzięki prowizjom ukrytym w spreadach. W przypadku złotego są one znacznie niższe niż na serwisach zagranicznych – zaczynają się już od 30 pipsów (do 120) – w zależności od godzin handlu. X-Trade umożliwia otwieranie pozycji na rynku walutowym z 1-proc. depozytem zabezpieczającym, przy czym depozyt rośnie wraz z wielkością pozycji. Czyli do transakcji do 200 tys. PLN depozyt może wynosić 1 proc., ale przy transakcjach na poziomie 1 mln PLN depozyt musi sięgać już 10 proc. Minimalna wartość transakcji to 0,1 kontraktu (to 10 tys. jednostek waluty bazowej), do której wymagane minimalne zabezpieczenie to ok. 1000 PLN przy transakcjach na rynku złotego.
Obojętnie od wyboru platformy transakcyjnej podpisanie umowy wymagać będzie okazania dowodu tożsamości (lub jego kopii w przypadku umowy zawieranej korespondencyjnie). Warto dodać, że każda platforma oferuje także możliwość inwestowania “na sucho” – bez angażowania własnych środków. W przypadku Oandy taki wirtualny rachunek może istnieć dożywotnio, X-trade udostępnia go na miesiąc.
Emil Szweda analityk Open Finance
Źródło:Noble Bank



























































