Czy biedni zyskają na tym, że bogaci zbiednieją? [Analiza]

analityk Bankier.pl

Mało jest ekonomicznych tematów, które rozpalają równie wielkie emocje jak kwestia nierówności majątkowych. Rozwiązanie problemu ubóstwa jest bardziej złożone, niż "zabrać bogatym i dać biednym", co proponuje Oxfam.

“Nową świecką tradycją”, zyskującą w ostatnich latach na popularności, jest ogólnoświatowa styczniowa debata o globalnych nierównościach majątkowych. Wywoływana jest ona przez raport Oxfamu – organizacji humanitarnej walczącej z głodem (pierwotna nazwa Oxford Committee for Famine Relief) i wspierającej kraje rozwijające się.

Nie inaczej było w 2020 r., kiedy premiera raportu ponownie zbiegła się ze Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. Z pewnością wielu z czytających ten artykuł w ostatnich dniach spotkało się z sensacyjnymi nagłówkami typu:

  • „Rośnie przepaść między bogatymi a biednymi”
  • „Jeden procent najbogatszych ma więcej majątku niż niż reszta świata”
  • „26 najbogatszych ma tyle, co biedniejsza połowa ludzkości”
  • "Szokujące dane z raportu Oxfam o nierównościach"
  • "Garstka krezusów ma więcej niż 60 proc. ludzi na świecie"

W medialnej wrzawie znacznie raczej dostrzegane są argumenty krytykujące sposób, w jaki Oxfam mierzy nierówności, oraz postulaty, które organizacja ta formułuje. Właśnie dlatego dziś oddamy im głos.

Magia nagłówków

Gwoli ścisłości, zacznijmy od krótkiego przybliżenia tegorocznego raportu Oxfamu (cały dokument w wersji angielskiej dostępny jest na stronie organizacji). „Nierówności ekonomiczne wymknęły się spod kontroli. W 2019 r., jedynie 2153 osoby posiadały więcej niż 4,6 miliarda ludzi, a 1 procent najbogatszych miał więcej niż 6,9 miliarda ludzi” – grzmi Oxfam już na wstępie. Zręczne żonglowanie liczbami to niewątpliwa silna strona autorów raportu, który dzięki temu chętnie jest cytowany przez media.

„Gdybyś oszczędzał 10 000 dolarów dziennie od momentu wybudowania egipskich piramid do dziś, to miałbyś jedynie 1/5 przeciętnego majątku jednego z pięciu najbogatszych ludzi na świecie” – to zdanie zapada w pamięć i silniej niż poniższy wykres, obrazujący spadającą liczbę ludzi żyjących w ubóstwie.

W czasie naszego życia odsetek osób żyjących w skrajnej nędzy spadł i to pomimo wzrostu liczby ludności na świecie
W czasie naszego życia odsetek osób żyjących w skrajnej nędzy spadł i to pomimo wzrostu liczby ludności na świecie (Bank Światowy)

Równie mocno na wyobraźnię działa inne spostrzeżenie: „Gdyby każdy miał usiąść na banknotach 100 dolarowych odpowiadających jego majątkowi, to większość ludzi siedziałaby na ziemi, klasa średnia z bogatych państw - na wysokości krzesła, a dwóch najbogatszych ludzi na świecie - w kosmosie”. Konia z rzędem temu, kto nie wyobraził sobie Jeffa Bezosa i Billa Gatesa w kosmicznych skafandrach. Silne emocje budzi także spostrzeżenie w postaci "22 mężczyzn posiada więcej niż wszystkie kobiety w Afryce".

Podstawą do tworzenia tych oryginalnych konstrukcji myślowych są dane o majątkach gospodarstw domowych w różnych krajach pochodzące z raportów Credit Suisse. Zestawienie fortun najbogatszych ludzi na świecie pochodzi natomiast z popularnych rankingów „Forbesa”. Do tego garść danych z instytucji takich jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy i mamy kolejny raport, który cytowany jest na całym świecie. Pełna metodyka raportu również jest dostępna publicznie.

