Jeśli państwa europejskie, których wojska składałyby się na misję pokojową wysłaną na Ukrainę, nie byłyby gotowe do ewentualnej walki z Rosją, nie wiem, jaki byłby cel ich obecności w tym kraju - powiedział w rozmowie z PAP Andreas Umland ze Sztokholmskiego Centrum Studiów Wschodnioeuropejskich (SCEEUS).


Komentując pomysł wysłania na Ukrainę misji pokojowej, niemiecki politolog zwrócił uwagę na podstawowy problem dotyczący jej celu.
"To dość problematyczna kwestia, bo zwykle celem misji pokojowej jest zabezpieczenie przestrzegania prawa międzynarodowego. Jeśli jednak porozumienie o zawieszeniu broni na Ukrainie miałoby utrzymać bieżący stan rzeczy i pozwolić Rosji zatrzymać okupowane tereny tego kraju, żołnierze takiej misji tak naprawdę pomagaliby Rosji w łamaniu prawa międzynarodowego" - zauważył Umland.
"Jeśli misja miałaby pomagać w jakikolwiek sposób utrzymać linie pomiędzy siłami Ukrainy i Rosji, działałaby w służbie Moskwy" -dodał.
Według eksperta "celem takiej misji powinna być pomoc Ukrainie w ochronie kontrolowanych przez nią obszarów kraju w przypadku ponownego ataku Rosjan". "Staliby się wtedy właściwie częścią ukraińskich sił obronnych, ale kwestią otwartą jest to, czy państwa uczestniczące w tej misji są gotowe do walki z Rosją" - podkreślił rozmówca PAP.
W jego ocenie "siły międzynarodowe - a najlepiej obrona powietrzna - powinny zostać wysłanie do obrony wielkich miast, infrastruktury strategicznej czy elektrowni atomowych". "Jedną kwestią jest bowiem walka wojsk lądowych, a inną zestrzeliwanie rosyjskich rakiet czy dronów. Nie jestem pewien, czy państwa potencjalnie uczestniczące w takiej misji byłyby gotowe do tego pierwszego" - przyznał Umland.
Ekspert odniósł się też do słów prezydenta USA Donalda Trumpa, który powiedział, że to Europejczycy powinni utworzyć misję pokojową i wysłać ją na Ukrainę. "Myślę, że Waszyngton ma tutaj rację. To jest sprawa Europy i powinna być rozwiązana z pomocą europejskich wojsk i europejskich rządów" - ocenił.
"Kluczowym pytaniem, które powinniśmy zadać Stanom Zjednoczonym, jest natomiast to, czy art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego nadal obejmuje państwa europejskie Sojuszu, szczególnie frontowe jak Polska, czy kraje bałtyckie. Musimy być pewni, że USA są nadal gotowe do obrony Sojuszników" - podkreślił analityk SCEEUS.
"Obrona Ukrainy powinna pozostać w gestii państw europejskich, jednak one same muszą być pewne, że w razie takiej potrzeby, będą miały za sobą potęgę USA" - podsumował Umland.
Kraje europejskie są podzielone w sprawie pomysłu wysłania sił pokojowych na Ukrainę. Francja, Niemcy, Dania i Hiszpania uznały, że dyskusja na temat wysłania takich wojsk jest przedwczesna. Gotowość do skierowania sił do tego kraju wyraził premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. Premier Donald Tusk wykluczył wysłanie polskich żołnierzy.
Gen. Polko: Polska nie powinna wykluczać się z rozmowy o udziale w ewentualnej misji pokojowej
Polska nie powinna wykluczać się z dyskusji o udziale wojsk naszego kraju w ewentualnej misji pokojowej na Ukrainie - powiedział PAP gen. Roman Polko. Podkreślił, że głównym czynnikiem odstraszającym takiej misji byłaby przede wszystkim reprezentatywność wojsk.
Gen. Polko podkreślił w rozmowie w związku z przypadającą 24 lutego trzecią rocznicą rosyjskiej agresji na Ukrainę, że ewentualna misja pokojowa w tym kraju z pewnością nie oznaczałaby żadnej prowokacji wobec Rosji. Zdaniem generała, z góry wykluczanie udziału w niej polskich wojsk jest "totalnym absurdem". "To jest zamykanie sobie drogi, to jest spowodowanie, że nikt takiego kraju, który z góry wyklucza udziału w takiej misji, nie będzie traktował poważnie" - ocenił.
Według eksperta nie należy wykluczać się z dyskusji w tej sprawie nie znając nawet jej szczegółów. Zauważył, że polski udział w misji mógłby też polegać na działaniach logistycznych, np. na wsparciu transportu sił, które będą w niej uczestniczyły. Ale "trudno sobie wyobrazić, żeby te elementy wsparcia logistycznego ograniczyły się wyłącznie do terytorium Polski, skoro już nawet teraz działania związane chociażby z przemieszczeniem sprzętu realizowane są częściowo na terytorium Ukrainy" - zauważył.
Jak dodał, zaangażowanie Polski mogłoby opierać się także na zaangażowaniu wojsk specjalnych. Przypomniał przy tej okazji udział polskiej jednostki GROM m.in. w Kosowie na początku XXI wieku (generał był wówczas dowódcą jednostki), kiedy to jej działania skupiały się m.in. na wyszukiwaniu wszelkiego rodzaju bandytów, wtedy przede wszystkim handlarzy organów. Jak mówił, takie operacje mogłyby pomóc w szybkiej identyfikacji, na czyje zlecenie podobne grupy działają. Generał przypomniał też, że to właśnie z tego powodu, by wojna nie dotknęła naszego obszaru, Polska uczestniczyła w misjach w Iraku czy w Afganistanie.
"Jeżeli teraz coś takiego dzieje się w Ukrainie, no to chyba lepiej mieć to pod kontrolą i niech się to tam skończy, niż nie wiedzieć, co tam się dzieje i pozwolić na to, żeby konflikt przeniósł się na nasze terytorium" - mówił gen. Polko. Deklaracje polskiego rządu, który utrzymuje, że Polska nie wyśle swoich żołnierzy na Ukrainę, generał nazwał "działaniami wyborczymi".
Głównym czynnikiem odstraszającym hipotetycznej misji, zdaniem generała, nie byłaby nawet sama liczebność wojsk, ale przede wszystkim ich reprezentatywność tak, żeby jak najbardziej nie opłacało się ich zaatakować. Generał uważa, że głosy, jakoby misja nie miała działać pod parasolem NATO, są "poniekąd słusznym kierunkiem". Jego zdaniem nie chodzi bowiem o to, by była to misja Sojuszu, a koalicji różnych krajów. Założył także, że wezmą w niej udział Stany Zjednoczone, Turcja oraz Chiny. Ponieważ, jak mówił, "mają w tym konkretny interes" - złoża metali ziem rzadkich. Zwrócił uwagę, że złoża te występują przede wszystkim na terenach okupowanych przez Rosjan. Administracja Donalda Trumpa zaznacza, że Stany Zjednoczone nie planują rozmieszczenia swoich wojsk w Ukrainie, ale taka decyzja może należeć do państw europejskich.
Według generała pokój na Ukrainie z pewnością nie zostanie w tym roku osiągnięty, a kiedy już dojdzie do przerwania działań wojennych, "będzie to tylko i wyłącznie zamrożenie konfliktu". Ocenił, że Putin nie chce pokoju, a właśnie zamrożenia, bo musi zweryfikować swoje kadry, które nie sprawdziły się w jego wojnie, a dodatkowo musi odtworzyć swoje rezerwy.
Podkreślił, że "Rosja już dawno przestawiła się na tory wojenne, a Europa po tych trzech latach jakby nie wyciągnęła wniosków i nadal stoi w miejscu". Gen. Polko wyraził jednocześnie nadzieję, że działania Trumpa będą zimnym prysznicem dla Europy a ta, ze swoim - jak mówił - ogromnym potencjałem przemysłowym, technologicznym, ludzkim, i wytwórczym po prostu zacznie robić to, co robiła w epoce zimnej wojny - przypomniał, że wówczas niektóre kraje wydawały na obronność nie 5, ale blisko 10 proc. swojego PKB.(PAP)
from/ par/ lm/
Jakub Bawołek (PAP)
jbw/ jm/



























































