REKLAMA

Wenezuela, czyli makroekonomiczne laboratorium. Czy będzie kolejny „wielki zwrot”?

2026-01-10 06:00
publikacja
2026-01-10 06:00

Od czasów pionierskiego modelu „fifty-fifty” z 1943 roku kraj ten był poligonem doświadczalnym dla światowego sektora paliwowego. Dziś, gdy widmo nieprzedawnionych roszczeń amerykańskiego kapitału miesza się z nadziejami na nową transformację, Wenezuela znów staje się makroekonomicznym laboratorium. O tym, co może czekać południowoamerykańską gospodarkę po ostatniej amerykańskiej interwencji, dla Bankier.pl pisze ekonomista Wojciech Szymon Kowalski.

Wenezuela, czyli makroekonomiczne laboratorium. Czy będzie kolejny „wielki zwrot”?
Wenezuela, czyli makroekonomiczne laboratorium. Czy będzie kolejny „wielki zwrot”?
/ Shutterstock

Boom nad Maracaibo i reguła ,,fifty-fifty”

W genezę wenezuelskiego przemysłu naftowego wpisuje się postać sławnego niemieckiego przyrodnika i geografa Alexandra von Humboldta. W 1799 r. na Półwyspie Araya natrafił na wycieki intrygującej i zalecanej do dalszego zbadania tajemniczej ciekłej substancji, którą np. miejscowi Indianie smarowali swoje łodzie. Historia wenezuelskiego boomu naftowego nabrała jednak przyśpieszenia stosunkowo późno, dopiero w przededniu wybuchu I wojny światowej. Wiosną 1914 r. w okolicach miasta Mene Grande, leżącego na wschodnim wybrzeżu jeziora Maracaibo, poszukiwacze firmy Caribbean Petroleum (51% udziałów w niej miał już wtedy Royal Dutch Shell Group) natrafili na pierwszego ,,słonia”, czyli określane w żargonie nafciarzy wielkie pole naftowe. Kontynuowane, nie bez momentów zwątpienia, w kolejnych latach prace poszukiwawcze w końcu zaowocowały dalszymi imponującymi odkryciami gigantycznych ,,słoni”, takich np. jak pole La Rosa i szyb Barroso II. W rezultacie u progu wybuchu drugiej wojny światowej Wenezuela znalazła się już w trójce największych na świecie (za USA i ZSRR) producentów ropy naftowej. Stała się też strategicznym dostawcą paliwa dla pracujących w militarnym reżimie gospodarek Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie zagospodarowanie złóż i wsparcie logistyczne pracujących na miejscu już zagranicznych firm poszukiwawczo-wydobywczych, których w pewnym okresie było nawet około stu. Z dominującą pozycją Royal Dutch Shell Group, Gulf Oil, Pan American oraz Standard Oil of Jersey. Sprzyjający klimat inwestycyjny dla zagranicznego kapitału był pochodną ustanowionego Prawa Naftowego

Reklama

z 1922 r., z okresu dyktatorskich rządów (1908–1935) generała Juana Vincente Gomeza, uważającego kraj za swoją własność i bogacącego się na korupcyjnych procederze dystrybuowania koncesji na eksploatację złóż. Po jego śmierci do głosu doszła postępowa grupa byłych opozycjonistów, których elitę stanowiło tzw. Pokolenie 28, wywodzące się ze studenckiej rebelii z 1928 r. skierowanej przeciw reżimowi Gomeza. Nowe władze dążyły do wypracowania innych standardów niż te, które pozostawił po sobie dyktator.

W 1943 r. zawarto w Wenezueli inspirujące dla całej branży naftowej porozumienie, oparte na regule „fifty-fifty”, czyli 50:50. W jej myśl dochody kraju posiadającego roponośne złoża wynosić będą tyle samo, co dochody eksploatujących je zagranicznych koncernów.

Wenezuelska diagnoza dla ,,holenderskiej choroby” 

W 1948 r. Wenezuela doświadczyła przewrotu wojskowego, a na czele kraju stanął inny dyktator – pułkownik Marcus Perez Jimenez. Respektował on jednak porozumienie 50:50, w wyniku czego wielkość krajowego wydobycia się podwoiła.  Po jego obaleniu w 1958 r. do głosu ponownie powróciła socjalizująca demokracja. Znacznie mniej już przychylna paliwowej hegemonii zagranicznych koncernów, lecz traktująca ją jako konieczność ze względu na zachowanie rytmiczności napływu do budżetu środków finansowych.