Na samym zaprezentowaniu swoich wyliczeń Oxfam jednak nie kończy. Raport bardzo mocno wpisuje się w nurt ekonomii normatywnej – a więc takiego opisu zjawisk, który odpowiada na pytanie „jak powinno być?”, a nie jedynie „jak jest?”. Rekomendacje Oxfamu są następujące:

  • położyć kres ekstremalnemu bogactwu w celu wyeliminowania ekstremalnej biedy (opodatkowanie bogatych, zwiększenie wydatków na biednych - podawany przykład to 0,5 proc. od majątku 1 proc. najbogatszych w ciągu 10 lat pozwoli stworzyć 117 mln miejsc pracy w sektorach takich jak edukacja i pomoc społeczna)
  • doinwestować państwowe systemy opieki, aby ograniczyć nieproporcjonalnie dużą nieodpłatną pracę kobiet (urlopy macierzyńskie i wychowawcze, równy dostęp do świadczeń społecznych, opiekunowie opłacani przez państwo)
  • wprowadzić lepszą ochronę osób wykonujących pracę opiekuńczą i zapewnić im większy udział w procesach decyzyjnych (wprowadzanie zaleceń Światowej Organizacji Pracy, eliminowanie różnicy w płacach, wsparcie organizacji kobiecych)
  • stawić czoła szkodliwym normom i seksistowskich przekonaniom („mężczyźni muszą wykonywać więcej obowiązków, aby ograniczyć nieodpłatną pracę kobiet”)
  • skłonić firmy do działania na rzecz dobrostanu pracowników oraz społeczeństwa (płacenie podatków, wprowadzanie elastycznych godzin pracy i płatnych urlopów, kampanie informacyjne)

Diabeł tkwi w szczegółach

Szeroką krytykę podejścia Oxfamu do obrazowania ubóstwa oraz do formułowanych przez tę instytucję wniosków w ostatnich latach w licznych artykułach prezentował Mateusz Benedyk, członek zarządu i dyrektor generalny Instytutu Edukacji Ekonomicznej im. Ludwiga von Misesa. Jest on autorem artykułu „Bogactwo narodów i nędza Oxfamu” oraz współautorem artykułu „Nierówności nierównościom nierówne, z bogactwem jest podobnie”. Oba traktowały o poprzednich edycjach raportu, jednak jako że sposób przygotowywania badania się nie zmienił, śmiało można je odnieść także do najnowszego wydania.

- Raporty Oxfamu ignorują kontekst, jakim jest niespotykany nigdy wcześniej szybki rozwój najbiedniejszych społeczeństw na świecie. Zakres skrajnego ubóstwa na świecie maleje, wydłuża się oczekiwana długość życia, poprawia się dostęp do pełnowartościowych posiłków, czystej wody, edukacji, telefonii komórkowej czy internetu. Trudno znaleźć metrykę, wedle której na świecie jest coraz gorzej – raport Oxfamu to po prostu szukanie dziury w całym i świetnie opracowane PR-owo intelektualne nadużycie – dodaje Benedyk w rozmowie z Bankier.pl

Drugim argumentem wysuwanym przez krytyków Oxfamu jest sama jakość danych, na podstawie których powstaje raport. Warto pamiętać, że wiele regionów świata nie jest tak wnikliwie badanych jak kraje rozwinięte. Dość powiedzieć, że w Polsce szeroko bada się majątki ludności dopiero od 2014 r., zaś w całej Afryce badania ankietowe prowadzone są tylko w RPA. Faktu tego nie ukrywają sami autorzy – w raporcie znaleźć można jasny opis jakości danych dla poszczególnych krajów.

Wśród państw na literę A tylko jakość danych z Australii oceniono jako dobrą
Wśród państw na literę A tylko jakość danych z Australii oceniono jako dobrą (Credit Suisse)

Zastrzeżenia budzi skala rewizji dokonywanych w kolejnych edycjach raportu. Jak zauważył Bloomberg, w raporcie za 2017 r. medianę majątku Chińczyków oszacowano na 6689 USD. Rok później dane za 2017 r. zrewidowano do 15 628 USD. Niepodobieństwem jest uważać, aby w najludniejszym kraju świata w ciągu roku majątek wzrósł o ponad 100 proc. Skoro rewizje mogą być tak istotne, to na każdy raport trzeba patrzeć z rezerwą.

- Dane, na których bazuje raport, są kiepskiej jakości. Zakrojone na szeroką skalę i regularne badania majątku ludzi odbywają się praktycznie tylko w państwach rozwiniętych. Dla państw biedniejszych takimi danymi nie dysponujemy. Badacze rozkładu majątku jedynie szacują majątek ludności i jego rozkład na podstawie innych danych makroekonomicznych – jak poziom PKB. Niestety, nie ma sposobu na sprawdzenie trafności tych szacunków – dodaje Benedyk.

- Najbiedniejszą część ludności świata według metodologii Oxfamu stanowią nie mieszkańcy Afryki Subsaharyjskiej, a młodzi amerykańscy lekarze i prawnicy, którzy zadłużyli się na poczet swojej edukacji i pomimo relatywnie ogromnych dochodów mają jeszcze spory dług do spłacenia. Ogłaszanie alarmu i wzywanie do szeroko zakrojonej redystrybucji bogactwa na podstawie tak kiepskich danych z tak kontrowersyjnymi założeniami to duża nieodpowiedzialność – mówi ekonomista.

