Polka rozkręca duży biznes w Stanach. "Nietrudno tu coś osiągnąć" [Tam mieszkam]

redaktor naczelna portalu Bankier.pl

Wyjechała do Stanów bez znajomości angielskiego i pomysłu na siebie. Poślizgnęła się na pierwszym biznesie, ale o jej nowym przedsięwzięciu – Give Back Box – mówią dziś najpopularniejsze amerykańskie media. Monika Wieła twierdzi, że USA to kraj pełen możliwości, gdzie nietrudno coś osiągnąć i że jako Polacy za granicą sprzedajemy się zbyt tanio.

W niedawnym wywiadzie dla amerykańskiego Forbesa powiedziała: „Przyjechałam tutaj spełnić swój american dream”. Ale jej historia nie tak oczywista, na jaką wygląda. Zaczęło się od przerwanych studiów marketingowych w Łodzi, później były kolejne etaty w roli przedstawiciela handlowego, wreszcie wylot do Stanów i pierwszy własny biznes. Internetowy handel amerykańskimi butami okazał się jednak bolesną lekcją. Inspirację do biznesu, dzięki któremu zyskuje dziś popularność znalazła dosłownie na ulicy. Tak pojawił się Give Back Box, jeden z tych pomysłów na biznes, o których myślisz: dlaczego sam na to nie wpadłem. Wykorzystała modę na zakupy przez internet, a teraz zarabia, przekonując Amerykanów, żeby nie wyrzucali pudełek po zakupach.

W jaki sposób namówiła do skorzystania z usług swojej firmy wielkie korporacje - Amazona, Della czy Lego? Monika Wieła nie ukrywa, że jest mocno zdeterminowana. Jak sama przyznaje, gdy ktoś w biznesie mówi jej „nie” - udaje, że nie rozumie. Ma ambitne cele: – Pracujemy teraz nad rozwiązaniem, które ma przynieść największą zmianę w pozyskiwaniu donacji w Stanach Zjednoczonych. Może mi to zająć nawet i 10 lat – zapowiada w rozmowie z Bankier.pl z serii #TamMieszkam.

Twierdzi, że Stany Zjednoczone, a szczególnie zachodnie wybrzeże sprzyjają przedsiębiorczości i dziwi się, że jako Polacy – ludzie zdolni i wykształceni – często nie korzystamy z tych możliwości, osiadając na laurach i wykonując najprostsze prace.

Monika Wieła - Polka, która rozwija w Stanach Zjednoczonych Give Back Box. Do współpracy namówiła już takie firmy, jak Amazon czy Dell
Monika Wieła - Polka, która rozwija w Stanach Zjednoczonych Give Back Box. Do współpracy namówiła już takie firmy, jak Amazon czy Dell (fot. Give Back Box / )

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Studiowała Pani marketing na prywatnej uczelni w Łodzi. Co to miał być za pomysł na siebie?

Monika Wieła: (śmiech) Studiowałam, ale na szczęście nigdy nie skończyłam. Powiem szczerze, że bardzo wcześnie, jeszcze we wczesnych latach liceum, zaczęłam wątpić w system edukacji. Ze względu na to, że chciałam uczyć się w szkole języka rosyjskiego, a był on przypisany tylko do jednej klasy - matematyczno-fizycznej, byłam zmuszona wybrać ten kierunek, mimo że nie znosiłam matematyki. To był dla mnie horror i już wtedy wydawało mi się, że coś chyba jest nie tak z systemem nauczania. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, dlaczego muszę uczyć się dwie godziny dziennie matematyki, której nienawidzę.

Po liceum wszyscy szli na studia, więc ja też. Wybrałam takie, które były najbliższe moim zainteresowaniom - już w liceum wiedziałam, że chcę zostać… przedstawicielem handlowym. Tak, to była wtedy moja wymarzona praca.

To raczej rzadkie marzenie zawodowe.

Tak. (śmiech) Ale skoro już wiedziałam, że idę w tym kierunku, wybrałam studia marketingowe, które wydawały mi się jedynym mającym sens kierunkiem. Poszłam na Wyższą Szkołę Humanistyczno-Ekonomiczną, ale po jakimś roku znowu zaczęłam odnosić wrażenie, że coś tu jest nie tak. Dlaczego profesorowie, którzy uczą mnie biznesu, nigdy w życiu nie prowadzili biznesu? Jak mogą nas czegokolwiek nauczyć? Moi wykładowcy nigdy w życiu nie pracowali w korporacji, nie pracowali nad żadnymi komercyjnymi, dużymi projektami. Zastanawiało mnie dlaczego mam słuchać jak coś robić od kogoś, kto nigdy tego nie robił. Uznałam, że szkoda mojego czasu i pieniędzy, i że nauczę się fachu w praktyce. W związku z tym rzuciłam studia, chyba na drugim roku.

Pracę jako przedstawiciel handlowy dostałam od razu. W Polsce pracowałam w tej roli w Sondzie, w Lukas Banku (zrezygnowałam z tej pracy, bo bankowość wydawała mi się strasznie nudną branżą).

Tego nie napiszemy. (śmiech)

Racja, tego na Bankier.pl nie piszmy. (śmiech) Później było Nestle, Johnson&Johnson i ostatnia firma w Polsce, w której pracowałam jako przedstawiciel handlowy to Polpharma. W tamtym czasie przedstawiciel handlowy w branży medycznej to była najwyższa półka. Ja natomiast sięgnęłam w tej pracy zawodowego dna. Nie wchodząc w szczegóły, ta praca była mocno nieetyczna. Wtedy już wiedziałam, że nie jest to kierunek, w którym chcę dalej iść. Trzeba więc było zadać sobie pytanie co dalej.

We wrześniu Monika opowie o Give Back Box podczas konferencji "Life is Beautiful". Swoje wystąpienia będą tam mieli m.in. Tony Hsieh z Zappos czy młodszy brat twórcy Tesli, Kimbal Musk.
We wrześniu Monika opowie o Give Back Box podczas konferencji "Life is Beautiful". Swoje wystąpienia będą tam mieli m.in. Tony Hsieh z Zappos czy młodszy brat twórcy Tesli, Kimbal Musk. (fot. lifeisbeautiful.com / )

Przyczyną tego, co działo się dalej, była moja mama, która już rok wcześniej zaczęła mnie namawiać na wyjazd do Ameryki. W mojej rodzinie to właśnie ona była globtroterem – zaraz w pierwszym roku po otwarciu w Polsce granic pojechała z moim bratem do pracy we Francji. Zawsze chciała podróżować, zobaczyć coś więcej. Dlatego przekonywała mnie, że w Polsce nie ma dla mnie przyszłości, że powinnam wyjechać za granicę. Ja z kolei tłumaczyłam jej, że przecież nie znam angielskiego, że mam w Polsce dużo pracy i że nigdzie nie jadę. Ale ponieważ mama nie odpuszczała, złożyłam w końcu wniosek o wizę. Miałam nadzieję, że jej nie dostanę, bo wtedy miałabym ten temat z głowy. Niestety wizę dostałam i to na 10 lat, nieszczęście. (śmiech) Mimo to przez rok wykręcałam się od wyjazdu, a zdecydowałam się dopiero po zakończeniu tej ostatniej pracy - nie miałam wtedy żadnego innego pomysłu na siebie. I tym sposobem latem 2006 roku wylądowałam w Chicago.

Bez, przypomnijmy, znajomości języka?

Bez. Nie umiałam nic a nic.

No to pełne Polaków Chicago wydaje się pod tym względem dobrym adresem.

Tak, chociaż może być też bardzo zgubne. Miałam tam daleką rodzinę, której nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. Mój wujek, chociaż wyemigrował do Stanów w latach 50., do tej pory dobrze nie zna języka.

"Ponieważ mama nie odpuszczała, złożyłam w końcu wniosek o wizę. Miałam nadzieję, że jej nie dostanę, bo wtedy miałabym ten temat z głowy. Niestety wizę dostałam i to na 10 lat, nieszczęście. (śmiech)"
"Ponieważ mama nie odpuszczała, złożyłam w końcu wniosek o wizę. Miałam nadzieję, że jej nie dostanę, bo wtedy miałabym ten temat z głowy. Niestety wizę dostałam i to na 10 lat, nieszczęście. (śmiech)" (fot. AndreyKr / YAY Foto)

W każdym razie trafiłam do tego polskiego domu, gdzie plan na moją przyszłość był już przygotowany – miałam załatwioną pracę w polskim sklepie mięsnym, a do tego miałam być opiekunką do dzieci. W związku z tym od początku sytuacja była napięta, jako że nie byłam w stanie wytłumaczyć, że nie tak widzę swoją przyszłość. Nikt nie brał tego co mówiłam na poważnie, pytali mnie co innego niby chciałabym robić, przecież „tutaj wszyscy pracują w sklepach”.

Po jakimś miesiącu wyprowadziłam się już do osobnego lokum, znalazłam pierwszych znajomych, którzy nie byli Polakami. No i teraz to już naprawdę nie wiedziałam co dalej. Któregoś razu poszłam z ciocią na zakupy do sklepu obuwniczego. Oglądam te buty, a one nie dość, że fajnie wyglądają, to jeszcze kosztują 15-20 dolarów. Myślę sobie, że w Polsce w takiej cenie miałyby branie. Ponieważ planowałam wtedy po miesiącu wrócić do Polski uznałam, że przywiozę takie buty koleżankom i kupiłam ich 5 par. Po przyjściu do domu uznałam jednak, że skoro będę tu jeszcze kilka tygodni, to te kupione buty wystawię na Allegro. Wystawiłam wszystkie i poszłam spać, a kiedy wstałam wszystkie 5 par było sprzedanych. W związku z tym sprawa była jasna – zostanę tutaj, będę kupować buty i sprzedawać je do Polski przez internet.

Pracowałam tak 3 albo 4 lata. Mam jeszcze gdzieś zdjęcia mieszkania zawalonego butami od góry do dołu. Prawie nie wychodziłam wtedy z domu, zero znajomych, zero życia, tylko internet i buty, buty, buty.

Wiem, że ten biznes nie zakończył się sukcesem.

Zapotrzebowanie na buty było bardzo duże, ale problemem okazało się to, że nie mieliśmy wtedy odpowiednich stanów magazynowych. W związku z wielkim zapotrzebowaniem ludzie kupowali szczegółowe rozmiary czy kolory butów, których akurat nie było w sklepach. W związku z tym nie mieliśmy jak dostarczać obuwia, zamówienia były przedłużane, co rozrosło się na niebezpiecznie dużą skalę. W związku z czym ja bardzo szybko przeszłam od sukcesu do etapu, kiedy chciałam najzwyczajniej zniknąć z tego świata. Wszyscy doradzali mi wtedy pozbycie się tego biznesu, ale nie chciałam tego zrobić, bo w czasach świetności przynosiło mi to bardzo dużo satysfakcji. Odkręcenie tego wszystkiego i uregulowanie zobowiązań zajęło następne dwa lata. Pojawiał się wtedy problem za problemem. Jak się dodatkowi okazało, nie miałam wystarczającej wiedzy o wszystkich dokumentach niezbędnych do oclenia towaru, Urząd Celny w Warszawie też nigdy wcześniej nie miał klienta, który pocztą lotniczą wysyła tysiące par butów. Pierwszy kontener, który wysłałam do Polski był na miesiąc zatrzymany przez tutejszy urząd celny, więc już te zamówienia były opóźnione.

Jak sobie teraz to przypominam, to myślę, że fakt, że to przeżyłam, to jakiś cud. Ale była to bardzo ważna nauka na przyszłość. Dużo z tych problemów wynikało z mojej nie wiedzy, ja nie wiedziałam jak mam je rozwiązać, jaki jest kolejny krok, który trzeba podjąć. Nauka z tego taka, że zanim zacznie się coś robić, warto rozpoznać teren na dużo wcześniej przed tym, jak się człowiek za to zabierze, a nie dopiero kiedy pojawią się problemy.

Nie miała Pani w tamtym czasie żadnych mentorów?

Wtedy nie. Pierwszego mentora znalazłam dopiero 3 lata temu i mam go zresztą do dziś. Natomiast wtedy ja de facto nie prowadziłam biznesu w Stanach Zjednoczonych, tylko w Polsce, więc wydawało mi się, że jakoś sobie z tym radzę.

Sytuacja została opanowana jakieś 3 lata temu. Otworzyliśmy wtedy jeszcze sklep z butami ze Stanów w Polsce, ale już sprzedający obuwie będące tam na stanie. W ten sposób nikt nie czeka na dostarczenie towaru. Dziś działają oba – ten z amerykańskimi butami sprowadzanymi do Polski i sprzedawanymi tam na miejscu oraz ten, gdzie buty można zamówić z USA, ale czeka się na nie 3 tygodnie.

Po uporządkowaniu tych spraw w związku z polskim rynkiem uznałam, że dobrze byłoby uruchomić biznes w Stanach. Otworzyłam więc i tu sklep z butami, ale cały czas zastanawiałam się czym ma się wyróżnić i jak mam go promować, żeby móc konkurować z dużymi markami.

Podobała mi się wtedy idea promowana przez markę TOMS (wcześniej Shoes For A Better Tomorrow) – oni za każdą kupioną przez klienta parę butów wysyłają jedną parę butów charytatywnie do krajów Trzeciego Świata. Bardzo chciałam wymyślić coś podobnego. Mieszkałam wtedy w Chicago. Któregoś dnia szłam sobie główną ulicą, mijając jak co dzień bezdomnych, których było tam naprawdę wielu i których znało się już z widzenia. W którymś momencie moją uwagę przykuł człowiek, którego nigdy wcześniej tu nie widziałam, a który nie prosił o pieniądze jak inni, tylko trzymał kartkę z napisem „I Need Shoes” [tłum. Potrzebuję butów].

Nigdy nie zapomnę tego momentu - stanęłam przed nim i myślę: to musi być jakiś znak. On potrzebuje butów, ja mam tysiąc par butów - mogłabym mu pomóc (pomijając już fakt, że sprzedawałam wtedy tylko damskie obuwie). Wróciłam do domu i nie mogłam się uspokoić, waliło mi serce i chociaż nie znałam jeszcze szczegółów, to czułam, że właśnie rozpoczyna się dla mnie nowy etap. Wzięłam wtedy jakieś buty mojego faceta i poszłam wręczyć je temu bezdomnemu, ale jego już nie było. Wtedy to już naprawdę uznałam, że to musiał być jakiś znak.

Następnego dnia obudziłam się już z całym planem w głowie - zdarzyło mi się to nie pierwszy raz. Pomyślałam, że wysyłając buty do klientów w pudełkach, będę do nich wkładać osobiste podziękowanie za zakup z jednoczesną prośbą, by to samo pudełko wykorzystali, uzupełniając je niepotrzebnymi w domu butami czy innymi rzeczami, którymi chcieliby obdarować potrzebujących. Żeby klient nie ponosił z tego tytułu żadnych dodatkowych kosztów, w pudełku znajdzie prepaid label, czyli opłaconą etykietę pozwalającą bezkosztowo wysłać paczkę do organizacji charytatywnej.

Poszłam do nieodległego schroniska dla bezdomnych przedstawiając swój pomysł z pytaniem, czy na takie rzeczy byłoby zapotrzebowanie i czy takie paczki można by wysyłać na ich adres.

Pierwsze pudełka Give Back Box, które wróciły od klientów, wypełnione rzeczami dla potrzebujących
Pierwsze pudełka Give Back Box, które wróciły od klientów, wypełnione rzeczami dla potrzebujących (fot. Give Back Box / )

W ten sposób w 2012 roku przed Świętami Bożego Narodzenia zaczęły przychodzić pierwsze paczki od klientów. Ciągle chyba mam jeszcze te pierwsze pudełka, które od nas wyszły, z ręcznie wypisywanym podziękowaniem.

Te wypełnione po brzegi zabawkami i innymi rzeczami pudełka oznaczały, że mechanizm działa. A skoro działa dla mojego małego sklepu, dlaczego nie miałby działać na dużą skalę, na przykład dla Amazona. Wiedziałam już wtedy, że to jest to. Uznałam, że zmienię przyzwyczajenia kupujących w Internecie, że pójdę rozmawiać z największymi sklepami i przekonam ich do robienia tego, co ja.

W lutym 2013 roku byłam już na pierwszym spotkaniu w tej sprawie w Amazonie, w Seattle. Jak teraz sobie pomyślę o tym, jak mi się to udało, to sama w to nie wierzę. Już sama historia o tym, jak udało mi się zorganizować spotkanie w Amazonie i jak ono przebiegło, to materiał na książkę. Chyba powinnam zacząć spisywać te historie. (śmiech)

Które z dużych, znanych firm współpracują dziś z Give Back Box?

Spośród znanych w Polsce – Amazon, Dell, właśnie zakończyłam negocjacje z LEGO, rozmawiamy też z Mattel. Ograniczeniem w przypadku Give Back Box nie jest samo podjęcie decyzji, czy to robić, tylko czas potrzebny na wdrożenie. Mówię tak, bo do tej pory nie usłyszałam od żadnej firmy „nie”. Natomiast jest dużo różnych schematów współpracy i każdy z tych potencjalnych partnerów ma inne ograniczenia albo wymagania w tym temacie. Podjęcie współpracy jest więc raczej kwestią czasu.

Zdobyć pieniądze na własny biznes w Stanach? "Tutaj zwykle nie ma z tym wielkiego problemu" »

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 lulu1

Dochodowy biznes zaczyna sie od pomysłu tu jest kilka sprawdzonych http://trendion.pl/najbardziej-dochodowe-pomysly-na-biznes/

! Odpowiedz
0 0 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 0 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 0 ~lulcany90

http://www.ripoffreport.com/r/Monika-Wiela/Chicago-Illinois/Monika-Wiela-US2POL-Bucikowo-Styleupgirlcom-givebackboxcom-fraudLLC-theftdeseipti-1135481

! Odpowiedz
4 2 ~inna

Oszustka

! Odpowiedz
3 5 ~gall

Ta pani oszukała mnie na butach

! Odpowiedz
0 4 ~gjhvxs

wiza na 10 lat?? chyba promesa wizowa pozwalajaca w ciagu 10 lat na wylot do usa.

! Odpowiedz
0 6 ~globetrotter

"Urząd Celny w Warszawie też nigdy wcześniej nie miał klienta, który pocztą lotniczą wysyła tysiące par butów. " lol czy to żart??

! Odpowiedz
0 6 ~wiza

Wiza na 10 lat to ciekawe raczej chodzi o turystyczną z prawą do wielokrotnego wjazdu w ciągu 10 lat a sama wiza jest na max 6 miesięcy ale jako że jest ładna to widać znalazła męża i stąd zielona karta..

! Odpowiedz
4 1 ~jebacwas

Oh polaczku jak dobrze, ze nie ma tak sporo was w USA... juz bylby tam syf

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne