Państwa wschodniej części Afryki stanęły po stronie atakowanych przez Iran monarchii Zatoki Perskiej, a Republika Południowej Afryki i Senegal, krytykują ataki USA, powołując się na prawo międzynarodowe. Nigeria natomiast obawia się, że jest następna w kolejce i czeka ją los Iranu.


Trwająca od soboty wojna w Zatoce Perskiej testuje jedność Afryki. Unia Afrykańska, wzywając "do powściągliwości, pilnej deeskalacji i trwałego dialogu", wyraziła opinię większości afrykańskich krajów, ale niektóre rządy otwarcie potępiły Iran, zwłaszcza te silnie powiązane z portami Morza Czerwonego i przekazami pieniężnymi, płynącymi od krewnych pracujących w krajach Zatoki Perskiej.
Cały wschodni region kontynentu z Kenią i Somalią na czele szybko napiętnował Iran za ataki na Zjednoczone Emiraty Arabskie (w niedzielę w wyniku irańskiego ostrzału tego kraju rannych zostało kilkudziesięciu Afrykanów), Kuwejt, Katar czy Arabię Saudyjską, nie wspominając o roli Stanów Zjednoczonych w konflikcie.
Somalia, wyliczając kraje, z którymi się solidaryzuje, pominęła ZEA, z którymi ma napięte relacje, od czasu, gdy Izrael uznał niepodległość Somalilandu, co według Mogadiszu odbyło się przy silnym wsparciu Dohy.
Również władze Sudanu, potępiając w dyplomatycznym oświadczeniu irańskie ataki na kraje Bliskiego Wschodu, przemilczały w nim Zjednoczone Emiraty Arabskie, które wielokrotnie określały jako „wrogie państwo”, oskarżając je o podsycanie trwającej w kraju wojny domowej.
Znacznie dalej poszedł premier Etiopii, Abiy Ahmed, który w rozmowie z następcą tronu Kuwejtu, szejkiem Sabahem Chalidem al-Hamadem as-Sabahem uznał, że Iran dopuścił się „okrutnego ataku na suwerenność Kuwejtu”, w którym pracują miliony jego rodaków, każdego tygodnia przesyłających pieniądze swoim afrykańskim krewnym.
Na zachodzie kontynentu zawsze proamerykańska Liberia otwarcie skrytykowała Iran, a Ghana, martwiąca się o tysiące swoich obywateli, którzy utknęli na Bliskim Wschodzie, wezwała do deeskalacji i powściągliwości, podobnie jak Gambia i Nigeria, dla której państwa Zatoki Perskiej są bardzo ważnymi partnerami handlowymi.
Gdy rząd w Abudży nawoływał do przestrzegania prawa międzynarodowego, nie potępiając ani Iranu, ani koalicji amerykańsko-izraelskiej, na północy kraju tysiące szyitów organizowało antyamerykańskie protesty, a prominentny ekspert ds. polityki zagranicznej, prof. Femi Otubanjo, postraszył w publicznej telewizji, że Nigeria może w przyszłości sama stawić czoła presji militarnej ze strony Stanów Zjednoczonych, podobnie jak obecnie Iran.
Inne kraje, tradycyjnie prorosyjskie, czyli również proirańskie i antyzachodnie ostrzegały przed nadużyciami militarnymi Zachodu. Skonfliktowany z Waszyngtonem prezydent Republiki Południowej Afryki, Cyril Ramaphosa przypomniał, że artykuł 51. Karty Narodów Zjednoczonych zezwala na samoobronę tylko wtedy, gdy państwo padło ofiarą zbrojnego ataku. RPA jest członkiem grupy gospodarczej BRICS, do której należą Rosja, Chiny, Brazylia, Indie oraz Iran. Mniej dyplomatyczny od swojego prezydenta był przywódca lewicowej opozycji, Julius Malema, który wykrzyczał, że Iran ma pełne prawo do obrony.
Równie zdecydowany był premier Senegalu, Ousmane Sonko, mówiąc: „Kraj, bez rezolucji i mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych, zdecydował się na atak na inny kraj, na zabójstwo jego przywódców. Cała równowaga świata, którą budowano przez ostatnie 50 lat, jest zagrożona”.
Odczucia Afrykanów podsumował gwinejski serwis informacyjny LeDjely: „Wewnętrznie wielu Afrykanów odczuwa uczucie frustracji i gniewu z powodu bombardowań Iranu przez koalicję amerykańsko-izraelską. Pomimo wszystkich zarzutów, na które rządzony przez mułów Teheran sobie zasłużył, Afryka sympatyzuje z Iranem w milczeniu”.
Z Monrovii Tadeusz Brzozowski (PAP)
tebe/ mal/


























