"Biedni" bogaci

Jak widać, analiza nierówności ekonomicznych przez pryzmat majątku może wieść na manowce. Majątek netto wspomnianego amerykańskiego młodego lekarza czy obciążonego kredytem studenckim pracownika IT może być formalnie mniejszy od stanu posiadania afrykańskiego rolnika, który długów nie ma, a jego majątek tworzą skromna chatka i dwie krowy. Ten pierwszy najczęściej jednak za żadne skarbu nie zamieniłby się z drugim.

Podobnie rzecz ma się z mieszkańcami bogatych krajów, którzy nie posiadają nieruchomości (lub spłacają kredyt hipoteczny) ani oszczędności i żyją „od pierwszego do pierwszego”. Ich poziom majątku może być niewielki, lecz poziom konsumpcji dalece przekracza nawet osoby uchodzące w krajach biedniejszych za majętne. Co więcej, część osób mogłaby zwiększać majątek, lecz woli jeździć na wakacje, lepiej jeść i ubierać się czy korzystać z innych przyjemności życia. Mało tego, gdy do rozważań o majątku dodamy dług, to okaże się, że wystarczy mieć cokolwiek, aby mieć więcej niż dolne 10 proc. światowego rozkładu majątku, której większość to mieszkańcy państw takich jak USA czy Niemcy, gdzie istnieje na tyle rozwinięty segment finansowy, że poważne zadłużanie się na dom czy studia jest w ogóle możliwe, a dane na ten temat są dostępne i wiarygodne.

(thetaXstock)

Nie bez znaczenia jest także to, że dane Credit Suisse wykorzystywane przez Oxfam nie uwzględniają różnic w sile nabywczej. Innymi słowy, np. za przeciętną pensję w Polsce wyrażoną w euro (ok. 1200 euro) można żyć na wyższym poziomie niż za te same pieniądze w Niemczech czy Luksemburgu. Co więcej, autorzy raportu dokonują większości porównań w cenach bieżących (pomijany jest wpływ inflacji) oraz stosują aktualne kursy walutowe. W efekcie na wynik raportu, wyrażany w dolarach, mocno rzutuje siła amerykańskiej waluty względem innych. W przypadku mocnych rynkowych zawirowań może to prowadzić do sporych wypaczeń – jakkolwiek Argentyńczykom czy Turkom w ostatnich latach nie było łatwo się bogacić, to mimo wszystko ciężko uznać, że wszyscy mieszkańcy tych krajów nagle zbiednieli o kilkadziesiąt procent w wyniku raptownego osłabienia peso czy liry (choć jeśli sytuacja się nie zmieni, to w przyszłości zbiednieją nawet bardziej).

Bieda nie bierze się z bogactwa

Krytyka danych to jedno, zastrzeżenia do formułowanych na ich podstawach wniosków to drugie. Nie trzeba być przesadnie złośliwym ani spostrzegawczym, aby stwierdzić, że Oxfam promuje interwencjonistyczną agendę. Jeżeli jest gdzieś jakiś problem (np. nierówności), to do gry wejść musi państwo i instytucje międzynarodowe, zaś środków do realizacji wyznaczonych celów szukać należy w kieszeniach bogatych. O wspieraniu postaw przedsiębiorczych, poszanowania praw własności czy inwestycji zagranicznych mowy jest zdecydowanie mniej lub wcale.

- Oxfam nie zauważa, że motorem rozwoju nie są polityki rządów, a innowacje przedsiębiorców. Najbogatsi ludzie na świecie to ci, którzy stworzyli największą wartość dla setek milionów swoich klientów na całym świecie. To oni ulepszają codziennie zakres dóbr i usług, na jakie nas stać i sprawiają, że realne dochody na całym świecie rosną. Retoryka Oxfamu wskazuje, że bliska jest im wizja gospodarki jako gry o sumie zerowej. Takie pojmowanie ekonomii jest sprzeczne z jakąkolwiek pogłębioną refleksją nad gospodarką – dodaje Mateusz Benedyk.

Istotnie, to że wzrosła wartość akcji posiadanych przez Jefa  Bezosa, Billa Gatesa, Warrena Buffetta czy Marka Zuckerberga, która stanowi większość ich majątków, nie jest w automatyczny sposób sprzęgnięte ze zwiększeniem skali ubóstwa w krajach Trzeciego Świata. W Afryce Subsaharyjskiej żyje się tak samo trudno niezależnie od tego, czy Amazon i Microsoft warte są bilion czy tylko 500 miliardów dolarów.

