Nastroje niemieckich analityków w czerwcu osiągnęły najniższy poziom od września 2012 roku – czyli apogeum poprzedniego kryzysu strefy euro. W przeszłości tak silne spadki indeksu ZEW zwykły towarzyszyć bessie na niemieckim rynku akcji. Lub ją poprzedzały.
O tym, że w największej gospodarce Europy coś się zacięło, pisaliśmy już w marcu oraz w lutym. A dziś przybyło argumentów na poparcie hipotezy, że obserwowane od początku roku spowolnienie niemieckiego wzrostu gospodarczego może mieć istotne przełożenie na rynek akcji.
Stało się tak, ponieważ czerwcowy odczyt indeksu ZEW mierzącego oczekiwania niemieckich analityków osiągnął najniższą wartość od niemal sześciu lat. Indeks ZEW spadł do -16,1 pkt. wobec -7,9 pkt. odnotowanych miesiąc wcześniej. Rynek nie był przygotowany na tak słaby wynik – konsensus zakładał obniżkę do -13 punktów. Tym bardziej, że już rezultaty z kwietnia i maja (który potem zrewidowana z -8,2 pkt. do -7,9 pkt.) były najniższymi odczytami od 2012 roku.
Indeks ZEW mierzy oczekiwania względem koniunktury w gospodarce Niemiec w perspektywie następnych sześciu miesięcy. Badanie przeprowadzane jest co miesiąc na próbie ponad 200 analityków zatrudnionych w niemieckich firmach finansowych.
„Niedawna eskalacja sporu handlowego ze Stanami Zjednoczonymi jak również obawy związane z nowym włoskim rządem (...) wywarły swe piętno na perspektywach gospodarki Niemiec. Ponadto za kwiecień niemiecki przemysł zaczął raportować gorsze od oczekiwań wyniki eksportu, produkcji i nadchodzących zamówień. W rezultacie prognozy na następne 6 miesięcy uległy znaczącemu pogorszeniu” – tak wyniki czerwcowego badania skomentował profesor Achim Wambach, prezydent ZEW.
Tym razem bardziej pesymistycznym oczekiwaniom względem gospodarki towarzyszy ograniczenie optymizmu względem rynku akcji. Przypomnijmy, że w poprzednich edycjach badania ZEW analitycy dość zgodnie obstawiali kontynuację hossy na dojrzałych rynkach akcji mimo coraz mniej optymistycznych zapatrywać na koniunkturę gospodarczą. Natomiast w czerwcu frakcja giełdowych byków zmalała z ponad 50% do mniej więcej 40% (taki odsetek analityków obstawia wzrosty Dow Jonesa, DAX-a czy indeksu STOXX50). Nadal jednak odsetek niedźwiedzi oscyluje wokół niskiego poziomu 20%. Wyjątkiem jest włoski FTSE-MIB, po którym spadków oczekuje aż 44% ankietowanych analityków. To aż o 19,7 pkt. proc. więcej niż miesiąc temu!
Jednakże w kontekście najniższych od blisko sześciu lat odczytów indeksu ZEW liczy się co innego. Wskaźnik ten stosunkowo rzadko przybiera wartości ujemne. Bo ludzie z rynków kapitałowych są z reguły optymistami i na ogół obstawiają wzrosty. Utrzymujące się przez kilka miesięcy z rzędu niedodatnie wskazania ZEW w zasadzie pojawią się tylko podczas giełdowej bessy (rok 2001, 2008 czy 2011) lub tuż przed jej rozpoczęciem (rok 2006 i 2007).
Tymczasem DAX wciąż znajduje się blisko ustanowionego w styczniu historycznego maksimum (13 597 pkt.). Zatem skoro bessy póki co nie widać, to ujemne odczyty ZEW mogą sygnalizować, że rynek niedźwiedzia właśnie się rozpoczął. I że to, co widzimy od lutego, nie jest tylko lokalną korektą, a zaczątkiem prawdziwego rynku niedźwiedzia. Rzecz jasna, nie należy opierać prognoz o tylko jeden wskaźnik. I to w dodatku nieco zawodny – w roku 2012 podobna sytuacja (negatywne nastawienie ekspertów i kryzys PIIGS) wyznaczyła początek trwającej trzy lata hossy, w ramach której DAX podwoił swą wartość.



























































