Bank centralny Chile zdecydował się na drugą z rzędu obniżkę
stóp procentowych. Tym razem jednak mniejszą od oczekiwań rynku. Andyjski kraj
wykazuje wiele podobieństw do Polski, gdzie cykl łagodzenia polityki monetarnej
może rozpocząć się jeszcze w środę.


Jednogłośną decyzją Rady Banku Centralnego Chile stopa polityki monetarnej (MPR) została obniżona o 75 punktów bazowych, z 10,25% do 9,50%. To druga redukcja z rzędu po tym, jak w lipcu chilijskie władze monetarne ścięły stopy aż o 100 pb. Rynek spodziewał się ruchu także o 100 pb. we wrześniu. Zatem redukcja „tylko” o 75 pb. jest pewną niespodzianką.
- Inflacja nadal maleje globalnie, aczkolwiek jej perspektywy oraz polityka monetarna różnią się między poszczególnymi krajami. Z jednej strony oczekuje się, że w gospodarkach rozwiniętych polityka monetarna pozostanie restrykcyjna przez dłuższy czas. Jednak z drugiej strony w kilku gospodarkach rozwijający się już rozpoczęto lub wkrótce zostanie rozpoczęty proces obniżek stóp procentowych – czytamy we wtorkowym komunikacie zarządu chilijskiego banku centralnego.
Chile przeciera ścieżkę dla Polski?
O chilijskiej polityce monetarnej na łamach Bankier.pl piszemy już od ponad roku. I nie jest to przypadek. Chodzi o to, że ten andyjski kraj wykazuje spore podobieństwa do Polski. Podobnie jak u nas, tak w Chile w latach 80. XX wieku rządy sprawowała wojskowa junta (tyle że u nas wspierana przez ZSRR, a w Chile przez USA). To na wzór chilijski (aczkolwiek ze sporymi modyfikacjami in minus) wprowadzono u nas system OFE. Polska i Chile charakteryzują się też podobnym poziomem rozwoju gospodarczego pod względem PKB per capita. Oba kraje są znaczącymi producentami miedzi, a KGHM dokonał dużej inwestycji w złoża w Sierra Gorda.
Ale w ostatnich kwartałach połączyła nas jeszcze jedna analogia. Tak Chile jak i Polska „sprezentowały” sobie bardzo wysoką inflację. W obu krajach zaczęła ona szybko rosnąć jeszcze na początku 2021 roku. W Andach jesienią ubiegłego roku sięgnęła ona 14%. U nas w tym samym czasie szczytowała na poziomie ok. 18%. Różne było jednak podejście władz monetarnych.
W Chile za podnoszenie stóp procentowych zabrano się jeszcze w lipcu 2021 roku. W Polsce kilka miesięcy później. Władze monetarne w Santiago w ponad rok podniosły koszty kredytu z niemal zera (tj. 0,5%) aż do 11,25% w listopadzie ’22. W grudniu inwestorom zakomunikowano, że to już koniec podwyżek. Od tego czasu inflacja CPI w Chile obniżyła się z 14% do 6,5%. Dla porównania, w Polsce odnotowaliśmy spadek z 18,4% do 10,1% w sierpniu. A zatem Chilijczycy są znacznie bliżsi zdławienia inflacji niż Narodowy Bank Polski, którego analitycy nie przewidują powrotu do celu inflacyjnego przed rokiem 2026.
„Gołębie” ze Świętokrzyskiej
Po środowej obniżce Chile ma nadal wyraźnie dodatnią realną stopę procentową, tj. sytuację, gdy nominalna stopa w banku centralnym o trzy punkty procentowe przewyższa ostatni odczyt inflacji CPI. W Polsce realne stopy procentowe pozostają głęboko ujemne. Przy inflacji CPI zbliżonej do 10% (ekonomiści twierdzą, że we wrześniu będzie to ok. 9%) stopa referencyjna Narodowego Banku Polskiego wynosi tylko 6,75%. Co więcej, lipcowa projekcja inflacyjna NBP zakłada, że za rok inflacja w Polsce będzie sięgać ok. 5% - czyli wciąż będzie dwukrotnie wyższa od celu.
W takiej sytuacji rozpoczęcie cyklu obniżek stóp procentowych grozi w najlepszym razie wydłużeniem okresu wysokiej inflacji. A w najgorszym scenariuszu 2,5-procentowy cel nie zostanie zrealizowany już nigdy. Tak jak to od lat ma miejsce np. w Turcji, gdzie poddany naciskom politycznym bank centralny od lat nie potrafi zbić inflacji do celu (wynoszącego tam aż 5%). Pozostaje tylko trzymać kciuki, aby także i tym razem dopisało nam szczęście, które polskiej gospodarce niezmiennie sprzyja od dobrych 20 lat.
























