Ryzykowne jest również wrzucanie wszystkich miliarderów do jednego worka. Jak bowiem można zestawiać Billa Gatesa czy Larry’ego Page’a i Sergeya Brina (założyciele Google), a więc osób które miały ogromny wpływ na to, jak dziś wygląda nasz świat, w jednym szeregu z rosyjskimi oligarchami, którzy majątków dorobili się w wyniku patologicznej transformacji ustrojowej w ZSRR.

Jeff Bezos, jeden z najbogatszych ludzi świata. Wartość jego majątku zależy głównie od giełdowej wyceny Amazona
Jeff Bezos, jeden z najbogatszych ludzi świata. Wartość jego majątku zależy głównie od giełdowej wyceny Amazona (fot. Brendan McDermid / Reuters)

Nie możemy też uważać, że miliarderzy dosłownie siedzą na miliardach dolarów w gotówce, którą natychmiast można zamienić na inne dobra. Ich majątek stanowią rozmaite aktywa, których nie sposób w jednej chwili sprzedać zachowując dzisiejszą wycenę. Wyobraźmy sobie tylko, co stałoby się z cenami akcji (których wpływ na poziom życia w biednych krajach i tak nie jest bezpośredni – biedni akcji nie posiadają), gdyby setka najbogatszych ludzi świata chciała sprzedać swoje pakiety. Czy od krachu na Wall Street w biednych krajach nagle zrobi się lepiej? Z drugiej strony, gdy jeden inwestor mocno przepłaci za akcje dowolnej spółki, windując w ten sposób ich aktualną cenę, to czy pozostałym posiadaczom tych papierów istotnie przybędzie realnego majątku?

Wytworzenie odpowiedniej ilości dóbr potrzebnych do poprawy poziomu życia (mieszkań, samochodów, zmywarek, lodówek itp.), wymaga uruchomienia procesów produkcyjnych, a te z kolei wymagają kapitału i działania przedsiębiorców. Samo odebranie bogatym i postawienie państwowych fabryk to trenowana w XX w. droga donikąd. To właśnie akumulacja kapitału – rozumianego jako wszelkie środki produkcji, a nie tylko pieniądze - wydźwignęła z biedy szerokie rzesze ludzi.

Bogactwo i ubóstwo narodów

Warto także sobie uświadomić, że bieda to naturalny stan, w jakim przez większość swojej historii znajdowała się ludzkość, a szeroko pojęty Zachód wcale nie był bogaty od zawsze. Jeszcze w XIX wieku w ekstremalnym ubóstwie (według współczesnych szacunków) żyło wielu Amerykanów, a w innych krajach było jeszcze gorzej (m.in. stąd wielka emigracja do USA). Status kraju bogatego nie jest oczywiście dany raz na zawsze – wystarczy spojrzeć na przykład Argentyny czy Wenezueli, które swego czasu znajdowały się w światowej czołówce. Odrzucić można też tezę, że rozwój możliwy jest tylko i wyłącznie w wyniki kolonizacji, podbojów i wyzysku – kraje takie jak Polska, Finlandia czy Irlandia same były skolonizowane i nie posiadały posiadłości w Azji czy Afryce.

Odsetek ludności żyjących w absolutnej biedzie jeszcze 200 lat temu sięgał ok. 90 proc.
Odsetek ludności żyjących w absolutnej biedzie jeszcze 200 lat temu sięgał ok. 90 proc. (Our World in Data)

Kluczowe jednak jest to, że podczas gdy (mówiąc w uproszczeniu) w wyniku industrializacji Europa i Ameryka się bogaciły, to Azja i Afryka zostały w miejscu.

Populacja świata żyjąca w skrajnej biedzie sukcesywnie spada
Populacja świata żyjąca w skrajnej biedzie sukcesywnie spada (Our World in Data)

Przed 1800 r. większość świata była podobnie biedna. Następne dwa stulecia przyniosły potężny wzrost bogactwa tylko w części państw, jednak dzięki rozwiązaniom w nich wypracowanym, biedniejszej części stawki również łatwiej podnosić poziom życia mieszkańców (np. rozwój telefonii komórkowej w Afryce czy oparty o otwarcie się na świat rozwój Chin). Czy jednak jest to sytuacja gorsza od czasów, w których byliśmy jednakowo biedni? W tym miejscu wypada oddać głos Margaret Thatcher.

