|
Celem wyjazdu były góry: masyw Ben Nevisa (1347 m n.p.m.), Cuillin Hills na wyspie Skye i Cairn Gorm ze szczytem Ben Macdui (1309 m n.p.m.). Gdy nie wędrowaliśmy pieszo, przemieszczaliśmy się autostopem. Jedynym problemem związanym z tym środkiem transportu był niemożliwy do zrozumienia szkocki akcent naszych uprzejmych kierowców, którzy czasem nadrabiali kilkanaście kilometrów, żeby nas podwieźć bliżej celu.
Rozbijaliśmy się tam, gdzie zastała nas noc, na dziko w górach, od czasu do czasu korzystając jedynie potajemnie z pryszniców na płatnych polach namiotowych. Na dzień zostawialiśmy nasz dobytek bez opieki, jednak zawsze namiot stał tam, gdzie spodziewaliśmy się go zastać.
Tak włócząc się po górach, które skalnymi graniami przypominały Tatry, choć w rzeczywistości ich wysokość rzadko przekraczała 1000 m n.p.m., czuliśmy się zupełnie usatysfakcjonowani doznaniami wynikającymi z ambicji wspinaczkowych. Krajobrazy wprawiały nas w zachwyt. Istniał jednakże pewien problem...
Przeklęte midges! – wychylając się z namiotu miałam wrażenie jakby jakaś kosmata łapa przejechała mi po twarzy.
Po zmroku ożywały małe wampirki. O rozmiarach znacznie mniejszych niż zwykłe komary, niemniej muszki te atakowały z o wiele większą furią. W świetle dziennym oglądaliśmy nasze ciała z niezliczoną ilością czerwonych kropek. Bały się jedynie słońca, więc do zmroku musieliśmy znaleźć się w namiocie. Nikt nie chciał spotkać się z potworem pod postacią miliona latających żarłoków spragnionych ludzkiej krwi. Po zabezpieczeniu wejścia zaczynało się tępienie ich wewnątrz. Sprytniejsi od nas lokalni turyści poruszali się z siatkami na głowach.
Polubiliśmy za to bardzo i szczerze podziwialiśmy owce. To dzięki nim na nie oznakowanych w żaden sposób szlakach mogliśmy odbywać piesze wędrówki... idąc po ich śladach. Owcze ścieżki bezbłędnie prowadziły nas na otaczające szczyty. Nawet gdy wydawało nam się, że niemożliwe jest wejście po dużej stromiźnie, gdyż śliskie kamienie skutecznie zniechęcały, one i tak na grani były przed nami. Panoszyły się wszędzie uzurpując sobie prawo do tych terenów. Nie raz cierpliwie czekaliśmy uwięzieni w samochodzie, czekając aż minie nas stado naszych wełnistych przyjaciół. Drogi szkockie są niezwykle wąskie i czasem jedyną możliwością wyminięcia drugiego samochodu jest zjechanie na tzw. passing place. Czasem jednak owce uniemożliwiały jakiekolwiek poruszanie się.
Oprócz wejścia na Ben Nevis – najwyższej góry Wielkiej Brytanii, wędrówek po górach Isle of Skye, wyspy, która wydaje się być osobnym światem, zanurzonym głęboko w przeszłość (obok angielskich napisów na drogowskazach pojawiają się także informacje w gaelic) oraz przejścia przez góry Cairn Gorm z Aviemore do Breamar, zwiedzamy po drodze ciekawe miejsca.
Śpimy na cyplu wcinającym się w morze pod ruinami zamku Duntulm na Isle of Skye, urządzamy piknik w pięknych ogrodach Dunvegan, o świcie obserwujemy wschód słońca nad Eilean Donan Castle. Naszą wyobraźnię pobudzają fantastyczne kształty skał Old Man of Storr. Najwięcej wrażeń dostarcza jednak dziki nocleg w ruinach Urquart Castle nad Loch Ness.
Czekaliśmy aż do zmroku, by niezauważeni przedrzeć się przez ogrodzenie dookoła zamku. Po ukryciu namiotu tuż nad jeziorem wśród drzew, już w nocy poszliśmy zwiedzać ruiny. A tam... pełno ludzi, którzy wpadli na ten sam pomysł, a raczej w ten sam nielegalny sposób, co my, urządzili sobie nocne wypatrywanie Nessie’go – potwora z Loch Ness. W zupełnych ciemnościach nie udało się go zobaczyć, ale mam poważne podejrzenia, ze odgłosy fal uderzających o brzeg, słyszane przeze mnie w namiocie, mogły być równie dobrze jego człapaniem.
Przez cały pobyt wbrew ogólnym opiniom o klimacie Szkocji, mieliśmy piękną słoneczną pogodę. Jedynie na szczyt Ben Macdui wchodziliśmy w zupełnej mgle i przekonaliśmy się, że słusznie obszar ten nazywa się szkockim biegunem zimna. Zaczęło padać, gdy już Szkocję opuściliśmy...
Szkocja 2000 (19 lipca-11 sierpnia 2000) – dziennik
19 lipca: Przyjazd (autobus nocny) z Londynu do Fort William, przejście pieszo do doliny Glen Nevis, biwak na dziko nad rzeką.
20 lipca: zdobywanie Ben Nevisa, dużo ludzi, pielgrzymki na szczyt, no ale jest to najwyższa góra Wielkiej Brytanii.
21 lipca: Wycieczka na górę o nazwie w gaelic (trudna do zapamiętania), informacji udziela Visitor Centre pod Ben Nevisem, pokazują slajdy, trasy i mapy; jedziemy w głąb doliny stopem, Szkot pokazuje plenery, gdzie kręcili Braveheart i Rob Roya, zabiera nas na wystawę wypchanych zwierzaków.
22 lipca: Stopem na Isle of Skye, biwak na dziko koło Sligahan, potajemnie korzystamy z prysznica na pobliskim polu namiotowym.
23, 24 lipca: Odpoczywamy w pięknych okolicznościach przyrody, włóczymy się po wrzosowiskach.
25 lipca: Spacer doliną Sligahan
26 lipca: Wyjście w góry, brak szlaków na mapie, ale są ścieżki, które same nas prowadzą, mamy wrażenie, że wspinamy się na szczyty tatrzańskie, a to tylko góry o wys. najwyżej 900 m n.p.m., fantastyczne kształty skał.
27 lipca: Stopem do Portree (Isle of Skye), małe miasteczko z ryneczkiem i specyficznym klimatem, kolejny stop do miejsca zw. Old Man of Storr – skały o dziwnych kształtach, śpimy pod Duntulm Castle – ruiny zamku nad morzem, romantyczne miejsce z piękną panoramą i zachodem słońca.
28 lipca: Zamek Dunvegan, docieramy znowu stopem, tam piękne ogrody, pod wieczór wpuszczają za darmo, biwak nad rzeką na dziko, prysznic na polu namiotowym, wieczorem darmowy koncert muzyki szkockiej w knajpie. Warto!
29 lipca: Opuszczamy Isle of Skye, stopem jedziemy nad Loch Ness, dobre miejsce na biwak to Urquart Castle, trzeba wejść wieczorem przez płot, razem z nami na dziko przebywało tam mnóstwo osób wypatrujących w nocy potwora. Niesamowita atmosfera.
30 lipca: Przez Inverness (wszystkie drogi w Szkocji prowadzą do Inverness), docieramy do Aviemore, skąd rozpoczynamy wędrówkę przez Cairn Gorm, biwakujemy blisko miasta, ale już w górach.
31 lipca: Zapuszczamy się wyżej w góry, ale psuje się pogoda i musimy biwakować. Mimo że niewysokie te góry to nie przelewki.
1 sierpnia: Wchodzimy we mgle na Ben Macdui, biegun zimna w Szkocji, drugi co do wielkości szczyt w Wielkiej Brytanii.
2 sierpnia: Schodzimy do Danny Lodge, stopem dojeżdżamy do Braemar, nocujemy pod zamkiem, oczywiście na dziko.
3 sierpnia: Stopem, z przystankiem koło zamku Balmoral docieramy do Wick, pierwszy raz nocujemy na polu namiotowym (5 funtów za os.)
4 sierpnia: Stopem do John O’Groats, reklamującego się jako najdalej wysunięty na północ zakątek Szkocji, stąd odpływają promy na Orkady (od 32 funtów w dół, różne promocje, np. jak się zostaje tam na noc, ja płynęłam za pół ceny), autobusem dowożą do Kirkwall, stolicy Orkad, tam w zacisznym miejscu rozbijamy namiot nad wodą.
5 sierpnia: Zwiedzamy Orkady przemieszczając się stopem (tak w ogóle to świetne miejsce na wypożyczenie roweru, bo samochody rzadko jeżdżą i mogą być kłopoty z transportem), kamienne kręgi: Stones of Stennes, Ring of Brodgar, prehistoryczna wioska Skara Brae (tu płaci się za wstęp), w Kirkwall warto zobaczyć katedrę, Bishop’s Palace i Earl’s Palace.
6, 7 sierpnia: Wracamy na stały ląd, od tego momentu przez kolejne dni podróżujemy na stopa jednym samochodem, dzięki czemu możemy naprawdę dużo zobaczyć i dotrzeć w miejsca, w które podróżując stopem byłoby trudno (rzadko jeżdżące samochody na północy), Dunnet Head, właściwy najdalej wysunięty na północ punkt Wielkiej Brytanii, Strathy Point – klify, Kyle of Tongue – robimy kółeczko, by pojechać piękną drogą nad morzem, Smoo Cave – grota wyżłobiona przez rzekę, wodospady Falls of Measal, przejeżdżamy obok Loch Maree – drugie po Loch Ness najbardziej znane jezioro Szkocji i Torridorn – piękne góry, tylko bardzo dzikie i nieprzystępne. Nocujemy w Durness jedną noc, drugą gdzieś w polu.
8 sierpnia: O świcie zwiedzamy Eilan Donan Castle (wracamy w rejony, z których wyruszyliśmy na objazd Szkocji), W Glencoe zwiedzamy słynne miejsce masakry Szkotów, jest też Visitor Centre, w którym za jedynie 50 p. można obejrzeć film o tym zdarzeniu i wystawę o górach, dawnym sprzęcie etc. Wieczorem lądujemy na campingu w sercu Lake District (rejonu jezior i malowniczych gór, już w Anglii).
9 sierpnia: Cały dzień spędzamy w namiocie, po pogodzie poprzedniego dnia ani śladu.
10 sierpnia: Jadąc już na południe zahaczamy o kamienny krąg koło Keswick, jeszcze w Lake District, następnie pół dnia spędzamy w Yorku, klimatycznym miasteczku z zamkiem, starymi murami i urokliwymi uliczkami. Przechadzamy się po ogrodach Howard Castle (niedaleko Yorku, dosyć drogi wstęp, rzędu kilkudziesięciu funtów). Na noc lądujemy w Birmingham, w domu u naszego kierowcy.
11 sierpnia: Z Birmingham kolejnymi autostopami docieramy do Warwick (nie chcąc płacić za wstęp, oglądamy zamek przez płot, samo miasteczko ciekawe) i Oxfordu (wydaje się o wiele bardziej klimatyczne niż Cambridge, które widziałam wcześniej). Stamtąd wracamy do Londynu autobusem za 5 funtów.
Kamila Balbus-Gruszka

























