Ówczesny prezydent Romulo Betancourt powierzył tekę ministra od kopalin Juanowi Pablo Perezowi Alfonso, ekspertowi przemysłu naftowego, byłemu szefowi resortu robót publicznych i rozwoju, a zarazem współautorowi konsensusu 50:50. Lata spędzone na emigracji (w USA i w Meksyku) za czasów reżimu Jimeneza poświecił na studiowanie przemysłu naftowego. Jego przemyślenia wpisywały się w to, co wiele lat później (tj. w 1977 r. na łamach „The Economist”) nazwane zostanie ,,holenderską chorobą”. Pojawia się ona w sytuacji, gdy określony czynnik szybkiego i łatwego wzrostu ekonomicznego, zwłaszcza w postaci zasobów naturalnych, przyczynia się do spadku efektywności w innych wymagających dużo większego wysiłku obszarach gospodarki. Tak jak miało to miejsce właśnie w Holandii po odkryciu w 1959 r. złóż gazu ziemnego na Morzu Północnym. Z tym że w Niderlandach świadomość związanych z tym makroekonomicznych zagrożeń przyszła stosunkowo szybko, a ,,niebieskie paliwo” stało się fundamentem tzw. gospodarki polderu, prowadzącej do budowy holenderskiego państwa dobrobytu.  W przeciwieństwie do wielu innych krajów, gdzie powstające na tym tle społeczno–ekonomiczne patologie skłoniły do ukucia terminu surowcowej ,,klątwy bogactw” – w której także Wenezuela, z symptomami co najwyżej krótkookresowej poprawy, na dobre pogrąża się od połowy lat 70. minionego stulecia.

El padre de la OPEC

W 1959 r. Wenezuela otrzymała cios, który w nie do końca przemyślany sposób wymierzyła jej administracja prezydenta Dwighta Eisenhowera, za sprawą wprowadzenia limitów na importowaną ropę. Przy czym w ramach tej regulacji obowiązywały wyjątki dla ropy sprowadzanej drogą lądową, czyli przywileje dla surowca z Kanady oraz Meksyku.

Tym bardziej zabolało to Wenezuelę (ok. 40% jej eksportu ropy trafiało wtedy na rynek amerykański), że Eisenhower, wojenny bohater Ameryki, zupełnie nie liczył się z zasługami, jakie w zakresie wojennych dostaw kraj ten oddał Stanom Zjednoczonym.

Sytuacja zwiększyła więc motywację Juana P. P. Alfonso, aby zacząć konstruować nowy, alternatywny ład naftowy. Jeszcze w tym samym roku spotkał się on w Kairze
z przedstawicielami Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Iranu i Iraku. Obrady zakończyły się poufną deklaracją wspólnych celów. Wśród nich było m.in. dążenie do odejścia od reguły 50:50 na rzecz 60:40, tzn. z przewagą na rzecz państw–eksporterów, rozbudowa rodzimych przemysłów naftowych, autonomiczne poszukiwenie stabilnych rynków zbytu na świecie oraz powołanie transnarodowej Naftowej Komisji Konsultatywnej. Tę ostatnią inicjatywę można traktować jako instytucjonalny zaczyn dla powstałego rok później OPEC.  Organizacji, która w momencie ukonstytuowania reprezentowała łącznie za ok. 80% podaży ropy w światowym obiegu.

Rachunek za wywłaszczenie nie ulega przedawnieniu?

Jeśli uważnie wsłuchać się w głos prezydenta Donalda Trumpa, zapowiadającego transformację sektora paliwowego Wenezueli, dość jasno daje on do zrozumienia, że nieuregulowane zobowiązania wobec amerykańskiego (i nie tylko) kapitału niekoniecznie uznaje on za przedawnione.

Tym bardziej warto przypomnieć, że na przełomie lat 60. i 70. Wenezuela znalazła się w awangardzie dokonujących się (ku uciesze Kremla) procesów nacjonalizacyjnych. Projekty aktów prawnych zakładających przejęcie – bez żadnego odszkodowania – całej własności, tj. instalacji i sprzętu, zagranicznych koncesjonariuszy przygotowane zostały w latach 1971–1972, czyli w okresie pierwszej kadencji (1969–1974) prezydenta Rafaela Antonio Caldera Rodrígueza. Demokraty, naukowca (specjalisty od prawa pracy), a zarazem zdecydowanego zwolennika nacjonalizacji sektora węglowodorowego. Doszło do niej w sposób zasadniczy na mocy dekretów wydanych już w okresie rządów jego następcy, Carlosa Andrésa Péreza,
 w 1976 r.

