Tragiczne wydarzenia zawsze odciskają swe piętno na ich uczestnikach. Osobiste dramaty, często niezauważane z zewnątrz, odznaczają się trwale w życiu dotkniętych przez nie osób i ich rodzin. Masowe tragedie mają niekiedy wpływ na całe grupy społeczne, określonymi wspólnym miejscem zamieszkania, czasem przekonaniami politycznymi, wyznawaną religią czy przynależnością rasową.
Nawet z współczesnej historii znamy też zdarzenia, które wstrząsnęły całymi państwami, narodami. Takim właśnie wydarzeniem dla Indii, państwa zamieszkanego przez ponad miliard ludzi, może się stać terrorystyczny atak na Mumbaj z końca listopada 2008 roku.
Podczas trwającego 60 godzin ataku z rąk terrorystów zginęło niemal 200 osób, kolejnych kilkaset zostało rannych. Przypadkowi ludzie ginęli od kul, granatów, bomb, pożarów. Oprawcy niewinnych Mumbajczyków byli świetnie przygotowani.
Wytrenowani, uzbrojeni po zęby, na długo zanim dobijali do południowych wybrzeży tego pięknego indyjskiego miasta, doskonale wiedzieli, że celem ich ataku będą okazałe pięciogwiazdkowe hotele Taj oraz Oberoi, wiecznie zatłoczona stacja kolejowa Chhatrapati Shivaji Terminus (CST), oblegana przez zagranicznych turystów kafejka Leopold oraz Nariman House, miejsce stacjonowania Żydów, narodu znienawidzonego przez zleceniodawców całej operacji. Mumbaj to serce indyjskiej finansjery, mody i Bollywoodu, fabryki snów produkującej rocznie więcej filmów niż jego bardziej znany amerykański protoplasta.
Z kolei hotel Taj i stacja kolejowa CST to żywe symbole tego wspaniałego miasta. Z powstaniem wybudowanego na początku XX wieku Taja wiąże się historia buntu wielkiego i znanego dziś na całym świecie rodu Tatów wobec dyskryminacji ze strony rządzących wówczas Indiami Brytyjczyków. Zachwycająca wiktoriańsko-gotycką architekturą stacja CST, niegdyś znana jako Victoria Terminus, przez pisarzy opisywana była jako „centralny budynek całego brytyjskiego imperium.”
Nie bez kozery atak na Mumbaj automatycznie budzi skojarzenia z tragicznymi wydarzeniami ze Stanów Zjednoczonych z 11 września 2001 roku. I tak jak hekatomba w nowojorskim World Trade Centre (WTC) bezpowrotnie odmieniła Amerykę, tak tragedia w Mumbaju może na zawsze zmienić Indie.
Polityka zagraniczna
Najwyraźniej widoczną konsekwencją zamachów na WTC była rewolucja w amerykańskiej polityce zagranicznej. Atak na WTC zamienił USA w ranną bestię, ślącą razy niemalże na oślep. Amerykanie wyładowali swój gniew w równie błyskawicznej, jak pozornej pacyfikacji talibskiego reżimu w Afganistanie. Rozlew krwi w Iraku uzasadniali koniecznością kontynuowania krucjaty przeciw nowemu złu tego świata – globalnemu terroryzmowi. Agresywnością i niezachwianą wiarą w słuszność swej sprawy zniechęcili wobec siebie większość mieszkańców globu.
Choć od ataków na Mumbaj minęło raptem kilkanaście dni, polityka zagraniczna Indii już zdążyła ulec zmianie. Zaostrzyła się wobec Pakistanu, najistotniejszego punktu na mapie indyjskiej polityki zagranicznej.
Indie i Pakistan to sąsiedzi skłóceni od samego początku istnienia ich państw. Arbitralnie ustalona po II wojnie światowej granica między Pakistanem a Indiami dzieliła te dwa państwa najmocniej w Kaszmirze, ale także w innych wielkich stanach: Hajderabadzie, Gudżaracie i Radżasthanie. Realna granica między oboma państwami przebiegała mniej więcej wzdłuż podziału wyznaniowego: muzułmanie to Pakistańczycy, a Hindusi i przedstawiciele innych wyznań to mieszkańcy Indii. Sedno kłótni terytorialnych między oboma mocarstwami nuklearnymi leży w tym, że wiele terenów zamieszkiwali obok siebie muzułmanie i wyznawcy innych religii.
Kilkadziesiąt lat stałego napięcia między Indiami i Pakistanem zrobiło swoje. Raptem dwie-trzy godziny po rozpoczęciu ataku na Mumbaj, kiedy terroryzujący miasto bojownicy w najlepsze ostrzeliwali ludzi na ulicach, a mumbajska policja dopiero starała się ustalić, co tak naprawdę się dzieje, indyjskie media – cytując anonimowe źródła z indyjskich służb – przekazały pierwsze oskarżenia: za zamachami stoi Pakistan.
Nie współczujmy jednak zbytnio Pakistańczykom. Dziś wiemy, że nie zostali oni oskarżeni bezpodstawnie. Na oficjalne potwierdzenie opartych na niepewnych źródłach rewelacji mediów trzeba było jednak poczekać kilka dni, kiedy to w ręce indyjskich służb specjalnych trafiły pierwsze dowody i ocalały terrorysta.
Indyjskie służby dowiodły, że terroryzujący Mumbaj bojownicy w trakcie ataku poprzez telefon satelitarny kontaktowali się z członkami Lashkar-e Taiba, pakistańskiej organizacji domagającej się m.in. zakończenia inspirowanych przez Indie działań terrorystycznych w Kaszmirze. Zarzut ten nie stałby się całkiem wiarygodny, gdyby nie potwierdzili go Amerykanie.
Amerykanie
Wątek amerykański w kontekście problemów indyjsko-pakistańskich i ataku na Mumbaj jest nie do przecenienia. Dla Amerykanów zamachy terrorystyczne w Mumbaju jeszcze bardziej skomplikowały już trudne relacje z oboma państwami, głównie z Pakistanem, kluczowym sojusznikiem USA w wojnie afgańskiej. Terytorium Pakistanu służy Amerykanom jako najważniejszy kanał dostaw jedzenia, ubrań i broni dla ich ponad 30-tysięcznego wojska próbującego zaprowadzić w Afganistanie porządek.
Z jednej strony Amerykanom zależy na jak najlepszych stosunkach z Pakistanem, a z drugiej sprawa inspirowanych z Pakistanu zamachów terrorystycznych nie mogła być pozostawiona samej sobie. Próbując działać jako rozjemca w bardzo realnym pakistańsko-indyjskim konflikcie, kiedy to z ust najważniejszych polityków zaczęły padać deklaracje z użyciem wyrażeń takich jak „broń nuklearna” (choć, dodajmy dla uspokojenia, tylko w negatywnym kontekście, odrzucających możliwość jej zastosowania), Amerykanie musieli działać szybko i skutecznie.
W Pakistanie błyskawicznie pojawiła się Condoleezza Rice. Co znamienne, jej pierwszym wysokiej rangi rozmówcą na pakistańskiej ziemi nie był ani minister spraw zagranicznych, ani premier, ani nawet prezydent Pakistanu. Pani Rice w pierwszej kolejności spotkała się z szefem pakistańskiej armii. Amerykanie dobrze wiedzą, że to właśnie szef wojska jest w tej chwili najważniejszą osobą w państwie i że kluczem do kontrolowania napiętych do granic możliwości stosunków pakistańsko-indyjskich jest dobry kontakt z pakistańską armią.
Amerykańska sekretarz stanu następnie udała się do Indii, gdzie wspólnie z premierem Manmohanem Singhiem ustaliła scenariusz działania wobec Pakistanu. Mniej więcej w tym samym czasie pierwsze owoce zaczęła dawać współpraca wywiadowcza między amerykańskimi, a indyjskimi służbami specjalnymi. Amerykanie dostali możliwość przesłuchania schwytanego terrorysty, udało się ustalić miejsce pochodzenia agresorów.
Z amerykańskim błogosławieństwem, Indie zażądały od Pakistanu m.in. natychmiastowego aresztu dla Hafiza Mohammeda Saeeda, założyciela Jamaat-ud Dawa, organizacji stanowiącej polityczne ramię Lashkar-e Taiby. Amerykanie, słowami prezydenta elekta Baracka Obamy, wzmocnili starania Indii żądając od Pakistanu reakcji wobec działań terrorystycznych ewidentne inspirowanych z jego terytorium. Ze strony amerykańskiej administracji pojawiły się nawet nieoficjalne groźby wpisania Pakistanu na czarną listę krajów wspierających terroryzm.
Wsparcie Amerykanów pozwoliło Indiom i Pakistanowi uniknąć najgorszego, czyli wojny, która i tak nie byłaby żadnym pocieszeniem dla pogrążonych w żałobie Indii. Winnych całego wydarzenia, poza oczywistym wrogiem publicznym numer jeden, czyli Pakistanem, zaczęto szukać w samych Indiach.
Polityka wewnętrzna
Po 11 września Stany Zjednoczone bezpowrotnie odmieniły swą politykę zagraniczną, co mniej lub bardziej boleśnie odczuło bardzo wiele krajów. Jednakże bardzo istotne zmiany zaszły wewnątrz samej Ameryki. Atak na WTC zasiał w Amerykanach ziarno strachu, którego wcześniej nie znali. Amerykanie zaczęli tęsknić za silnym przywództwem, czego marną namiastkę próbował im dać George W. Bush. Słynny Patriot Act znacząco ograniczył swobody obywatelskie, trwale ingerując w codzienne funkcjonowanie milionów Amerykanów.
Nie inaczej dzieje się już teraz w Indiach. Atak otworzył wielu mieszkańcom Indii oczy na kwestie, których wcześniej nie byli świadomi albo ich po prostu nie zauważali (inna sprawa to fakt, iż nie musieli). Mieszkańców Indii zaczęli denerwować politycy, którzy na zamachach próbowali zbić polityczny kapitał. Dostało się mediom, które często lekkomyślnie informowały o rozgrywających się na oczach telewidzów tragediach. Najwięcej jednak żółci wylano na indyjskie służby porządkowe, ich nieudolność i fatalną organizację, czego efektem były olbrzymie problemy z opanowaniem kryzysowej sytuacji.
Zanim jednak dojdziemy do krytyki, odnotujmy bohaterstwo ludzi, którzy brali udział w akcjach ratowniczych w Mumbaju. Wielu z nich wykazało się niebywałą odwagą. W mediach szeroko opisywano historię strażnika ze stacji kolejowej, który uzbrojony w drobny rewolwer dzielnie próbował stawiać czoła napastnikom obrzucającym go granatami i ostrzeliwującymi go karabinami AK-47. Nie tylko mumbajska, ale cała indyjska policja poniosła w zamachach niepowetowane straty. Zginął znany i szanowany w całym kraju szef centralnego biura antyterrorystycznego Hemant Karkare. Razem z nim zabity został Vijay Salaskar, „Brudny Harry” Mumbaju, legenda miejskiej policji, postrach lokalnych gangsterów. Od kul i granatów terrorystów zginęło jeszcze kilkunastu innych policjantów i żołnierzy.
Największą tragedią jest to, że dzięki lepszej organizacji, co najmniej kilku z tych tragedii można było uniknąć. Znamienna jest historia ostatnich chwil Karkarego i Salaskara. Obaj dotarli pod dworzec CST niecałe dwie godziny po rozpoczęciu zamachów. Obecne już na miejscu zdarzenia kamery śledziły Karkarego, wielkiego wąsatego mężczyznę po czterdziestce, jak z namaszczeniem nakładał na siebie kamizelkę kuloodporną, następnie hełm. Po chwili okazało się, że terrorystów na dworcu już nie ma, więc Karkare z Salaskarem i kilkoma innymi policjantami postanowili pojechać do kolejnego miejsca zaatakowanego przez terrorystów. Zanim weszli do policyjnego jeepa zdjęli osłaniające ich kamizelki i hełmy.
Gdy wsiadali do wozu i odjeżdżali spod dworca nie wiedzieli, że żądni krwi terroryści, kiedy to już po dokonaniu masakry na kilku peronach zabrakło im celów do ostrzeliwania, wyszli z opustoszałego dworca i udali się w kierunku położonego nieopodal szpitala. Widząc jadący w ich stronę samochód policyjny, otworzyli ogień kładąc trupem jego pasażerów.
Policyjny jeep następnie służył im do siania śmierci w dalszych częściach Mumbaju. Indyjskie stacje telewizyjne chwilę później po raz pierwszy nadały wstrząsające wideo, na którym widać przepuszczonego przez blokadę bezpieczeństwa policyjny wóz ostrzeliwujący kompletnie zaskoczony tłum gapiów. Mija sekunda, może dwie, na ziemię padają ranni, oko kamery ucieka w górę, słychać przeraźliwy krzyk postrzelonego w dłoń kamerzysty.
Przecież Karkare i inni policjanci mogli zachować więcej ostrożności. Mogli zostać ostrzeżeni przez innych policjantów, że gdzieś na ich drodze mogą napotkać terrorystów. Mogli nie zdejmować kamizelek kuloodpornych.
Innych przykładów błędów służb porządkowych niestety jest sporo. Podstawowy zarzut to kwestia tego jak długo trwała operacja antyterrorystyczna. Mumbaj mógł odetchnąć z ulgą dopiero po sześćdziesięciu godzinach walki. Dodajmy, że spustoszenia Mumbaju dokonało dziesięciu mężczyzn, który przeciw sobie mieli całą indyjską policję, wojsko, służby specjalne.
Jeszcze zanim służby uporały się z terrorystami, eksperci zaczęli zwracać uwagę na brak centralnej jednostki, która koordynowałaby działania wszystkich zaangażowanych w obronę miasta i jego mieszkańców służb. Pojawiły się pytania, gdzie były służby ochrony wybrzeża, które nie zatrzymały przypływającej do portu łodzi z terrorystami.
W trakcie oblężenia hoteli okazało się, że wojskowe oddziały specjalne, które penetrowały Taj w poszukiwaniu terrorystów, poruszały się po tym wielkim hotelu bez jego mapy. Parę dni po zamachach media dowiedziały się, że do indyjskich służb już we wrześniu i październiku docierały sygnały o przygotowywanych zamachach na luksusowe mumbajskie hotele. Potępiono prezentowane przez służby podejście „chalta hai”, co w wolnym tłumaczeniu można interpretować jako „co ma być, to będzie”. Doskonale wiemy, że nie tak powinny działać służby specjalne.
Gdy dowiedziono już ewidentnych błędów, jakich dopuściły się w trakcie operacji antyterrorystycznej indyjskie służby, było jasne, że polecą głowy. I poleciały. Do dymisji podał się minister spraw wewnętrznych Indii, a następnie najwyższe władze lokalne Maharashtry, stanu, w którym położony jest Mumbaj. Wielu polityków odchodziło ze stanowisk w niesławie po kompromitujących ich wypowiedziach. Odpowiedzialny za bezpieczeństwo Maharashtry polityk, próbując chronić się przed rosnącą krytyką jego rządów w czasie kryzysu, nazwał zamachy „małym incydentem”. Inny lokalny polityk zorganizował konferencję prasową tylko po to, by oznajmić dziennikarzom, że jednorazowo wspomoże finansowo wdowę po Karkarem. Jego pełnej kompromitacji dopełniła odmowa dumnej pani Karkare.
Sporo krytyki spłynęło także na media, głównie stacje telewizyjne, które – chcąc nie chcąc – także stały się elementem mumbajskiego dramatu. Korespondenci lokalnych stacji niemalże stawali na głowie w walce o newsa. Każdy chciał podejść jak najbliżej, nagrać jak najbardziej dramatyczne zdarzenie, często zupełnie ignorując tragedie przeżywane przez filmowane osoby. Szokująca była historia części gości hotelu Taj, którzy w rozmowie telefonicznej nadawanej na żywo przez jedną z lokalnych telewizji dopytywani przez dziennikarza zdradzili miejsce swego ukrycia w hotelowej piwnicy. Chwilę później kręcący się po hotelu terroryści otworzyli do nich ogień. Terroryści też oglądają telewizję.
Uwaga mediów skupiona była na hotelach Taj i Oberoi, gdzie – jak szybko zauważyli lokalni komentatorzy – znajdowali się głównie zagraniczni turyści. Los mieszkańców Mumbaju nie był już dla lokalnych telewizji tak interesujący, choć – zwróćmy uwagę na skalę – z niemalże dwustu zabitych, jedynie kilkanaście osób nie pochodziło z Indii. Przez kilkanaście godzin telewizje nie podały, co tak naprawdę wydarzyło się na dworcu CST (a tam, w chyba najkrwawszej masakrze całej operacji terrorystycznej, zginęło około pięćdziesięcioro ludzi).
Zupełnie zignorowany został los szpitalu Cama, w którym siali spustoszenie terroryści odpowiedzialni za wcześniejszą hekatombę na CST. Zdjęcia z zamachów już po pacyfikacji terrorystów na tyle często pojawiały się w mediach, że indyjski odpowiednik KRRiT zabronił ich nadawania, aby nie dać terrorystom i ich zwolennikom poczucia, że wygrali tę walkę.
Zmiany, jakie już zdążyły zajść w Indiach po zamachach w Mumbaju, widać gołym okiem. Na ulicach pojawiło się wojsko, wzmocniono kontrole wybrzeża, portów, lotnisk, stacji kolejowych. Ulicami Mumbaju zaczęły przechadzać się coraz większymi grupami cisi, apolityczni demonstranci opowiadający się za jednością narodu w proteście przeciw przemocy.
Rząd zaproponował opozycji powrót do rozmów na temat odłożonej kilka miesięcy temu na półkę reformy mającej na celu centralizację i ujednolicenie służb śledczych. Hotele zaczęły domagać się praw do posiadania licencji na broń, a w programach szkół wykładających hotelarstwo pojawiły się przedmioty związane z zarządzaniem w czasie ataku terrorystycznego. Indie już się zmieniły. Na zawsze.
Maciej Onoszko
korespondencja z Mumbaju
Źródło:Noble Bank





























