W tym kontekście warto też zwrócić uwagę na różnicę między faktyczną redukcją poziomu ubóstwa a percepcją tego zjawiska. Z międzynarodowych badań wynika, że w wielu krajach ludzie gremialnie sądzą, że ubóstwo w skali świata wzrosło. Najwięcej poprawnych odpowiedzi udzielają natomiast mieszkańcy państw, którzy sami doświadczyli cywilizacyjnego skoku. W krajach, które nie rozwijały się w ostatnich dekadach zbyt szybko (w gronie tym jest większość bogatych państw), percepcja jest odmienna. Również zadowolenie z życia nie jest liniowo zależne od liczby spożywanych kalorii, długości życia czy możliwości edukacji.

Pytanie brzmiało "Czy w ciągu ostatnich 20 lat odsetek ludności świata żyjącej w skrajnej biedzie spadł, wzrósł czy nie zmienił się?". Poprawna odpowiedź to "spadł", najczęściej odpowiadali tak Chińczycy. Na drugim biegunie znaleźli się sąsiedzi z Japonii
Pytanie brzmiało "Czy w ciągu ostatnich 20 lat odsetek ludności świata żyjącej w skrajnej biedzie spadł, wzrósł czy nie zmienił się?". Poprawna odpowiedź to "spadł", najczęściej odpowiadali tak Chińczycy. Na drugim biegunie znaleźli się sąsiedzi z Japonii (Our World in Data)

Co robić?

Na koniec wypada zająć się leninowskim pytaniem „co robić?”. Owszem, na krótką metę opodatkowanie najbogatszych i przekazanie tych pieniędzy biednym, dałoby tym drugim tymczasową ulgę. W dłuższym terminie dla tych pierwszych byłby to bodziec do zintensyfikowania optymalizacji podatkowej lub ograniczenia skali działania. U drugich zaś mogłoby to wykształcić uzależnienie od pomocy z zewnątrz („ryba zamiast wędki”). Do niestabilnych, skorumpowanych i dybiących na wolność i własność własnych obywateli państw Trzeciego Świata przekazać można dowolnie dużo pieniędzy. W długim terminie bez wyrugowania patologii tłamszących życie gospodarcze trwała poprawa nie będzie jednak możliwa.

W rozważaniach na temat recept na wyrugowanie ubóstwa trudno uciec od wymiaru politycznego. To oczywiste, że biednych jest więcej niż (bardzo) bogatych, zaś w demokracji każdy głos waży tyle samo. Z tego powodu większą popularność zyskują postulaty uszczuplenia fortun magnatów, podczas gdy większe i trwalsze skutki przyniosłoby np. ograniczenie dopłat i przywilejów dla zachodniego rolnictwa, przez które producenci z biedniejszych krajów (gdzie rolnictwo odgrywa rolę ważniejszą niż przemysł) są mniej konkurencyjni lub wręcz w ogóle nie mogą zaistnieć na rynkach państw bogatszych. Dość przypomnieć odgradzanie się Unii Europejskiej od importu cukru trzcinowego w celu ochrony lokalnych producentów cukru z buraków. Sytuacji w krajach biedniejszych nie poprawimy także, blokując przenoszenie od nich produkcji przez globalne koncerny – pod tym względem Polacy mogą mieć zdanie odmienne od Amerykanów czy Francuzów, bowiem to my skorzystaliśmy na tego typu relokacjach.

Światowe ekstremalne ubóstwo to głównie kwestia Indii i Afryki Subsaharyjskiej
Światowe ekstremalne ubóstwo to głównie kwestia Indii i Afryki Subsaharyjskiej (Our World in Data)

Rapot Oxfamu nie jest głosem odosobnionym. W trwającej kampanii prezydenckiej w USA po stronie Partii Demokratycznej pojawia się wiele postulatów wpisujących się w zalecenia płynące z raportu. Elizabeth Warren proponuje 2 proc. podatku rocznie od majątków wartych od 50 mln do 1 mld dolarów oraz 5 proc. powyżej tej kwoty. Bernie Sanders chce jeszcze większej progresji: 2 proc. dla 50-250 mln, 3 proc. dla 250-500 mln, 4 proc. dla 500 mln – 1 mld, 5 proc. dla 1-2,5 mld, 6 proc. dla 2,5-5 mld, 7 proc. dla 50-10 mld i wreszcie 8 proc. dla ponad 10 mld dolarów. W blokach startowych do przyszłej prezydentury stoi inna gwiazda lewicy, Alexandria Ocasio-Cortez (obecnie nie może kandydować, ponieważ jest za młoda), która proponuje odbierać 70 proc. od dochodów przekraczających 10 mln dolarów.

Osoby popierające opodatkowanie najbogatszych powinny ponadto pamiętać, że historia podatków pełna jest przykładów na to, że od bogatych jedynie się zaczyna. Podatek dochodowy w USA wprowadzony został w 1861 r. i miał pomóc Północy sfinansować prowadzenie wojny secesyjnej. Jego stawka wynosił 3 proc. od dochodów przekraczających 800 dolarów rocznie (wartość dolara była wówczas dużo wyższa niż dziś). Takimi zarobkami pochwalić mogło się co najwyżej 3 proc. amerykańskiej populacji. Po dekadach zmian w prawie podatkowym schemat „odbierzmy nieco najbogatszym i przeznaczmy środki na ważny cel” został zastąpiony przez „opodatkujmy wszystkich, nawet biedaków”. Oby nie okazało się, że otwierając furtkę opodatkowania majątku najbogatszych, wytyczymy łatwą ścieżkę do opodatkowania majątków nas wszystkich (w formie podatku katastralnego, podatku od aktywów finansowych itp.).

Sprawa polska a nierówności

- Naszym celem jest stworzenie trwałych rozwiązań, które położą kres niesprawiedliwości ubóstwa – taki zapis widnieje w misji Oxfamu. To oczywiste, że likwidacja ubóstwa powinna być jednym z globalnych priorytetów. Do wyzwania tego podchodzić należy jednak z rozwagą, analizując potencjalne skutki proponowanych rozwiązań oraz zastanawiając się jak zwiększyć rozmiary globalnego tortu, miast jedynie toczyć spory o jego taki czy inny podział (wymuszony przemocą państwa). Jak mawiał Stefan Kisielewski, „biednym nic z tego nie przyjdzie, że bogaci też zbiednieją”.

Jako Polacy możemy odegrać w globalnej dyskusji na ten temat niemałą rolę. Jakkolwiek bowiem oceniamy transformację, to nie można zaprzeczyć, że standard życia nad Wisłą i Odrą w ostatnich dekadach rósł i to w tempie, którego wiele państw może nam zazdrościć. Poza pracowitością Polaków, wpływ na to miało także otwarcie naszej gospodarki na świat, przyjęcia zachodnich standardów w wielu dziedzinach, napływu inwestycji zagranicznych etc. Skoro taki skok udało się osiągnąć przy tak licznych wadach III RP, to nie ma podstaw, aby twierdzić, że gdzie indziej nie da się tego scenariusza powtórzyć.

Michał Żuławiński

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 londonern

W US do czasow Reaganomics podatki od najwyzszych dochodow oscylowaly wokol 70-80% i jakos sie dalo i wszystko hulalo i wzrost pensji byl kilka procent co roku.
Od koncowki lat 70tych realna pensja w US jest na tym samym poziomie. Trickle down nie dziala i pokazuja to setki badan.
W UK za Thatcher podatki od firm byly wyzsze niz obecnie, ale sprobujcie powiedziec, ze chcecie je podniesc - wybuchnie histeria.
Slusznie mowia. ze zarabiajacy £1000 na godzine przekonali zarabiajacych £100/hr, ze problemem sa zarabiajacy £10/hr. Smiech przez lzy.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
7 6 tubak

Jak powiedział Woren Buffet walka klas trwa, na razie wygrywają bogaci. Jak zwykle zatytułowanie artykułu inne niż to czego tyczy się analiza. Nikt nie chce na razie zabierać nic bogatym. Bogaci jednak muszą płacić podatki i to spore. Najlepsze przykłady to skala progresywna w krajach rozwiniętych Europy zachodniej. A podatki te muszą być w miarę uczciwie dzielone na to za co odpowiada państwo . Bogaci też z tego korzystają. Inaczej prędzej czy później dochodzi do rewolucji.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
8 10 po_co

Czy można pokonać biedę w sposób sprzeczny z naturą ludzi biednych ?
Moja rodzina wywodzi się z tych naprawdę ubogich, gdzie rodzice mieli 6 rodzeństwa, a pracował wyłącznie dziadek - starczało na proste życie.
Moi rodzice kończyli szkoły średnie dopiero po 30 roku życia co dzisiaj wielu osobom wydaje się nie do pomyślenia - fakt, ale w czasach PRLu nie każdy biegał z maturą, a to już daje dużo do myślenia.
Rodzice mimo trudnego startu wpoili nam do głów, że tylko nasza własna pracowitość może poprawić nasze warunki i zgadzam się z tym w pełni.

Osiągnięcie poziomu życia klasy średniej jest w zasięgu wielu osób, oczywiście nie każdemu nawet najbardziej pracowitemu się to uda, niemniej wielu z tych którzy mają możliwość poprawienia swojej sytuacji zwyczajnie z tej szansy nie korzystają.

Na szczęście już coraz rzadziej ale mimo wszystko widuję na ulicach osoby w wieku 20-35 lat które poddają się i twierdzą, że życie bezdomnego to ich krzyż. Nawet raz zaproponowałem panu ,który swego czasu stacjonował pod sklepem Ikea w Katowicach, pracę w cieple, pod dachem, przy montażu sprzętu, wykonują ją kobiety więc nie trzeba nawet dźwigać - wypłata na poziomie 1,2-1,3 minimalnej krajowej. Dla tego człowieka stanowiło by to skok o kilka szczebelków tym bardziej, że proponowałem to w ciemno bez względu na doświadczenie i umiejętności.
Odmówił.

Ale w wiadomościach lokalnych, kilkakrotnie jego twarz widniała jako twarz osoby biednej i ciemiężonej przez system. Nawet nie wiem czy był tego świadom ale kampania szła w świat, a on najprawdopodobniej chciał tak żyć bo mu to na dziwny ale jego sposób odpowiadało. Sam zresztą tłumaczył to w ten sposób, że na gorącego kurczaka udaje mu się dziennie nazbierać, a śpi w ciepłym - tego nie weryfikowałem.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
10 8 bt5

A czemu na zachodzie też roi się od bezdomnych podczas gdy kiedyś ich było bardzo mało. Dzisiaj kapitalizm jest tak krwiożerczy że ekspolatuje maksymalnie. Raz płaci grosze na smieciówkach , dwa ci sami ludzie następnie spekulują cenami zakupu i czy najmu mieszkań. Na zachodzie są takie pozostałości osiedli przyfabrycznych z czasów kapitalizmu, takie same jak w Polsce z czasów PRL. Tak samo jak w PRL zatrudniałeś się po podstawówce względnie zawodówce w fabryce i pracowałeś w niej do emerytury. Jeszcze znałem człowieka z zachodu który wspominał że jego ojciec odchodził na emeryturę to zakład dawał grubą odprawę którą się wpłacało banku i było z tego trochę grosza z procentów. Zakłady dawały rotnikom nagrody roczne z podziału zysku. Dziś pracuje się na dniówki z agencji pracy, i nawet nie wiesz na ile tygodni jeszcze ta praca. Mieszkan zakładowych nikt nie daje lecz jest wolny rynek z kosmicznie wyspekulowanymi cenami. A kiedyś po prostu musiano zachęcać ludzi do podjecia pracy to im oferowano w miarę atrakcyjne warunki, dziś ludz to coraz częśćiej śmieć w zakładach.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
6 11 po_co odpowiada bt5

To co Ty jeszcze robisz w Polsce, jedź na zachód. W Niemczech będziesz mieszkał na osiedlach dla robotników, we Francji po urodzeniu dziecka dowiesz się co to są koszty, w UK na każdym kroku będą Cie wytykać palcami, w Danii zapomnij o podwyżce po awansie, a w Holandii będą Tobą ulice zamiatać. Jedź, pracuj, żyj i komentuj.

Historie o których piszesz dotyczą zazwyczaj osób które zaangażowały się w to co robią, a motywacja bywa różna. Czasem emigrantom otwierają się oczy dopiero na miejscu ale w momencie gdy nie ma rodziny która im pomoże, a sytuacja jest trudna są zmuszeni do pracy i nagle okazuje się, że ta praca gwarantuje dochód.

Jeżdżę sporo po całym świecie i masz naprawdę bardzo stereotypowe poglądy. Tym bardziej, że nie za bardzo wiesz o czym piszesz - te śmieciowe umowy o których wspominasz to najbardziej uczciwe umowy jakie można zawrzeć.
Ja nie mam zamiaru płacić państwu całego socjalnego podatku pod płaszczykiem otrzymania emerytury i nie oczekuję ani złotówki wsparcia. Chcę żyć za swoje po swojemu, a jak to jeszcze Ci nic nie mówi to państwo zwróci Ci dokładnie 6% tego co w nie zainwestujesz, gorzej można chyba tylko przegrać życie w karty.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
0 4 bt5 odpowiada po_co

Rzecz w tym że już praktycznie nie ma tych wielkich fabryk i ich osiedli. Mieszkałem przy stoczni w takich domkach zakłądowych ale już to było sprywatyzowane i nie było nie tylko że za grosze ale srogo nas naliczali , no ale na 5 osób zarabiających to dawało się przełknąć. A i tak z tygodniowym wypowiedzeniem nas wyrzucili bo znalazł się kupiec na domek. A o umowach śmieciowych to szkoda nawet gadac. Może historia z Holandi ( obecnie Niderlandy), rodzice w Polsce się zadłużyli aby Polakowi na obczyznie pomóc . Ten facet zatrudniony z ganecji naiwnie wynajął mieszkanie zpłacił kaucję i dokupił nowych mebli . Po 2 tygodniach dowiedział się że już tu nie pracuje, po miesiącu poleciał z wynajmowanego lokalu a jego nowe meble wyleciały przez okno na ulicę. Zero stabilizacji a potem głąby z profesorskimi nawet tytułami się głowią czemuż to a to z Włoch, a to Finalandi, a to z Polski, a to , Hiszpani, a to Japoni, a to ,z Korei Południowej, a to z USA, itd. spływają dane o katastrofalnych wskaznikach urodzen. Nowy polski pomysł aby emetyturę uzaleznić od liości dzieci guzik pomoże bo nie można sobie w ogóle pozwolić na dzieci. Zarobki i prace tragiczne. Za granicę też nie ma dokąd wyjechać.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
6 2 po_co odpowiada bt5

Chyba żyjesz w innym kraju i w innej rzeczywistości - ja mam 5 dzieci i zarabiam grubo ponad średnią krajową. W wieku 15 lat zarabiałem już własne pieniądze, które inwestowałem w swoją edukację. Nawet rodzina dziwiła się gdy na studiach wydawałem po kilka tysięcy złotych na dodatkowe narzędzia lub książki.

Ostatnio na urodzinach rodzina życzyła mi spełnienia marzeń... właściwie wszystkie spełniłem, a do emerytury jeszcze długa droga. Mam własne mieszkanie, właściwie drugie które kupiłem fakt w kredycie ale mój udział w inwestycji wynosił ponad 50%, a gdybym chciał je spłacić to w całości spłacę je za niecałą roczną pensję.

Jestem szczęśliwy, a żyje w Polsce nie na zachodzie, właściwie to bardzo mnie to cieszy że urodziłem się i żyję właśnie tutaj. Nie wyobrażam sobie problemów z ludnością napływową nawet za cenę pozornie wyższych wynagrodzeń, pozornie ponieważ w Polsce też da się dobrze zarabiać - zgodnie z rankingami plasuję się obecnie w 2 milionach najlepiej zarabiających Polaków, co stanowi mniej niż 15% rynku. Przeszkadza mi co prawda kilka spraw jak np. za wysokie podatki ale zamiast narzekać robię wszystko aby zostawało mi w kieszeni jak najwięcej i ciągle inwestuje w siebie. Dzięki temu otwiera się dla mnie coraz więcej drzwi.

Nie trzeba być dobrze wykształconym aby w Polsce zarobić dobre pieniądze, wystarczy pracowitość. Mój teść, który ma wyłącznie maturę z powodzeniem zarabia 3-4 tys. zł na rękę, pracując wyłącznie fizycznie.
Owszem musi się przy tym napracować ale wie skąd bierze się pieniądz w jego kieszeni.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 8 londonern

W US do lat 70-tych stawka podatkowa od najwiekszych dochodow oscylowala wokol 70-80%, a bylo to za prezydentow z Partii Republikanskiej. Podatki dla firm za Thatcher byly wyzsze niz obecnie w UK. Ale poniewaz zyjemy nie w kaptalizmie, ale w korporacjonizmie, dlatego duzo ludzi dalo sobie wmowic bzdury, ze trickle down economy dziala, choc badania pokazuja cos dokladnie przeciwnego.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
3 2 hfjdj

Nic nie da stawka podatkowa chocby nawet byla 99%. Ile razy mozna tlumaczyc ze przedsiebiorcy placa ten podatek z dochodu ktory maja od klientow?

! Odpowiedz
2 8 bt5 odpowiada hfjdj

Może nie wiesz że w XIX wieku rezydencje bogaczy zatrudniały na stałe po kilkaset osób, a zarobione pieniądze w biznesie szły natychmiast na reinwestycje tworzące tysiące nowych miejsc pracy ( to była skala przyrostu jakby w dekadę liczba zatrudnionych w przemysle się potrajała) . A mieszkania to były przyfabryczne za zwykle symbolicznymi opłatami stałymi. Dziś nikt nie potrzebuje ani setek służby ani tysięcy robotników do fabryk o czym świadczy choćby histeria USA nad uchodzcami z południa, czy w Europie też nikt nie potrzebuje napływu ludzi bo nie ma oc z nimi zrobić. a jeszcze przed II wojną i po II woejnie tacy arabowie i murzyni napływający do Francji wszyscy pracowali, co nagle im się odechciało. nie ma porządnej stałej pracy. A bogacze jeszcze rozwalają rzynki mieszkaniowe spekulacją.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 4,4% I 2020
PKB rdr 3,1% IV kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,5% I 2020
Przeciętne wynagrodzenie 5 282,8 zł I 2020
Produkcja przemysłowa rdr 1,1% I 2020

Znajdź profil