REKLAMA

Polka rozkręca duży biznes w Stanach. "Nietrudno tu coś osiągnąć" [Tam mieszkam]

Malwina Wrotniak2015-08-14 06:00redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2015-08-14 06:00

Wyjechała do Stanów bez znajomości angielskiego i pomysłu na siebie. Poślizgnęła się na pierwszym biznesie, ale o jej nowym przedsięwzięciu – Give Back Box – mówią dziś najpopularniejsze amerykańskie media. Monika Wieła twierdzi, że USA to kraj pełen możliwości, gdzie nietrudno coś osiągnąć i że jako Polacy za granicą sprzedajemy się zbyt tanio.

W niedawnym wywiadzie dla amerykańskiego Forbesa powiedziała: „Przyjechałam tutaj spełnić swój american dream”. Ale jej historia nie tak oczywista, na jaką wygląda. Zaczęło się od przerwanych studiów marketingowych w Łodzi, później były kolejne etaty w roli przedstawiciela handlowego, wreszcie wylot do Stanów i pierwszy własny biznes. Internetowy handel amerykańskimi butami okazał się jednak bolesną lekcją. Inspirację do biznesu, dzięki któremu zyskuje dziś popularność znalazła dosłownie na ulicy. Tak pojawił się Give Back Box, jeden z tych pomysłów na biznes, o których myślisz: dlaczego sam na to nie wpadłem. Wykorzystała modę na zakupy przez internet, a teraz zarabia, przekonując Amerykanów, żeby nie wyrzucali pudełek po zakupach.

W jaki sposób namówiła do skorzystania z usług swojej firmy wielkie korporacje - Amazona, Della czy Lego? Monika Wieła nie ukrywa, że jest mocno zdeterminowana. Jak sama przyznaje, gdy ktoś w biznesie mówi jej „nie” - udaje, że nie rozumie. Ma ambitne cele: – Pracujemy teraz nad rozwiązaniem, które ma przynieść największą zmianę w pozyskiwaniu donacji w Stanach Zjednoczonych. Może mi to zająć nawet i 10 lat – zapowiada w rozmowie z Bankier.pl z serii #TamMieszkam.

Twierdzi, że Stany Zjednoczone, a szczególnie zachodnie wybrzeże sprzyjają przedsiębiorczości i dziwi się, że jako Polacy – ludzie zdolni i wykształceni – często nie korzystamy z tych możliwości, osiadając na laurach i wykonując najprostsze prace.

Monika Wieła - Polka, która rozwija w Stanach Zjednoczonych Give Back Box. Do współpracy namówiła już takie firmy, jak Amazon czy Dell / fot. Give Back Box /

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Studiowała Pani marketing na prywatnej uczelni w Łodzi. Co to miał być za pomysł na siebie?

Monika Wieła: (śmiech) Studiowałam, ale na szczęście nigdy nie skończyłam. Powiem szczerze, że bardzo wcześnie, jeszcze we wczesnych latach liceum, zaczęłam wątpić w system edukacji. Ze względu na to, że chciałam uczyć się w szkole języka rosyjskiego, a był on przypisany tylko do jednej klasy - matematyczno-fizycznej, byłam zmuszona wybrać ten kierunek, mimo że nie znosiłam matematyki. To był dla mnie horror i już wtedy wydawało mi się, że coś chyba jest nie tak z systemem nauczania. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego muszę uczyć się dwie godziny dziennie matematyki, której nienawidzę.

Po liceum wszyscy szli na studia, więc ja też. Wybrałam takie, które były najbliższe moim zainteresowaniom - już w liceum wiedziałam, że chcę zostać… przedstawicielem handlowym. Tak, to była wtedy moja wymarzona praca.

To raczej rzadkie marzenie zawodowe.

Tak. (śmiech) Ale skoro już wiedziałam, że idę w tym kierunku, wybrałam studia marketingowe, które wydawały mi się jedynym mającym sens kierunkiem. Poszłam na Wyższą Szkołę Humanistyczno-Ekonomiczną, ale po jakimś roku znowu zaczęłam odnosić wrażenie, że coś tu jest nie tak. Dlaczego profesorowie, którzy uczą mnie biznesu, nigdy w życiu nie prowadzili biznesu? Jak mogą nas czegokolwiek nauczyć? Moi wykładowcy nigdy w życiu nie pracowali w korporacji, nie pracowali nad żadnymi komercyjnymi, dużymi projektami. Zastanawiało mnie dlaczego mam słuchać jak coś robić od kogoś, kto nigdy tego nie robił. Uznałam, że szkoda mojego czasu i pieniędzy, i że nauczę się fachu w praktyce. W związku z tym rzuciłam studia, chyba na drugim roku.