Nacjonalizacja aktywów paliwowych to skądinąd swoiste modus operandi całego kontynentu. Ostatnich przykładów i to w poprzedniej dekadzie dostarczyła Argentyna. W 2012 r. za sprawą ustawy prezydenckiej Cristiny E. Fernández de Kirchner dokonano wywłaszczania hiszpańskiego Repsol, posiadającego kontrolę kapitałową nad YPF, główną firmą paliwową Argentyny. Stało się to w niespełna rok po odkryciu ogromnego złoża łupkowego na patagońskim polu naftowym Vaca Muerta, szacowanego wstępnie na ok. 23 mld baryłek. Przy czym Repsol otrzymał jednak pewne zadośćuczynienie, w wysokości 5 mld dolarów, co było jednak kwotą o połowę mniejszą niż pierwotne zgłaszane z tego tytułu roszczenie opiewające na 10 mld dolarów.

Wielka zapaść rentierskiej gospodarki

W trakcie minionego półwiecza (1976–2025) Wenezuela za sprawą swoich mniej lub bardziej świadomych oraz autonomicznych wyborów stała się, zwłaszcza już w tym stuleciu, najbardziej skrajną w negatywnym znaczeniu ,,mutacją” tzw. modelu gospodarki rentierskiej.
To termin ukuty u progu lat 70., odnoszący się do gospodarek cechujących się tym, że dominującym dochodom z automatycznie pozyskiwanych z zewnętrznych źródeł ,,renty” towarzyszy nader wąski krąg jej rzeczywistych beneficjentów, sprowadzających się do ścisłej elity władz oraz tych, którzy gwarantują stabilność takiego układu, czyli służb mundurowych. A jednocześnie postępuje przy tym nieuchronnie degradacja społeczno–ekonomiczna większości społeczeństwa.

Próbę zawrócenia z takiej trajektorii podejmowali w latach 90. dwaj wenezuelscy prezydenci. Mało znanym u nas faktem jest, że zanim ostatecznie runął Mur Berliński i nastąpiła fala społeczno–gospodarczych transformacji w Europie Środkowo–Wschodniej, nie mniejszym wyzwaniom starała się nieco wcześniej podołać właśnie Wenezuela. Wydarzenia te wiążą się z okresem (lata 1989–1993) sprawowania władzy przez Rafaela Rodrígueza, kiedy wcielono w życie tzw. ,,Wielki Zwrot” (El Gran Viraje), czyli program makroekonomicznej stabilizacji. Jego architektami i realizatorami, przy wsparciu MFW, byli ekonomista Miguel Rodríguez Fandeo oraz bankier Pedro Tinoco.

Przywracanie makroekonomicznej równowagi, oprócz tego, że potrafi przysporzyć spektakularnych efektów statystycznych (w latach 1990–1992 PKB Wenezueli wzrastał średniorocznie o +7,3 %), to niestety generuje też spore koszty społeczne i wiele wynikającego z tego rozgoryczenia. Sytuację tę starał się w 1992 r. wykorzystać, podejmując próbę zamachu stanu, Hugo Chávez. Przestraszone takim obrotem spraw zaplecze polityczne prezydenta odsunęło wtedy M. R. Fandeo od sterów nad gospodarką, usadzając go na stanowisku prezesa banku centralnego, które zresztą opustoszało po śmierci P. Tinaco. Zanim jednak do tego doszło, nastąpiły istotne zmiany w strategicznym dla Wenezueli sektorze paliwowym.

W ramach tzw. ,,Otwarcia Ropy” (Apertura Petrolera) do kraju powróciły największe światowe koncerny: ExxonMobil, Royal Dutch Shell, ConocoPhillips, Chevron czy Total. Z kolei powracający w 1994 r. po 20 latach na urząd prezydenta Rafael Caldera rozszerzył współpracę z obcym kapitałem, obejmując nią także poszukiwania i eksploatację złóż w Pasie Orinoko, mającym obfitować w największe na świecie pokłady ciężkiej (heavy crude oil) i ekstra ciężkiej ropy (extra-heavy crude oil). Owoce tej współpracy odzwierciedla m.in. dynamika dziennego wydobycia ropy (wykres 1), która pomiędzy 1987 r. a 1997 r. wzrosła z 1,7 mln do 3,4 mln baryłek dziennie.

Bankier.pl

Rządzący Wenezuelą w latach 1999–2013 Hugo Chávez położył jednak kres tej i tak szwankującej już wówczas współpracy. W 2007 r. zdecydował, że we wszystkich biznesach paliwowych większościowy udział musi mieć państwowa firma PDVSA.

Okres 14-letnich okres rządów Cháveza cechował się jeszcze utrzymaniem rozwoju gospodarczego (średnioroczny wzrost PKB dla lat 1999–2013 wynosił 2,9%) przy jednocześnie umiarkowanym spadku wydobycia ropy (z 3 do 2,6 mln baryłek na dobę). To jednak, co uczynił z Wenezueli i jej przemysłu naftowego jego następca, stanowi już przykład klasycznej ekonomicznej patologii.

Przeciętne tempo zmiany PKB za czasów rządzącego od 2013 r. Nicolása Maduro
(wykres 2) kształtuje się na poziomie minus 8,5%, a zdarzały się przecież okresy, gdy PKB permanentnie kurczył się nawet dwucyfrowo. Jak w latach 2019–2020, gdy PKB spadał o 27,6% i 29,9%. Dochodziło do tego w wyniku drastycznego spadku wydajności mocy produkcyjnych ropy naftowej. Między początkiem 2013 r. a październikiem 2025 r. wielkość jej podaży spadła z 2,6 mln do ok. 956 tys. baryłek na dobę, czyli prawie o dwie trzecie.

Bankier.pl

Makroekonomiczne laboratorium

Oczekiwana transformacja polityczno–ekonomiczna Wenezueli to niewątpliwie najbardziej aktualnie intrygujący obszar badawczy dla przedstawicieli różnych nauk społecznych,
a zwłaszcza dla politologii i makroekonomii. Warto w tym kontekście przypomnieć, że historycznie rzecz biorąc, doświadczenia Stanów Zjednoczonych z tym związane nie ograniczają się tylko do ,,kanonicznych” wskazań Iraku czy budzącego wątpliwości tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego, lecz sięgają znacznie dalej. Do czasów, gdy USA były architektem powojennego ładu społeczno–ekonomicznego w Japonii oraz Republice Federalnej Niemiec. Państw i gospodarek, którym w tamtym okresie zdecydowanie znacznie bliżej było do wskazań Johna Maynarda Keynesa niż Augusta von Hayeka.

Swoją drogą prawdopodobnym wydaje się też powrót do praktyki gospodarczej 73-letniego obecnie M. R. Fandeo. Ten dawny m.in. asystent noblisty Jamesa Tobina na uniwersytecie Yale, tak jak jego ówczesny mistrz, był wtedy zagorzałym zwolennikiem keynesizmu. Zaś od czasu przegranych z kretesem w 1998 r. wyborów prezydenckich poświęcał się już jedynie działalności naukowej. Wyzwanie, przed którym aktualnie stoi Wenezuela, jest jednak z rodzaju z tych, którym naukowcom nie sposób zazwyczaj się oprzeć. 

Wzmocnienie geoekonomicznej triady

W obecnej fazie cyklu energetycznego następstwa aktu bezprecedensowej sprawczości decyzyjnej prezydenta Trumpa nie wywołały długotrwałego efektu w notowaniach anglosaskich koncernów paliwowych. W szczególności tych, które mają nie tylko uzyskać zadośćuczynienie za wywłaszczenie i niesprawiedliwe traktowanie w przeszłości, lecz również stać się realnym partnerem gospodarczym w sprzyjającym im docelowo stabilnym otoczeniu politycznym i gospodarczym. Zatem takim, które współcześnie definiuje się jako „friendshoring”, a w odniesieniu do Wenezueli obfitującym jeszcze w największe rozeznane pokłady ropy naftowej (ok. 303 mld baryłek).

Na ten moment wśród zachodnich korporacji paliwowych w stosunkowo najkorzystniejszej sytuacji wśród firm paliwowych znajduje się zapewne Chevron Corp. Już dużo wcześniej został on bowiem ,,oddelegowany” przez władze USA do układania się z wenezuelskim reżimem. Niemniej i w tym przypadku kluczowe pozostają obecne realia rynkowe. Notowania ropy cechuje tendencja spadkowa, co nie sprzyja wysokiej rentowności koncernów. Ceny rzędu 50–60 dolarów za baryłkę stają się też poważnym problemem dla rentowności amerykańskich ,,łupkarzy”.

W tej sytuacji jeszcze bardziej prawdopodobne wydaje się, że eksploatacyjnym priorytetem staną się nie wenezuelskie zasoby ropy, lecz gazu ziemnego, których wielkość według różnych szacunków plasuje się gdzieś pomiędzy czwartym a ósmym miejscem na świecie. Z tym że również i tutaj spodziewany ,,efekt wenezuelski” to nie tyle bezpośrednia podaż mogącego się pojawić prędzej czy później na rynku surowca. To przede wszystkim rezerwuar wzmacniający strategiczną geoekonomiczną triadę, w której zasoby węglowodorowe są jednym z jej fundamentalnych elementów, lecz nie jedynym. Dwa pozostałe to kontrolowane przez Amerykanów giełdowe rynki towarowe, tj. Nymex oraz ICE Futures Europe, będące miejscami benchmarkowych notowań dla gatunków ropy, odpowiednio: WTI oraz Brent. W obu przypadkach wzmacniające trzeci element, czyli dolara jako podstawowego środka płatniczego w światowym obrocie gospodarczym.

Wojciech Szymon Kowalski

Autor jest ekonomistą zajmującym się problematyką surowcową, w przeszłości pracował jako analityk rynków towarowych m.in. w EFIX Dom Maklerski

Publikacja zawiera linki afiliacyjne.
Źródło:
Tematy
Ile pożyczki na raty możesz uzyskać?
Ile pożyczki na raty możesz uzyskać?

Komentarze (13)

dodaj komentarz
platfusoptymista
Czy to tylko banksterek, czy też coś się stało z Polakami, że popierają w ciemno każde polityczne wiaromstwo Anglosasów.
sterl
Nie oddamy płaszcza i co nam zrobisz?, a cały świat powierzył im ponad 50 bln $ kupując akcje obligacje i pejsate fundusze, a do tego dostaliśmy papierowe złoto...
polonu
ciekawe czy spółeczeństwo Wenezueli da się nabrać , i nie wywiezie zdrajców z Carakaz tam gdzie zwiał Maduro .
miketheripper
Pytanie w jakim laboratorium hodują peowców?
bankster-kreator
I gdzie ta walka z narkotykami się pytam? W Disneyowskiej bajce?
bankster-kreator
Jeśli ktoś myślał, że nie chodzi o wycyckanie Wenezueli z ropy i innych surowców to znaczy, że używa pasty do zębów że zbyt dużą ilością fluoru.
miketheripper
Są rzeczy ważne i ważniejsze
sterl odpowiada bankster-kreator
Ostrożnie tylko zapytam o co chodziło z Polską?
bankster-kreator
I pytam się gdzie się podziała ta walka z narkotykami, nie wyłapują gangów nie przejmują pól uprawnych? Mogłoby chociaż trochę lepiej zagrać i uruchomić Hollywood jak przejmują kartele narkotykowe i pola uprawne. No ale niestety tonący w długach nie ma już na to czasu, musi jak najszybciej wycyckac wenezulelę z wszelkich surowców I pytam się gdzie się podziała ta walka z narkotykami, nie wyłapują gangów nie przejmują pól uprawnych? Mogłoby chociaż trochę lepiej zagrać i uruchomić Hollywood jak przejmują kartele narkotykowe i pola uprawne. No ale niestety tonący w długach nie ma już na to czasu, musi jak najszybciej wycyckac wenezulelę z wszelkich surowców i osadzić tam swoje korporacje - oczywiście nieopodatkowane w przeciwieństwie do lokalsów by nie było konkurencji.
bankster-kreator
Tam gdzie Hameryka tam dobrobyt. Wprowadzą demokrację jak w Wietnamie, Syfri, Iraku i Afganistanie i miejscowi będą złotem ociekać.

Powiązane: Przewrót w Wenezueli

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki