Wszyscy boją się morza. Bo ono się wdziera w życie – do mieszkań, kościołów, studni z pitną wodą.
Tuvalu to archipelag dziewięciu wysp leżących na południe od Fidżi. Jeśli tam trafisz, okolica będzie ci zapierać dech w piersiach. Widoki są wspaniałe, upajające, przywodzą na myśl Eden. Jednak prawda jest taka, że nie wszystko złoto, co się świeci. Tuvalu jest biedne. Nigdy nie mogło poszczycić się bogactwem naturalnym, ziemia jest jałowa, nic nie rodzi, a że staje się coraz bardziej zasolona, to i z roku na rok jest gorzej. Ciężko tam o wodę pitną. Dla turystów brakuje miejsca.
Tuvalu już ginie
A przecież ludzie, którzy urodzili się w Tuvalu, wracają tam z radosnym sercem z każdej podróży. Do rodziny, do swoich, do drzew kokosowych i rajskich plaż. Wracają, ponieważ na Tuvalu człowiek żyje bliżej człowieka. Nie ma pokus, nie ma zatem także zagrożeń. Swojska bieda jest im bliska. Co się stanie z tymi ludźmi, jeśli sprawdzą się najczarniejsze proroctwa meteorologów i Tuvalu zatonie? Gdzie pójdą? I czy ktokolwiek jest w stanie tak naprawdę pojąć, co stracą? Ile jeszcze jest miejsc na świecie, gdzie możesz spać na ulicy w gorący dzień, nie obawiając się, że ktoś cię zaczepi? Gdzie w więzieniu nie trzeba krat, bo nawet złodzieja trzyma w szachu pamięć sąsiadów? Na Malediwach mówi się o ewentualnej masowej ewakuacji ludności. Życie jest cenne, ale dla wielu równie cenne jest zostać w domu, ze swoimi, tam, gdzie się wyrosło. Starsi z Tuvalu nie wierzą w katastrofę. Wierzą w obietnicę biblijną, że więcej Potopu nie będzie. Nie odrzucą tej wiary. Zostaną na wyspie. Dla małych krajów wyspiarskich ocieplenie klimatu o 2 stopnie to śmierć. Znikną pod wodą – niczym Atlantyda.

Delegaci z wysp jeżdżą na konferencje klimatyczne, apelują – zróbmy coś, działajmy, nie siedźmy bezczynnie. Potrzebujemy pomocy, chociaż jest nas tak mało, chociaż nie mamy pieniędzy, by przeciwstawić się decyzjom gospodarczych potęg. Nasz głos również się liczy. Przecież Tuvalu już ginie – jednej z wysp, na której była wspaniała plaża i piękne drzewa, już nie ma. My pamiętamy.
Rajski wzorzec
O Malediwach, położonych na Oceanie Indyjskim ok. 500 km od krańca Indii mówi się, że to wzorzec, według którego Bóg stworzył raj. Ich najbardziej uderzającą cechą są barwy – kolory mieniących się raf koralowych, wśród których uwijają się rybacy, ostrożnie, aby nie pokaleczyć się o ostre kanty. Tak przynajmniej yło do niedawna – im bardziej rośnie poziom wody, tym głębiej nikną rafy. Kolory bledną, a rybacy muszą wypływać bardzo daleko, by łowić. Wspaniałe plaże, niegdyś ciągnące się kilometrami na długość i szerokość, teraz coraz bardziej się kurczą. Ludzie gromadzą się w skupiskach, coraz bliżej siebie. Robi się duszno i ciasno, miejsca jest coraz mniej. Ale trzymają się swojej ziemi, gdyż kochają Malediwy. Chcą, aby ich dzieci mogły dalej mieszkać w raju. Aby tym razem nikt ich z niego nie wypędził. Aby miały czym oddychać. Ludzie z Malediwów twierdzą, że my z Zachodu zapomnieliśmy już, co oznacza móc odetchnąć pełną piersią. Ale to przez nas oni będą zmuszeni zapomnieć o tym również. Ale jak? Zrezygnować ze wszystkiego? Odejść? Stać się uchodźcą bez ojczyzny, bez ziemi? Niektórzy mówią – lepiej zginąć.
Jasna przestrzeń Kiribati
Na Kiribati istnieje prawdziwy mikroświat. Między 33 wyspami archipelagu można podróżować niczym Phileas Fogg. Od jednej do drugiej. Między Polską a Londynem – bo takie wsie można na Kiribati znaleźć. Niektóre zamieszkane przez żałośnie ubogich ludzi, wszystkie przez ludzi pełnych radości życia i uśmiechu. Ale każdy z nich boi się morza. Morze wdziera się w ich życie – do chat, do studni. Nikną wspaniałe białe plaże, a przecież podobnych nie ma nigdzie na świecie. Żywioł obala palmy kokosowe. Dotąd ocean oznaczał życie. Dostarczał pożywienia. Był majestatycznym pięknem wokół. Granicą, która chroniła przed światem. Przed jego wiecznym pośpiechem, obojętnością, zawiścią. Dziś przestała chronić, jednak ani pośpiech, ani obojętność, ani zawiść nie zniknęły. Komuś, kto jest mały i słaby, ciężko zwrócić na siebie uwagę giganta. A przecież pozostaje moralna odpowiedzialność, którą gigant powinien na siebie przyjąć. Czy naprawdę potrzeba do tego tragedii? Ziemia się broni. Broni się przed ludzką bezmyślnością i nieodpowiedzialnością, gotową w imię ekspansji, rozwoju i chciwości poświęcić to, co w naturze najlepsze, najbardziej niewinne, najpiękniejsze. Taka polityka prowadzi do tragedii – nie tylko osobistej tragedii milionów ludzi, którzy mogą stracić życie, dom, cały swój świat. Może doprowadzić do tego, że w przyszłości zniknie jakakolwiek wizja raju, do którego można tęsknić i do którego się dąży.
Tekst: Karolina Chymkowska


























