Pracę jako przedstawiciel handlowy dostałam od razu. W Polsce pracowałam w tej roli w Sondzie, w Lukas Banku (zrezygnowałam z tej pracy, bo bankowość wydawała mi się strasznie nudną branżą).

Tego nie napiszemy. (śmiech)

Racja, tego na Bankier.pl nie piszmy. (śmiech) Później było Nestle, Johnson&Johnson i ostatnia firma w Polsce, w której pracowałam jako przedstawiciel handlowy to Polpharma. W tamtym czasie przedstawiciel handlowy w branży medycznej to była najwyższa półka. Ja natomiast sięgnęłam w tej pracy zawodowego dna. Nie wchodząc w szczegóły, ta praca była mocno nieetyczna. Wtedy już wiedziałam, że nie jest to kierunek, w którym chcę dalej iść. Trzeba więc było zadać sobie pytanie co dalej.

We wrześniu Monika opowie o Give Back Box podczas konferencji "Life is Beautiful". Swoje wystąpienia będą tam mieli m.in. Tony Hsieh z Zappos czy młodszy brat twórcy Tesli, Kimbal Musk. / fot. lifeisbeautiful.com /

Przyczyną tego, co działo się dalej, była moja mama, która już rok wcześniej zaczęła mnie namawiać na wyjazd do Ameryki. W mojej rodzinie to właśnie ona była globtroterem – zaraz w pierwszym roku po otwarciu w Polsce granic pojechała z moim bratem do pracy we Francji. Zawsze chciała podróżować, zobaczyć coś więcej. Dlatego przekonywała mnie, że w Polsce nie ma dla mnie przyszłości, że powinnam wyjechać za granicę. Ja z kolei tłumaczyłam jej, że przecież nie znam angielskiego, że mam w Polsce dużo pracy i że nigdzie nie jadę. Ale ponieważ mama nie odpuszczała, złożyłam w końcu wniosek o wizę. Miałam nadzieję, że jej nie dostanę, bo wtedy miałabym ten temat z głowy. Niestety wizę dostałam i to na 10 lat, nieszczęście. (śmiech) Mimo to przez rok wykręcałam się od wyjazdu, a zdecydowałam się dopiero po zakończeniu tej ostatniej pracy - nie miałam wtedy żadnego innego pomysłu na siebie. I tym sposobem latem 2006 roku wylądowałam w Chicago.

Bez, przypomnijmy, znajomości języka?

Bez. Nie umiałam nic a nic.

No to pełne Polaków Chicago wydaje się pod tym względem dobrym adresem.

Tak, chociaż może być też bardzo zgubne. Miałam tam daleką rodzinę, której nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Mój wujek, chociaż wyemigrował do Stanów w latach 50., do tej pory dobrze nie zna języka.

"Ponieważ mama nie odpuszczała, złożyłam w końcu wniosek o wizę. Miałam nadzieję, że jej nie dostanę, bo wtedy miałabym ten temat z głowy. Niestety wizę dostałam i to na 10 lat, nieszczęście. (śmiech)" / fot. AndreyKr / YAY Foto

W każdym razie trafiłam do tego polskiego domu, gdzie plan na moją przyszłość był już przygotowany – miałam załatwioną pracę w polskim sklepie mięsnym, a do tego miałam być opiekunką do dzieci. W związku z tym od początku sytuacja była napięta, jako że nie byłam w stanie wytłumaczyć, że nie tak widzę swoją przyszłość. Nikt nie brał tego co mówiłam na poważnie, pytali mnie co innego niby chciałabym robić, przecież „tutaj wszyscy pracują w sklepach”.

Po jakimś miesiącu wyprowadziłam się już do osobnego lokum, znalazłam pierwszych znajomych, którzy nie byli Polakami. No i teraz to już naprawdę nie wiedziałam co dalej. Któregoś razu poszłam z ciocią na zakupy do sklepu obuwniczego. Oglądam te buty, a one nie dość, że fajnie wyglądają, to jeszcze kosztują 15-20 dolarów. Myślę sobie, że w Polsce w takiej cenie miałyby branie. Ponieważ planowałam wtedy po miesiącu wrócić do Polski uznałam, że przywiozę takie buty koleżankom i kupiłam ich 5 par. Po przyjściu do domu uznałam jednak, że skoro będę tu jeszcze kilka tygodni, to te kupione buty wystawię na Allegro. Wystawiłam wszystkie i poszłam spać, a kiedy wstałam wszystkie 5 par było sprzedanych. W związku z tym sprawa była jasna – zostanę tutaj, będę kupować buty i sprzedawać je do Polski przez internet.

Pracowałam tak 3 albo 4 lata. Mam jeszcze gdzieś zdjęcia mieszkania zawalonego butami od góry do dołu. Prawie nie wychodziłam wtedy z domu, zero znajomych, zero życia, tylko internet i buty, buty, buty.

Wiem, że ten biznes nie zakończył się sukcesem.

Zapotrzebowanie na buty było bardzo duże, ale problemem okazało się to, że nie mieliśmy wtedy odpowiednich stanów magazynowych. W związku z wielkim zapotrzebowaniem ludzie kupowali szczegółowe rozmiary czy kolory butów, których akurat nie było w sklepach. W związku z tym nie mieliśmy jak dostarczać obuwia, zamówienia były przedłużane, co rozrosło się na niebezpiecznie dużą skalę. W związku z czym ja bardzo szybko przeszłam od sukcesu do etapu, kiedy chciałam najzwyczajniej zniknąć z tego świata. Wszyscy doradzali mi wtedy pozbycie się tego biznesu, ale nie chciałam tego zrobić, bo w czasach świetności przynosiło mi to bardzo dużo satysfakcji. Odkręcenie tego wszystkiego i uregulowanie zobowiązań zajęło następne dwa lata. Pojawiał się wtedy problem za problemem. Jak się dodatkowi okazało, nie miałam wystarczającej wiedzy o wszystkich dokumentach niezbędnych do oclenia towaru, Urząd Celny w Warszawie też nigdy wcześniej nie miał klienta, który pocztą lotniczą wysyła tysiące par butów. Pierwszy kontener, który wysłałam do Polski był na miesiąc zatrzymany przez tutejszy urząd celny, więc już te zamówienia były opóźnione.

Jak sobie teraz to przypominam, to myślę, że fakt, że to przeżyłam, to jakiś cud. Ale była to bardzo ważna nauka na przyszłość. Dużo z tych problemów wynikało z mojej nie wiedzy, ja nie wiedziałam jak mam je rozwiązać, jaki jest kolejny krok, który trzeba podjąć. Nauka z tego taka, że zanim zacznie się coś robić, warto rozpoznać teren na dużo wcześniej przed tym, jak się człowiek za to zabierze, a nie dopiero kiedy pojawią się problemy.

Nie miała Pani w tamtym czasie żadnych mentorów?

Wtedy nie. Pierwszego mentora znalazłam dopiero 3 lata temu i mam go zresztą do dziś. Natomiast wtedy ja de facto nie prowadziłam biznesu w Stanach Zjednoczonych, tylko w Polsce, więc wydawało mi się, że jakoś sobie z tym radzę.

Sytuacja została opanowana jakieś 3 lata temu. Otworzyliśmy wtedy jeszcze sklep z butami ze Stanów w Polsce, ale już sprzedający obuwie będące tam na stanie. W ten sposób nikt nie czeka na dostarczenie towaru. Dziś działają oba – ten z amerykańskimi butami sprowadzanymi do Polski i sprzedawanymi tam na miejscu oraz ten, gdzie buty można zamówić z USA, ale czeka się na nie 3 tygodnie.

Po uporządkowaniu tych spraw w związku z polskim rynkiem uznałam, że dobrze byłoby uruchomić biznes w Stanach. Otworzyłam więc i tu sklep z butami, ale cały czas zastanawiałam się czym ma się wyróżnić i jak mam go promować, żeby móc konkurować z dużymi markami.

Podobała mi się wtedy idea promowana przez markę TOMS (wcześniej Shoes For A Better Tomorrow) – oni za każdą kupioną przez klienta parę butów wysyłają jedną parę butów charytatywnie do krajów Trzeciego Świata. Bardzo chciałam wymyślić coś podobnego. Mieszkałam wtedy w Chicago. Któregoś dnia szłam sobie główną ulicą, mijając jak co dzień bezdomnych, których było tam naprawdę wielu i których znało się już z widzenia. W którymś momencie moją uwagę przykuł człowiek, którego nigdy wcześniej tu nie widziałam, a który nie prosił o pieniądze jak inni, tylko trzymał kartkę z napisem „I Need Shoes” [tłum. Potrzebuję butów].

Nigdy nie zapomnę tego momentu - stanęłam przed nim i myślę: to musi być jakiś znak. On potrzebuje butów, ja mam tysiąc par butów - mogłabym mu pomóc (pomijając już fakt, że sprzedawałam wtedy tylko damskie obuwie). Wróciłam do domu i nie mogłam się uspokoić, waliło mi serce i chociaż nie znałam jeszcze szczegółów, to czułam, że właśnie rozpoczyna się dla mnie nowy etap. Wzięłam wtedy jakieś buty mojego faceta i poszłam wręczyć je temu bezdomnemu, ale jego już nie było. Wtedy to już naprawdę uznałam, że to musiał być jakiś znak.

Następnego dnia obudziłam się już z całym planem w głowie - zdarzyło mi się to nie pierwszy raz. Pomyślałam, że wysyłając buty do klientów w pudełkach, będę do nich wkładać osobiste podziękowanie za zakup z jednoczesną prośbą, by to samo pudełko wykorzystali, uzupełniając je niepotrzebnymi w domu butami czy innymi rzeczami, którymi chcieliby obdarować potrzebujących. Żeby klient nie ponosił z tego tytułu żadnych dodatkowych kosztów, w pudełku znajdzie prepaid label, czyli opłaconą etykietę pozwalającą bezkosztowo wysłać paczkę do organizacji charytatywnej.

Poszłam do nieodległego schroniska dla bezdomnych przedstawiając swój pomysł z pytaniem, czy na takie rzeczy byłoby zapotrzebowanie i czy takie paczki można by wysyłać na ich adres.

Pierwsze pudełka Give Back Box, które wróciły od klientów, wypełnione rzeczami dla potrzebujących / fot. Give Back Box /

W ten sposób w 2012 roku przed Świętami Bożego Narodzenia zaczęły przychodzić pierwsze paczki od klientów. Ciągle chyba mam jeszcze te pierwsze pudełka, które od nas wyszły, z ręcznie wypisywanym podziękowaniem.

Te wypełnione po brzegi zabawkami i innymi rzeczami pudełka oznaczały, że mechanizm działa. A skoro działa dla mojego małego sklepu, dlaczego nie miałby działać na dużą skalę, na przykład dla Amazona. Wiedziałam już wtedy, że to jest to. Uznałam, że zmienię przyzwyczajenia kupujących w Internecie, że pójdę rozmawiać z największymi sklepami i przekonam ich do robienia tego, co ja.

W lutym 2013 roku byłam już na pierwszym spotkaniu w tej sprawie w Amazonie, w Seattle. Jak teraz sobie pomyślę o tym, jak mi się to udało, to sama w to nie wierzę. Już sama historia o tym, jak udało mi się zorganizować spotkanie w Amazonie i jak ono przebiegło, to materiał na książkę. Chyba powinnam zacząć spisywać te historie. (śmiech)

Które z dużych, znanych firm współpracują dziś z Give Back Box?

Spośród znanych w Polsce – Amazon, Dell, właśnie zakończyłam negocjacje z LEGO, rozmawiamy też z Mattel. Ograniczeniem w przypadku Give Back Box nie jest samo podjęcie decyzji, czy to robić, tylko czas potrzebny na wdrożenie. Mówię tak, bo do tej pory nie usłyszałam od żadnej firmy „nie”. Natomiast jest dużo różnych schematów współpracy i każdy z tych potencjalnych partnerów ma inne ograniczenia albo wymagania w tym temacie. Podjęcie współpracy jest więc raczej kwestią czasu.

Zdobyć pieniądze na własny biznes w Stanach? "Tutaj zwykle nie ma z tym wielkiego problemu" »

Oprócz tego, że dla firm takich jak Amazon czy Dell wizerunkową korzyścią jest samo pomaganie, co jeszcze z tego mają?

Właśnie pracujemy nad dodatkowymi benefitami dla nich. To pudełko, w którym Amazon wysyła towar, jest przez firmę później odpisywane jako dotacja. Ale to samo pudełko pod banderą Give Back Box pełni funkcję swoistego „pojazdu dostarczającego pomoc charytatywną”. Potencjalnie jest więc możliwość uzyskania dla tych firm dodatkowych korzyści podatkowych.

"Biorąc po uwagę, że Amazon wysyła każdego dnia 4 mln paczek, to wydrukowanie ulotek do tych wszystkich pudełek kosztowałoby 200 tys. dolarów dziennie." / YAY Foto

Inny profit – każda z tych firm ma internetowy podgląd na to którzy z ich klientów odesłali używane rzeczy charytatywnie (pod warunkiem, że wydrukowali etykietę do nadania paczki ze strony internetowej), ilu ich jest, z jakiego pochodzą terytorium itd. To pozwala tym firmom na sprofilowanie oferty dla grupy klientów, którzy chcą pomagać innym. Tutaj bardzo to lubią.

Ale jest jeszcze jedna korzyść, o której nie miałam pojęcia, a która okazała się w zasadzie najważniejsza. Każda z tych dużych największych firm wysyła do klientów towary w pudełkach, które później trafiają na wysypiska śmieci. A znane marki bardzo nie lubią, kiedy na wysypiskach zalegają tony śmieci z ich logotypem. Czym większa firma, tym ten problem większy. Pamiętam jak na spotkaniu z Target powiedziano mi, że firma od dwóch lat zastanawia się w jaki sposób zabrać swoje logo z wysypisk śmieci i że rozważano nawet nadrukowywanie logotypu farbą, która później się ulotni. Give Back Box rozwiązuje ich problem, bo każde pudełko, które wraca do organizacji charytatywnych musi później zostać poddane recyklingowi.

Dokąd trafiają wszystkie odsyłane przez klientów dary? Do jednego miejsca, skąd dalej są redystrybuowane?

Tak było przez pierwsze dwa lata, kiedy testowaliśmy Give Back Box. Teraz mamy podpisaną umowę z największą organizacją non-profit w Stanach Zjednoczonych - Goodwill Industry International, która ma 156 oddziałów w całym kraju. W związku z tym, jeśli ktoś drukuje etykietę do wysyłki w Los Angeles, jego paczka trafi prosto do tej organizacji w Los Angeles. Wszystko dzieje się więc w skali lokalnej, my nie prowadzimy żadnego centrum redystrybucji.

I rozumiem, że bez względu na to, czy odeślę niepotrzebne mi buty, książki, czy pościel – wszystko zostanie przyjęte?

Tak. Mamy z tą organizacją podpisaną umowę, na mocy której żadna z tych rzeczy nie trafia na wysypisko – wszystko musi być reuse albo recycle, to tzw. zero-waste policy, polityka nie generowania odpadów. Nawet jeśli ktoś odeśle popsuty kubek albo coś ulegnie po drodze zniszczeniu, powinno zostać poddane recyklingowi.

Opłaca się to firmom, korzyści dla organizacji są oczywiste, a klientom ma się chcieć pomagać, bo nic ich to nie kosztuje?

Współpracujemy z UPS, co oznacza, że jeśli otrzymana etykieta jest z logiem tej firmy, można ją nadać dowolnemu kierowcy UPS albo w popularnych tutaj The UPS Stores. A jeśli wysyła się pocztą – można zamówić sobie usługę darmowego odbioru z domu, co właściwie wiąże się tylko z koniecznością wystawienia pudełka przed dom.

Taka przedpłacona etykieta znajduje się w każdym pudełku przysłanym przez firmy współpracujące z Give Back Box?

Nie, można ją sobie przede wszystkim wydrukować ze strony internetowej. Biorąc po uwagę, że Amazon wysyła każdego dnia 4 mln paczek, to wydrukowanie ulotek do tych wszystkich pudełek kosztowałoby 200 tys. dolarów dziennie. Kiedy więc rozmawiałam pierwszy raz z Amazonem, sam pomysł bardzo im się podobał, ale od razu powiedzieli, że trzeba poszukać innego sposobu niż wkładanie czegokolwiek do pudełek. Niektóre firmy, jak Newegg, wysyłają nasze ulotki w każdej paczce (20 tys. stuk dziennie), ale ja chciałabym od tego odejść.

"Moim problemem jest to, że chciałabym bardzo dużo i bardzo szybko. Natomiast czym większe firmy zostają naszymi partnerami, tym wolniej cały proces postępuje." / fot. Give Back Box /

W większości przypadków osobie robiącej zakupy przez Internet wyświetla się powiadomienie o statusie zamówienia – i tam zachęta do wydrukowania naklejki i odesłania paczki.

Jakie są statystyki? Ile osób odsyła paczki, pomagając innym?

W najlepszym momencie, w zeszłym roku, odsyłanych było 30% pudełek – działo się tak za sprawą dużej akcji promocyjnej zorganizowanej przez newegg.com. Normalnie return rate utrzymuje się na poziomie 5%, ale to tak naprawdę nie jest ważne, bo czym więcej będzie się o tym programie mówić, tym liczba tych paczek będzie większa.

Na razie program jest w Stanach jeszcze bardzo młody, i jest to ledwie kropla w morzu potrzeb. Dużo pracy przede mną, myślę, że zajmie mi to jeszcze z 5 lat. Po wejściu w ten rynek dotacji stwierdzam, że jest to jeden z niewielu obszarów, który nie doczekał się innowacji, mimo że innowacje pojawiają się wszędzie indziej. Fundacje działają dziś tak samo, jak działały 50-60 lat temu. Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Stanów bardzo się dziwiłam, że tutaj ktokolwiek może żyć w biedzie. Ludzie mają tutaj tyle pieniędzy i tyle rzeczy, że mogą sami sobie pomóc, tylko są dość leniwi, więc trzeba im pewne rozwiązania podsunąć pod nos i tak maksymalnie uprościć, żeby chcieli z nich korzystać.

To wszystko brzmi jako korzyść dla każdej ze stron, ale przecież jest też biznesem, w który trzeba włożyć pieniądze. Z czego mają pochodzić?

Przez pierwsze trzy lata finansowałam wszystko z własnej kieszeni. Teraz szczęśliwie jestem w sytuacji, kiedy to inwestorzy zgłaszają się z propozycjami zainwestowania w ten pomysł pieniędzy. Natomiast znalazłam sposób na finansowanie tego biznesu jeszcze przez dwa, trzy lata, to nazywa się tutaj bootstrapping [w uproszczeniu - finansowanie własnymi siłami]. Chcę po prostu oszczędzać i nie decydować się na razie na żadne środki inwestorów, póki projekt nie osiągnie większej skali.

Tutaj w Stanach jest tak – jeśli ktoś chce uruchomić biznes i potrzebuje na niego nawet kilku milionów dolarów, zwykle nie ma z tym wielkiego problemu. Szczególnie widzę to na tym wybrzeżu. Przyznam, że dla mnie ten mechanizm jest trochę szalony, bo większość tych projektów upada, a z nimi przepadają pieniądze. Ale tak w Ameryce robi się biznes – tutaj nie polega się na swoich pieniądzach. Mnie w Polsce przyzwyczajono do tego, że we własny biznes wkłada się najpierw własne pieniądze. Tutaj nikt nie wkłada swoich pieniędzy, tutaj bierze się pieniądze od inwestorów. Ponieważ nie byłam pewna jak ten biznes będzie działał, poszłam w trochę inną stronę.

Na ten moment to zainteresowanie inwestorów jest bardzo miłe, ale oczywiście nie zawsze tak było. Dwa lata temu podczas jednej z konferencji spotkałam się człowiekiem z UPS, którego chciałam przekonać do jednej decyzji. Odmawiał wtedy, mówiąc, że nie ma szans, nie da się, nie można. Dwa miesiące temu byłam na kolejnej edycji tej konferencji. Jeden z naszych partnerów, Goodwill, podczas swojej prezentacji wymieniał Give Back Box jako jedną z nowych, interesujących metod pozyskiwania dotacji. Siedział tam też ten sam człowiek z UPS. Zaraz po zakończeniu sam podszedł z hasłem „Musimy porozmawiać”. To było niesamowite uczucie. Przyznał mi wtedy szczerze, że nie wierzył te dwa lata temu, że cokolwiek uda mi się zdziałać. Po tych pierwszych sukcesach jest więc o wiele łatwiej. Kilka dni temu na Twitterze zgłosiła się do mnie firma Kenneth Cole – bez namawiania chcą u siebie Give Back Box.

Jak udało się Polce namówić do współpracy Amazona i Della? Czytaj na następnej stronie »

Co w tym przedsięwzięciu [Give Back Box] ma przynosić pieniądze?

W naszym modelu dochodowym współpracujące z nami firmy płacą nam tzw. sponsorship, czyli płacą za możliwość używania systemu Give Back Box.

Zastanawiam się cały czas w jaki sposób udało się namówić do współpracy tych największych? Wyjdzie pewnie na to, że najważniejszy jest dziś network – to, kogo znasz i kogo zna ten ktoś.

Na początku też tak myślałam. Kiedy zaczęłam chodzić tutaj na liczne konferencje, bardzo często spotykałam ludzi, którzy oferowali, że mogą skontaktować mnie z kimś innym. Takich osób jest tu bardzo dużo, mówi się o nich connectors. Problem polegał na tym, że oni chcieli za to pieniądze. Pamiętam że kiedy chciałam skontaktować się z Tony Hsieh z Zappos miałam propozycje z dwóch czy trzech różnych źródeł, ale ceny sięgały 5 tys. dolarów za przedstawienie przez e-mail. Uznałam, że coś tu jest nie tak.

"W moim przypadku każdy jeden z kontaktów jest wypracowany czy osobiście wychodzony, nigdy nikt mi tego nie ułatwił.", na zdjęciu z lewej Daymond John - jeden z jurorów programu "The Shark Tank" / fot. Give Back Box /

Opowiem historię, która pokaże w jaki sposób tutaj trzeba wypracowywać kontakty. Popularny jest tutaj program telewizyjny The Shark Tank. Nie chciałam brać w nim udziału, bo nie chciałam, żeby ktoś wykorzystał mój model biznesowy. Ale zależało mi na poznaniu członków jury tego programu. Wiedziałam, że w Chicago na jednej z konferencji będzie przemawiał Daymond John. Dowiedziałam się gdzie ta konferencja będzie i pojechałam tam jeszcze o 7 rano. Oczywiście nie miałam biletu na samą konferencję, jako że kosztował 3000 dolarów, ale to przecież nie problem. (śmiech) Podchodzę do rejestracji tej konferencji, żeby zapytać o której będzie przemawiał John. Kobieta pyta mnie, czy mam bilet. Mówię, że nie mam biletu, ale chcę tylko zapytać, o której będzie miał wystąpienie. Na co ona, że wystąpienie będzie po lunchu, ale żeby na nie wejść, muszę mieć bilet. Tłumaczę jej, że chcę mu zająć tylko chwilę, żeby zadać jedno pytanie. Na co ona gwałtownie, że nie ma możliwości, żebym zajmowała mu czas jeśli nie mam biletu na konferencję.

Pomyślałam sobie, że usiądę w hotelowym lobby i zaczekam do tego lunchu, a kiedy przyjedzie i będzie zmierzał na swoją prezentację, podejdę do niego tylko na chwilę. Po jakimś czasie przychodzi do mnie człowiek z obsługi tej konferencji z komunikatem, że nie mogę tutaj tak siedzieć, bo Daymond John na pewno nie będzie ze mną rozmawiał, bo nie mam biletu na konferencję. Na co odpowiadam mu spokojnie, że rozumiem, że nie mam biletu, ale siedzę sobie tylko w lobby, a tyle chyba mi wolno. Na co on z ostrzeżeniem, że pójdzie do ochrony hotelu z informacją, że jestem stalkerem. Na co ja uparcie, że siedzę sobie przecież tylko w lobby. W tym samym czasie podchodziła też do mnie obsługa hotelowa, pytając czy na kogoś czekam, na co powiedziałam im szczerze, że czekam na tego uczestnika konferencji, bo chcę go poznać. Oni nie mieli z tym problemu. Już przed samym lunchem przyszedł do mnie jeszcze raz człowiek z obsługi tej konferencji z informacją, że on osobiście dopilnuje, żebym nie miała możliwości choćby na krok podejść do Johna. Kiedy wyczekiwany przeze mnie prelegent wreszcie przyszedł, próbowałam podejść do niego, ale organizatorzy konferencji faktycznie zadbali, żeby było to niemożliwe, więc nie udało mi się. Ale obsługa hotelowa, która widziała, że czekałam na niego tyle czasu, powiedziała mu, gdy podszedł, że w lobby jest dziewczyna, która czeka na niego już 7 godzin. Po skończonym wystąpieniu poprosił, żeby przyprowadzić mu tę dziewczynę i dzięki temu miałam okazję spokojnie porozmawiać z nim aż przez godzinę.

Także w moim przypadku każdy jeden z tych ważnych kontaktów jest wypracowany czy osobiście „wychodzony”, nigdy nikt mi tego nie ułatwił. Albo jeździłam poznawać tych ludzi na konferencje, albo ludzie pamiętali mnie, bo jestem dość uparta i jeśli ktoś mówi mi „nie”, udaję, że nie rozumiem. Każdą taką historię poznania mogłabym dziś opowiadać z osobna.

Tutaj o kontakty jest dość łatwo, ponieważ rynek jest duży, są dziesiątki dużych, milionowych sklepów, więc jeśli nie uda się z jednymi, trzeba próbować u innych. No i ludzie są bardziej przychylni.

To jakie wyzwania teraz na horyzoncie? Żeby było wystarczająco dużo rąk do pracy? Żeby dni były dłuższe?

Nie, z czasem nie mam problemu. Nauczyłam się tak organizować dni, że tak naprawdę mam bardzo dużo wolnego czasu i czym bardziej jestem zajęta, tym więcej tego czasu mam. Kiedyś robiłam znacznie mniej i ciągle mi go brakowało.

Natomiast wyzwaniem będzie szybkość wzrostu. Moim problemem jest to, że chciałabym bardzo dużo i bardzo szybko. Natomiast czym większe firmy zostają naszymi partnerami, tym wolniej cały proces postępuje. Przykładowo pracujemy teraz nad wejściem do Kanady. Deadline wdrożenia był zaplanowany na 1 sierpnia i niestety minął. Strasznie mnie to denerwuje, kiedy wszystko się przedłuża, bo czekam właściwie bezczynnie. A chciałabym, żeby to wszystko toczyło się szybciej, bo jest naprawdę dużo do zrobienia. Pracujemy teraz nad rozwiązaniem, które ma przynieść największą zmianę w pozyskiwaniu donacji w Stanach Zjednoczonych. Może mi to zająć nawet i 10 lat, ale totalnie zmienię cały rynek dotacji w USA. Wiem, że to się stanie. No i to jest teraz moja misja.

Ile osób pracuje dziś nad Give Back Box?

Mamy 6-osobowy zespół, ale tak naprawdę nikt nie jest zatrudniony na etat, ponieważ ja nie płacę za godziny w pracy, tylko za efekty. Firma od samego początku była oparta na systemie pay-by-production. Nie obchodzi mnie gdzie i kiedy pracujesz, ważne, że zrobisz to, co masz zrobić – tak jest z IT, tak jest z marketingiem. Ja nie potrzebuję tych ludzi na cały etat.

Często przy okazji rozmów w ramach „Tam mieszkam” pytam jak spisali się inni Polacy napotkani na drodze.

Powiem szczerze, że nie miałam tu w Stanach dużej styczności z Polakami, zmieniło się trochę teraz w ostatnim roku. Nie mogę więc zbyt wiele na ten temat powiedzieć. Odnoszę jednak wrażenie, że my Polacy sprzedajemy się tutaj zbyt tanio. Przyjeżdżamy do pracy i osiadamy na laurach. Nie rozumiem tego, bo to jest kraj pełen możliwości, można tutaj robić cokolwiek dusza zapragnie, właściwie nie ma granic i nie jest tutaj trudno coś osiągnąć. Są tutaj imigranci z Meksyku czy innych krajów, gdzie jest jeszcze trudniej i działają. A my – jesteśmy bardzo zdolnym narodem, jesteśmy bardzo dobrze wykształceni - jeśli ktoś wybrał i skończył studia, które lubi. (śmiech) Jesteśmy też pracowici, a przyjeżdżamy tutaj i marnujemy się, wykonując często najprostsze prace. Nie lubię tego, bo wydaje mi się, że jeśli ktoś ma już na tyle odwagi, żeby wyjechać za granicę, to - jak mówią - Keep going.

Gdyby zaczynała Pani w Stanach dzisiaj byłoby łatwiej, trudniej? Jak wpłynął na te starty kryzys?

Kryzys to tylko wymówka ludzi, którzy nie potrafią sobie poradzić. Ja nie wierzę w żadne kryzysy, bo przecież nawet wtedy ludzie muszą żyć, muszą coś jeść itd. Oczywiście, że może jest wtedy więcej wyzwań, ale też przez to jest więcej zabawy.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl

Materiał jest częścią projektu „Tam mieszkam”

Źródło:
Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak
redaktor naczelna Bankier.pl

Redaktor naczelna Bankier.pl. Autorka wielu publikacji z zakresu finansów, ukazujących się na łamach serwisu od 2008 roku. W przeszłości dziennikarz specjalizujący się w tematyce ubezpieczeń, doceniona Nagrodą Polskiej Izby Ubezpieczeń dla Środowiska Dziennikarskiego. Autorka emigracyjnych projektów "Tam mieszkam" i "Zawróceni", uhonorowana Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii. W 2016 r. wydała książkę "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą". Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (70)

dodaj komentarz
lulu1
Dochodowy biznes zaczyna sie od pomysłu tu jest kilka sprawdzonych http://trendion.pl/najbardziej-dochodowe-pomysly-na-biznes/
(usunięty)
(wiadomość usunięta przez moderatora)
(usunięty)
(wiadomość usunięta przez moderatora)
~lulcany90
http://www.ripoffreport.com/r/Monika-Wiela/Chicago-Illinois/Monika-Wiela-US2POL-Bucikowo-Styleupgirlcom-givebackboxcom-fraudLLC-theftdeseipti-1135481
~gall
Ta pani oszukała mnie na butach
~gjhvxs
wiza na 10 lat?? chyba promesa wizowa pozwalajaca w ciagu 10 lat na wylot do usa.
~globetrotter
"Urząd Celny w Warszawie też nigdy wcześniej nie miał klienta, który pocztą lotniczą wysyła tysiące par butów. " lol czy to żart??
~wiza
Wiza na 10 lat to ciekawe raczej chodzi o turystyczną z prawą do wielokrotnego wjazdu w ciągu 10 lat a sama wiza jest na max 6 miesięcy ale jako że jest ładna to widać znalazła męża i stąd zielona karta..
~jebacwas
Oh polaczku jak dobrze, ze nie ma tak sporo was w USA... juz bylby tam syf

Powiązane: Pomysł na biznes

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki